Dookoła Alp - 30.06- 30.07.1998

Dodane przez Władysław Wachulec 'dziczek' dnia 14 marca 2006 01:42:06


Na studniówce zagadnąłem księdza, który uczył mnie religii w XXXI LO, czy przypadkiem nie wie o jakimś zorganizowanym wyjeździe rowerowym w czasie nadchodzących wakacji. Miałem już dosyć wakacyjnej nudy i postanowiłem zorganizować sobie jakieś ciekawe zajęcie. To był szczęśliwy traf. Wkrótce skontaktował mnie z księdzem Włodzimierzem Małotą, wówczas pracującym w Parafii Księży Misjonarzy przy ul. Misjonarskiej w Krakowie. Plan był bardzo ambitny- objedziemy Alpy, pokonując całą trasę na rowerach w ciągu miesiąca. Miałem już wtedy porządny rower. Mój pierwszy dwukołowy pojazd z prawdziwego zdarzenia.

W lutym 1998 kupiłem nowy rower: Marin Palisades Trail, model z 1997 roku. Solidna maszyna, do dzisiaj pozostała mi z niej rama oraz wspornik siodełka. Rower użytkuję ostatnio w Niemczech. Świetnie sprawdza się w turystyce i tutejszych RTF'ach (Rad Touren Fahrt), w codziennej jeździe do pracy i po mieście. Wiózł mnie wzdłuż wybrzeża Bałtyku i startowałem na nim w Odyseji Ciężkowickiej i Świętokrzyskiej).

Rozpoczęły się sobotnie, cotygodniowe treningi szosowe. Pierwszy wyjazd Kraków – Krzeszowice. Następny Kraków – Olkusz, pamiętam że wtedy na trasie chwilami sypał śnieg i mocno wiało. Później było jeszcze wiele innych. Było nas wszystkich kilkanaście osób. Głównie uczniów VII LO w Krakowie, ponieważ właśnie tam zostali „zwerbowani” przez księdza.
Matura przeszła do historii, dostałem się na studia. Niedługo przed planowanym terminem wyjazdu odbył sie zasadniczy sprawdzian kondycyjny. Kraków – Zakopane – Kraków. Trasę pokonaliśmy w ciągu jednego dnia, jadąc „zakopianką”, od rana do wieczora. To był najdłuższy dystans jaki przejechałem na rowerze, z dojazdem do domu było 250 km. Byłem wtedy mało doświadczonym rowerzystą, dlatego nie wpadłem w porę na to żeby kupić szosowe opony (a jeździłem wówczas jedynie po szosie). Na wyprawę miałem już świetne oponki Invert 2K, które służą mi do dzisiaj.

Przed wyprawą odbyło się walne zebranie, w którym uczestniczyli również rodzice. Poznaliśmy plan podróży, czyhające na nas niebezpieczeństwa i niedogodności, dowiedzieliśmy się co należy ze sobą zabrać w podróż itd. Wówczas nadeszła pora na ostateczną decyzję: jechać – nie jechać ? Z regularnie trenujących prawie wszyscy zdecydowali się na wyjazd.

Wyruszyliśmy 30.06.1998, 19 osób na rowerach, 3 samochody z dwiema przyczepami (na nich bagaże i prowiant), w samochodach 4 osoby. Do naszego krakowskiego zespołu dołączyło kilku kolegów z okolic Wrocławia (wśród nich ksiądz Marek i pan Janek), tam wspólnie trenowali przed wyjazdem.
Pierwszego dnia pojechaliśmy do Myślenic, tam gościliśmy w rodzinnym domu księdza Włodka. Prawdziwa wyprawa rozpoczęła się nazajutrz. Wyruszyliśmy rano, za Rabką skręciliśmy w stronę granicy. Tuż przed Chyżnem dołączył do nas Krzysiek, nasz „tłumacz”. Granicę pokonaliśmy bardzo sprawnie. Pogoda piękna, prawdziwe lato. Etap podróży zakończyliśmy w Martinie. Nocowaliśmy w słowackim oddziale Caritasu. Spaliśmy w świetlicy, na podłodze. Kolejny odcinek prowadził do Nitry, tam również mieliśmy zaplanowany nocleg, u księży Misjonarzy. Zostaliśmy bardzo mile ugoszczeni.

