Ukraińskim duktem - 10~16.06.2006

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 22 czerwca 2006 20:47:16


Ten kraj coś w sobie ma, coś co sprawia, że wracam tam po raz kolejny. Tym razem na rowerze, z sakwami, namiotem i całym obozowym ekwipunkiem. Jakoś nie kuszą mnie skandynawskie fiordy, holenderskie wiatraki czy wyświechtane alpejskie przełęcze. Potrzeba nam było trochę egzotyki, przygody, powiewu historii, pięknych plenerów, przestrzeni i wszystko to znaleźliśmy właśnie w ukraińskich Karpatach. Czarnohora, Gorgany, Świdowiec – te nazwy wywołują dreszcz emocji u miłośników górskich wędrówek i tak było również u mnie. A znaleźć się tam z rowerem to dopiero jest frajda. Wysokie przełęcze, piękne widoki, górskie drogi zmieniające się w rwący potok usiany głazami, majestatyczne szczyty sięgające ponad chmury, rozległe połoniny – to wszystko tam spotkaliśmy i przeżyliśmy wspaniałą rowerową przygodę na kresach.


I dzień – sobota 10.06.2006

W Przemyślu kierowca ukraińskiego autobusu kręci głową gdy pokazujemy mu objuczone rowery. Nie wygląda to dobrze gdyż po wcześniejszych oględzinach autokaru szybko spostrzegamy załadowane na maxa luki bagażowe. Dopiero po sięgnięciu po „mocniejsze argumenty” pojawia się promyk nadziei. Coś tam mówię o dodatkowych biletach za bagaż, kierowca potakuje, że owszem, ale bilety trzeba będzie u niego kupić, a nie w kasie. Rozumiem całą sytuację i kuję żelazo póki gorące. Rowery wędrują na tył autobusu, bagaże do jedynego wolnego luku, a my sadowimy się na brudnych fotelach mając worki z cebulą i marchewką pod nogami.

Gdy już wszyscy trzej siedzimy przychodzi odprężenie i czas na rozmowy co i jak na tym wyjeździe. Do Iwano-Frankowska docieramy coś koło godziny 19 miejscowego czasu. Na pokrytym olejowymi plamami dworcowym bruku lądują wszystkie nasze klamoty. Skręcanie rowerów przebiega sprawnie, na bagażnikach wiszą już sakwy i pomału zaczynamy rozpoznawać teren. Cel na dzisiaj to wydostać się za miasto i znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. GPS nie przydaje się w tym przypadku i błądzimy po nieznanym mieście.

Pierwsza próba to klapa. Wylatujemy za miasto i lecimy w złym kierunku. Szybko jednak orientujemy się i tym razem radzimy się tubylców co do odpowiedniej drogi. Tym razem jest lepiej i na ekranie GPS widzę jak nasz ślad zaczyna się pokrywać z drogą biegnącą do Nadwórnej i dalej do Rachowa. Na rogatce miasta milicjant rzuca pytanie: „kuda riebiata jediete?”, „na Jaremczę odpowiadam- trochę nas chyba odmłodzili z tą riebiatą. Droga ruchliwa i nie jedzie się przyjemnie. Na razie płasko, ale już kawałek za miastem zaczynają na horyzoncie majaczyć góry. Po około półtorej godzinie jazdy zaczynają pojawiać się nie zaludnione tereny i rozglądamy się na miejscem na biwak. Dzisiaj mamy szczęście, wjeżdżamy w polną drogę i znajdujemy przyjemną polankę na skraju lasu.

Rozbijanie biwaku przebiega szybko i sprawnie. Jeszcze jasno gdy już wszystko gotowe. Outsider- jako że znamy się z forum rowerowego proponuje abyśmy mówili do siebie po imieniu. Dobra niech będzie; przedstawiamy się i okazuje się, że jest nas 3 Piotrków- może pozostańmy jednak przy nickach z forum. Przeżywamy zmasowany atak bzyczących, skrzydlatych potworów. Co chwilę słychać głośny syk i klepnięcie dłonią. Przewaga liczebna komarów jest kolosalna i szybko przechodzimy do defensywy. Okopujemy się w swych namiotach i tam prowadzimy walkę z osobnikami które nieopatrznie dostały się do środka. W takim starciu to my bierzemy górę i już po chwili możemy w spokoju zająć się ostatnimi tego dnia czynnościami.