Warto wspomnieć o sposobie poruszania się na trasie. Zgodnie z wymogami przepisów ruchu drogowego kolumna rowerzystów nie mogła liczyć więcej niż 10 pojazdów, dlatego już na początku utworzyły się 2 grupy, o praktycznie stałym składzie. Jechaliśmy w kilkunastominutowym odstępie. Samochody wyruszały oddzielnie i zatrzymywały się po przejechaniu ustalonego dystansu. Wtedy dojeżdżaliśmy na „bufet”, przychodził czas na posiłek i uzupełnienie wody w bidonach oraz konsultacje dotyczące trasy. Jadąc w kolumnie doceniłem „jazdę na kole”. Jeżeli warunki na to pozwalają, można jechać za kimś męcząc się o wiele mniej. Warunkiem jest zachowanie odpowiednio małego odstępu pomiędzy rowerami. Co około 2-3 km zmienialiśmy się na pozycji „lidera”, mówiąc krótko „dawaliśmy sobie zmiany”, a reszta „jechała na kole”. Taka jazda wymaga wielkiej uwagi i bardzo płynnej jazdy, w przypadku gwałtowniejszego hamowania najechanie na koło poprzedzającego roweru jest prawie pewne, po czym następuje reakcja łańcuchowa i już mamy kraksę. Dlatego opracowaliśmy specjalny system znaków umożliwiający bezpieczne zatrzymanie kolumny i ominięcie przeszkody lub dziury w jezdni (jadąc za czyimiś plecami nic nie widać, jeżeli ktoś gwałtownie ominie przeszkodę, jadący za nim prawie na pewno w nią wjedzie). Mimo to nie obyło się bez wypadków. W drugiej grupie po zbyt gwałtownym hamowaniu jeden z kolegów wykonał OTB i poważnie się poobijał.

Na Słowacji przeżyliśmy chwile grozy. Jadąc przez małe miejscowości i szukając dalszej drogi zatrzymaliśmy się w cygańskiej wiosce, widać było wszechobecną nędzę. Na ulicy stało kilku mężczyzn. Zrobiliśmy tam krótki postój czekając na nasze samochody. Po jakimś czasie z kilku mężczyzn zrobiło się około dwudziestu, pomału zaczynali zyskiwać przewagę liczebną i przyglądali się nam z niezdrowym zainteresowaniem, o coś tam nawet pytali. Poczuliśmy się bardzo nieswojo, zapadła szybka decyzja: jedźmy stamtąd jak najszybciej i jak najdalej. Jadąc, jeszcze kilka razy spoglądałem wstecz, żeby upewnić się czy ktoś za nami nie podąża...

Z Nitry pojechaliśmy do Bratysławy, żeby przekroczyć granicę z Austrią, stamtąd wzdłuż Donu do Wiednia. Nie wjechaliśmy do samego miasta, mimo że niektórzy bardzo chcieli (ja nie chciałem pchać się w korki). Nocowaliśmy na przedmieściach Wiednia na placu zabaw, pomiędzy zabawkami dla dzieci.

Zaczęły się góry. Z Wiednia pojechaliśmy do Mariazell, wspaniałe podjazdy po serpentynach, prawie żadnego ruchu samochodowego. Niestety pogoda zaczęła sie psuć, kropiło, było pochmurno i zimno. Mariazell to sanktuarium maryjne, pięknie położone, ale jak dla mnie zbyt nastawione na wyciąganie pieniędzy od turystów. Nocleg mieliśmy zorganizowany, spaliśmy w czymś w rodzaju świetlicy u miejscowych Benedyktynów.
W Austrii spędziliśmy dużo czasu. Z jednej strony wspaniałe widoki, równiutkie drogi prawie bez samochodów, z drugiej paskudna pogoda. Ciągłe opady deszczu, temperatura około 10 stopni Celsjusza. Mimo wszystko będę miło wspominał podróż przez ten kraj.

Kolejny odcinek to Mariazell – Liezen. 6 lipca wyruszyliśmy z Liezen do Salzburga. Noc spędziliśmy na polu namiotowym, w pobliżu lotniska. Z lenistwa i zmęczenia nie uznaliśmy za stosowne rozbić namioty. Spaliśmy pod gwiazdami. Rano obudziły nas startujące w pobliżu samoloty. Oczywiście wszystko mokre i w dodatku do śpiworów powłaziły nam ohydne ślimaki bez skorupek, brrrr...
Nazajutrz przekroczyliśmy granicę z Niemcami. W Niemczech byliśmy tylko godzinę, to był skrót Austria – Niemcy – Austria. Nocowaliśmy w okolicy Schwaz. Po drodze naszym opiekunom udało się spontanicznie zorganizować nocleg u księży, we wspaniałym kompleksie, w prowadzonym przez nich internacie przy szkole, który był pusty z okazji wakacji. Dzięki temu mogliśmy wziąć ciepły prysznic i wygodnie wyspać przed dalszą drogą.

Dalej kierunek Innsbruck, doliną rzeki Inn, nocleg w Landeck. Spaliśmy w budynku, który wyglądał jak teatr, miał scenę i miejsce na dekoracje. Był to bardzo malowniczy odcinek, tylko te ciągłe, nieznośne opady deszczu. Granicę ze Szwajcarią przekroczyliśmy w okolicy Pfunds. Nasza podróż wiodła przez cztery alpejskie przełęcze położone na wysokości powyżej 2000 m n.p.m. Zbliżaliśmy się do pierwszej z nich – Fluelapass (2383 m n.p.m.). Podjazd serpentynami, nachylenie jezdni to około 10%. Wydaje się że niezbyt dużo? To jest sporo, szczególnie jeśli podjazd jest długi. W niektórych miejscach na serpentynach zdarzało się i 18% (najbardziej stromy podjazd znaleźliśmy później w Słowenii – 30%, fakt, był bardzo krótki). Na przełęczy leżał śnieg, temperatura 0 stopni Celsjusza, chłodno jak na początek lipca. Zjazd z przełęczy to jest to. Na jednym z nich udało mi się ustanowić życiowy rekord prędkości – 80 km/h, która utrzymywała się przez chwilę, pomiar był rzetelny, liczniki kolegów zanotowały podobnie, w końcu jechaliśmy jeden za drugim, tyle że w odpowiednio dużych odstępach. Nigdy później nie udało mi się pojechać szybciej, kilka razy zbliżyłem się do tej prędkości (m. in. zjeżdżając spod nadajnika na górze Chełm w Beskidzie Makowskim – 78 km/h).

Zjeżdżając z przełęczy pękła mi od zimna skóra na palcu, przy takich prędkościach odczuwalna temperatura to dużo poniżej 0. Następnie droga powiodła nas do Davos. Dzięki uprzejmości lokalnych władz mieliśmy tam zarezerwowane miejsce na polu namiotowym, za darmo. Szwajcarskie Alpy podobały mi się najbardziej. To był najciekawszy odcinek naszej podróży.
Nieco wcześniej zaczęły się problemy. Zwykle w grupie, kiedy nadchodzą ciężkie chwile zaczynają się kłótnie. Nieomal doszło do rozłamu w zespole. Część osób miała już dosyć ciężkich warunków i chcieli pojechać prosto do słonecznych Włoch. Kilku osobom kolana odmówiły posłuszeństwa, od ciągłej jazdy w mokrym stroju, w temperaturze około 10 stopni Celsjusza. Musiały przez kilka dni podróżować w samochodzie. Ja poczułem tylko jedno bardzo silne ukłucie w kolano, jakby ktoś wbił mi igłę głęboko do środka. Jednakże upór i niezłomna postawa organizatora wyprawy spowodowały zażegnanie kryzysu i w dalszą drogę udaliśmy się w komplecie, mimo że niektórzy byli z tego powodu poważnie niezadowoleni.

Ja bardzo chciałem jechać zgodnie z planem, wokół Alp, przez wszystkie cztery przełęcze.
Zbliżały się dwie następne. Przed podjazdem na Oberalppass (2048 m n.p.m.) zobaczyliśmy tabliczkę kierującą na przełęcz drogą, która odbijała w prawo od szosy. Wkrótce okazało się, że to pieszy szlak turystyczny i mogliśmy jedynie pchać rowery. Zaczynało się ściemniać i podjęliśmy decyzję o powrocie. Zbliżała się 21, nastroje minorowe, do Andermatt, gdzie mieliśmy nocować już niedaleko, tyle że na drodze stanęła wielka góra. Zmęczenie po kolejnym wyczerpującym etapie zaczęło brać górę i nasz opiekun postanowił wynająć mikrobus, który miał zawieźć nas do Andermatt. Kilka osób zostało z rowerami, po które miały wrócić nasze samochody i zabrać również pilnujących sprzętu. Miejsc w mikrobusie było mało, poza tym nie pojechałem w Alpy po to, żeby jeździć w samochodzie, tylko na rowerze! W czwórkę wyruszyliśmy więc na przełęcz. Planowano, że również po nas przyjadą samochody, po odwiezieniu rowerów i zabiorą nas po drodze. Na przełęczy byliśmy o 22. Całkiem ciemno i straszna mgła.

Zaczęliśmy zjeżdżać do Andermatt. Dosłownie mleko... Nic nie było widać. Jadąc powoli w dół wyobrażałem sobie jakie przepaści są za barierką, bo co do tego że tam były nie miałem najmniejszych wątpliwości. Jedynym sposobem pozostania uczestnikiem ruchu lądowego a nie lotniczego było ograniczenie prędkości do około 20 km/h i jazda ze wzrokiem wlepionym w białą linię życia, linię wyznaczającą krawędź jezdni. Podczas zjazdu wyminęły nas nasze samochody, które dopiero jechały po rowery. Słusznie stwierdziliśmy, że będziemy w Andermatt dużo szybciej. Po pewnych kłopotach z odnalezieniem miejsca noclegu (jakoś nikt nie pomyślał żeby po nas wyjść), który udało się zorganizować na miejscu, poszliśmy spać.

W Andermatt zauważyłem coś, co było dla mnie dosyć niezwykłe. Mianowicie, na stojaku rowerowym, w środku miejscowości, o godzinie 23, na puściutkiej ulicy stał sobie zaparkowany bez niczyjej opieki, nie przypięty, wysokiej klasy pojazd MTB...

Wcześnie rano wstaliśmy tylko w siedmiu (o ile dobrze pamiętam). Reszta powiedziała wieczorem, że na następną przełęcz już nie jadą. Podobnie zbuntowali się kierowcy, już przy zjeździe z poprzednich przełęczy kierowca Wartburga zmagał się z przegrzanymi hamulcami. Golf II miał nadpalone sprzęgło (kierowca wjechał na parking z przyczepą, a później próbował z niego wycofać pod górkę), straszliwy swąd spalenizny nie opuścił go już do końca podróży. Samochody załadowano na lawety, a reszta drużyny pojechała tym samym pociągiem. Na Furkapass (2436 m n.p.m.) wyjeżdżaliśmy we mgle. To najładniejsza przełęcz na trasie. Później czekał nas bardzo trudny etap, w sumie 170 km, cały czas pod wiatr. Po drodze, niestety, zgubiliśmy kolegę, naszego „tłumacza”. Na szczęście trafił do Martigny, tyle że nieco później. W miasteczku, 11 lipca, obejrzeliśmy na telebeam’ie ustawionym na rynku mecz o trzecie miejsce Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Holandia – Chorwacja (pamiętacie kto wygrał?).

Kolejny etap był bardzo krótki, jedynie 35 km. Dojechaliśmy do Bourg-St. Pierre, tam spaliśmy na polu namiotowym, przygotowując się psychicznie do podjazdu na ostatnią, najwyższą przełęcz. Był czas na małe pranie i pieszą wycieczkę w góry. Poszliśmy w czterech, podziwiać wspaniałe alpejskie widoki. Po drodze znalazłem wielki krowi dzwonek na skórzanym pasie, ale dałem go kumplowi, nie miałem ochoty go dźwigać. Na górze, powyżej 2000 m n.p.m. zielono, pasą się krowy i kozy. Wyszliśmy na jakieś wzniesienie, później, oglądając mapę doszliśmy do wniosku że miało około 2600 m n.p.m., a szło się prawie jak na spacerek. Wracając zawitaliśmy do miejscowego producenta mleka. Smakowało świetnie! Szwajcar miał ciekawą instalację chłodniczą, mleko w wielkiej kadzi było chłodzone wodą z potoku. O Polsce nie wiedział prawie nic, kojarzył jedynie papieża i Lecha Wałęsę...

Odcinek zaplanowany na 13 lipca to „zaledwie” 15 km podjazdu na Przełęcz Świętego Bernarda. Nocowaliśmy w schronisku na górze. Przejście graniczne pomiędzy Szwajcarią i Włochami jest na przełęczy. Następny dzień rozpoczeliśmy od zjazdu do Aosty, 25 km w dół! Z wysokości 2469 m n.p.m. na około 600 m n.p.m. Na dole coś ciekawego stało się z naszymi pustymi bidonami, wszystkie zostały „wessane” do środka. Etap zakończył się w Chatillon.

Nazajutrz pojechaliśmy do Mediolanu. Tam wspaniale ugościli nas księża Misjonarze, dostaliśmy nawet bilety komunikacji miejskiej, żeby móc pozwiedzać miasto. Spaghetti było wyborne... Warto zobaczyć Mediolan, to bardzo piękne miasto. Ruch uliczny jest dosyć specyficzny. Trudno znaleźć tam nie porysowany i nie poobijany samochód. Większość kierowców jeździ na czerwonym świetle, jadąc na zielonym trzeba zachować szczególną ostrożność (do czego udało nam się, po krótkim szoku, zadziwiająco szybko przystosować). Poza tym kierowcy uwielbiają trąbić na wszystkich wokół, taką mają fantazję. Jakby tego było mało, wszędzie wokół mkną w szaleńczym pędzie skutery.
Włochy przywitały nas upałami, po drodze termometr umieszczony na jednym ze sklepów wskazywał 40 stopni Celsjusza. I tutaj dopadła mnie angina.

Kolejny odcinek, z Mediolanu do Como, ledwo przejechałem, nie był długi, jedynie 45 km. Straszny ból gardła, gorączka, upał i ciągłe zatrzymywanie się na światłach. Myślałem, że już dalej nie pojadę i czeka mnie samochód, a rower pójdzie na dach. Kupiłem sobie tabletki przeciw bólowi gardła i na szczęście jakoś przeszło w ciągu najbliższych trzech dni.
Następny dzień to przejazd z Como (nocleg mieliśmy zorganizowany u miejscowych księży Misjonarzy) do Sedeny, nad jezioro Garda. Obóz rozbiliśmy na kempingu. Na kolejny dzień zaplanowany był objazd Gardy. Pojechaliśmy znowu w siedmiu, piękna droga biegnąca po stronie Dolomitów przez króciutkie tuneliki, malownicze jezioro. Wykąpaliśmy się, obejrzeliśmy to co było ciekawego do zobaczenia. Jezioro ma obwód około 150 km.

19 lipca dojechaliśmy do Werony, miasta Romea i Julii, nocowaliśmy u księży Misjonarzy.
Kolejny etap zakończył się w Lido di Jesolo, nad Adriatykiem. Pokonaliśmy wówczas najdłuższy dystans, przeszło 200 km. Po drodze zawitaliśmy do Wenecji, na Plac Świętego Marka. Niestety miejscowi Carabinieri mieli jakieś zastrzeżenia do obecności naszych rowerów (długo coś radzili, trzykrotnie do nas podchodzili, ale po włosku to my ani słówka...), dlatego opuściliśmy Wenecję w znacznym pośpiechu, długo oglądając się czy nie goni nas jakiś pojazd z „kogutem”.

W czasie jazdy zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Jechaliśmy w stronę jakiegoś dużego miasta, po czymś w rodzaju obwodnicy. Tablica wskazująca odległość pokazywała ponad sto kilometrów. Wykonaliśmy zjazd po ślimaku czy innej trąbce (lewej, czy prawej), poruszając się we właściwym kierunku. Następna tablica umieszczona za około 2 km wskazywała dystans o 3 km dłuższy. Wtedy straciłem wszelką nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek wrócę do domu...

W Lido di Jesolo był pierwszy i zarazem ostatni dzień odpoczynku. Poleżałem sobie na karimacie, poszedłem na plażę, wykąpałem się w czymś co przypominało zupę – słone, ciepłe, kompletnie pozbawione falowania. Na plaży nie było wydm, nic nie szumiało, jednym słowem – wolę Bałtyk! Dzień był bardzo męczący z powodu niesamowitego upału.

Bibione – Udine, to następny etap. Nocowaliśmy u księży Misjonarzy i Szarytek. 23 lipca wjechaliśmy do Słowenii. Słowenia jest fantastyczna, wspaniały kraj! Czułem się tam jak w domu. Spaliśmy na polu (łące), w pobliżu Ljubljany. Bardzo miły gospodarz użyczył nam węża z wodą, dzięki czemu można było wziąć bardzo szybki „prysznic” (błyskawiczny z powodu temperatury wody).

Nazajutrz dotarliśmy do parafii Ptujska Gora. Przez całą drogę podziwiałem malownicze krajobrazy, zakochałem się w Słowenii...
Na Węgry droga powiodła nas przez przejście graniczne w Hodos. Celnicy węgierscy byli bardzo skrupulatni, dokładnie nas sprawdzali i odprawa trwała bardzo długo. Wieczorem ugościła nas parafia w Szentgotthard. Bardzo źle wspominam Węgry. Mieliśmy ogromne problemy z przejazdem, ponieważ jedyna rozsądna droga była obwarowana zakazem ruchu rowerów. Jakby tego było mało, miał tam miejsce poważny wypadek z udziałem jednego z kolegów. Przy dokonywaniu zmiany został on potrącony lusterkiem w łokieć i wpadł pod następny samochód, odbił się od jego zderzaka i wylądował w rowie. Zabrało go pogotowie. W szpitalu spędził dwa dni, skończyło się na szczęście tylko na potłuczeniach i otarciach. My pojechaliśmy dalej, o niczym nie wiedząc. Wypadek wydarzył się w drugiej grupie, my tymczasem czekaliśmy przed przejściem granicznym w Komarnie. Siedzieliśmy sobie w jakimś barze. Na zewnątrz nie dało się wytrzymać z powodu ogromnych ilości wściekłych... komarów. Nocowaliśmy na polu namiotowym na Słowacji, już po przejechaniu granicy. Do pokonania pozostała już tylko Słowacja.

29 lipca przekroczyliśmy granicę w Chyżnem. Zostaliśmy wspaniale ugoszczeni w Sidzinie, przez rodzinę i przyjaciół Krzyśka, naszego „tłumacza”. Byliśmy już straszliwie wyczerpani całą podróżą. Od opierania rąk na kierownicy zaczęły mi bardzo cierpnąć palce obu dłoni. Wszyscy porządnie schudliśmy. Powrót do kraju wiązał się z kłopotami żołądkowymi wielu z nas. Po miesiącu kiepskiego jedzenia nareszcie było nas stać na coś dobrego do jedzenia. Od tego dobrobytu zbuntowały się, nieprzywykłe do luksusów i takich ilości, skurczone żołądki.

Ostatni dzień wyprawy to triumfalny powrót do Krakowa. Z Myślenic, gdzie zjedliśmy wyśmienity obiad u rodziny księdza, w asyście telewizji, a od granic miasta również w asyście policji, wjechaliśmy na krakowski Rynek. Tam czekało nas gorące przyjęcie, spotkanie z bliskimi i przyjaciółmi. Byłem bardzo zmęczony i strasznie szczęśliwy.

To była największa wyprawa w moim życiu. W ciągu miesiąca przejechałem prawie 4000 km. Odwiedziliśmy 8 państw. Rower spisał się wyśmienicie, nie miałem żadnej awarii, wymagał jedynie bieżącej obsługi polegającej na smarowaniu układu przeniesienia napędu (czyli łańcucha) i zamianie łańcuchów co 1000 km. Miałem tylko jeden „wypadek”. Wpadłem w poślizg podczas zjazdu po mokrych serpentynach z Przełęczy Świętego Bernarda i „położyłem” rower na asfalcie (koledze z pękła na jednym ze zjazdów obręcz tylnego koła i prawie został base jumper'em, tyle że bez spadochronu). Warto dodać, że całą trasę pokonaliśmy szosą (może poza małymi, bardzo krótkimi odcinkami).

Napisały o nas także gazety. Krótki artykuły ukazały się dwukrotnie w Gazecie Wyborczej (01.07.1998 oraz 31.07.1998) i w Dzienniku Polskim (31.07.1998). W tygodniku Droga nr 31 zamieszczono artykuł „W Alpy na rowerze”, opatrzony licznymi zdjęciami.

Ciekawostki:
- najwyższa przełęcz – Col de Gran San Bernardo (2469 m n.p.m.)
- najdłuższy dystans dzienny – ponad 200 km z Werony do Lido di Jesolo
- najniższa zanotowana temperatura – 0 stopni Celsjusza (Fluelapass)
- najwyższa zanotowana temperatura – 40 stopni Celsjusza (Włochy)
- największe nachylenie jezdni – 30% (Ptujska Gora, Słowenia)

PS. Pozdrawiam wszystkich uczestników wyprawy, szczególnie głównego organizatora i jego pomocników. Bez pomocy sponsorów i okazanej gościnności, nasza wyprawa najprawdopodobniej nie doszłaby do skutku

No i fotki z wyprawy
Galeria z wyprawy