Dystans - 30,13
Średnia - 16,79
Czas jazdy – 1h47


II dzień – niedziela 11.06.2006

Rano okazuje się, że komary chyba nie chodzą spać, gdyż gdy tylko wystawiamy głowy, przypuszczają z furią totalny atak. Nawet nie myślimy o jedzeniu, jak najszybciej zwijamy manele i ładujemy się na rowery. Głodni jedziemy w kierunku Nadwórnej ruchliwą szosą. Dopiero w tym mieście zatrzymujemy się na dłużej. Gdy wjeżdżamy na rynek, opona w rowerze Outsidera wydaje głośny syk i momentalnie flaczeje. No cóż – pierwsze koty za płoty, i tak mieliśmy w planach dłuższy postój aby w końcu coś zjeść. Zmiana gumy przebiega szybko i już skupiamy się śniadaniu.

Słońce zaczyna mocno przyświecać i robi się przyjemnie. Po zaspokojeniu głodu wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się na Jaremczę. Skracamy sobie drogę jadąc przez zamknięty dla ruchu wiadukt. I gdy już mamy zapiąć blaty, aby dać ostro czadu, znów głośny syk i tylnie koło w rowerze Outsidera znowu flaczeje. Tym razem już wszyscy oglądamy oponę w niej upatrując przyczyny tych nieszczęść. Szybko lokalizujemy przecięcie, które jak nam się wydaje jest winne tym przygodom. Outsider zajmuje się naprawą, a my sadowimy się na betonowych płytach świetnie sprawdzających się jako łóżko.

Piotrek tymczasem zakleił oponę i kończy pompować. Oglądamy podejrzane miejsce i dostrzegamy że łatka nie załatwiła sprawy i opona zaczyna pękać na całej powierzchni. Po chwili okazuje się, że jest jeszcze gorzej, gdyż dostrzegamy drugie pęknięcie na odcinku kilku cm koło druta w oponie. Tak to wydawało by się dobra opona poddała się pod objuczonym sakwami rowerem i dokonała swego żywota. Na szczęście Pit zapobiegawczo wziął rezerwową i ta właśnie wędruje teraz na koło w rowerze Outsidera. W końcu wsiadamy na rowery i szybko oddalamy się z feralnego miejsca. Ale znów GPS daje znać o sobie i sygnalizuje na swoim ekranie, że jedziemy w złym kierunku. Gdy już odnajdujemy właściwą drogę, mocniej naciskamy pedały, aby nadrobić stracony czas.

Za Nadwórną zaczynają się pierwsze podjazdy, ale na razie jest spoko i bez większego wysiłku pokonujemy je nie zwalniając zbyt tempa. Szybko docieramy do Jaremczy, w okresie międzywojennym znanej i popularnej w Polsce miejscowości turystycznej. Tutaj dostrzegamy dwie osoby na rowerach górskich. Okazuje się, że to nasi rodacy- para z Krakowa . Dzięki nim trafiamy do przyjemnej knajpy, gdzie zjadamy obiad. Dużo tam Polaków i w zasadzie cały czas w tym miejscu słyszymy polski język. Po obiedzie trochę ociężali wsiadamy na nasze rumaki i pomału toczymy się pod górkę. Przed nami pierwsza poważna przeszkoda, przełęcz Jabłonicka wznosi się na wysokość ponad 930 m. i musimy ją pokonać, aby dostać się do Jasini. Ale póki co jedzie się bardzo przyjemnie, w polu widzenia pojawiają się potężne górskie szczyty pokryte jeszcze śniegiem. Widoki zaczynają być naprawdę imponujące i wprowadzają nas w dobry humor.

Tuż przed przełęczą urządzamy sobie dłuższy odpoczynek. Obszerna i płaska łąka aż kusi, aby położyć się i odpocząć w pięknym plenerze. Tak też robimy i trwa to aż z letargu wybijają nas porywiste podmuchy zimnego wiatru. Słońce coraz częściej zaczyna kryć się za ciemne chmury, a wiatr przenika do szpiku kości. Ubrani w cieplejsze rzeczy rozpoczynamy podjazd na przełęcz. O dziwo pomimo, że droga wspina się do góry jedzie się bardzo przyjemnie i łatwo. Jedynie ostatni fragment podjazdu sprawia trochę kłopotów; ale jest na tyle krótki, że bez większej zadyszki stajemy na przełęczy. W sumie nic ciekawego, pełno kramów z turystycznymi pamiątkami i towarami. Próbujemy napić się piwa, ale pani w budce skutecznie odstrasza nas swoją obsługą. Najpierw obsługuje Pita kilka minut, a potem nie zwracając na nas uwagi znika na zapleczu. Gdy jeszcze jakiś podchmielony gość zaczyna z nami konwersację szybko wsiadamy na rowery i lecimy w dół.

Zbliżamy się do Rachowa, pogoda zaczyna się kiepścić, musiało tutaj nieźle lać i jedziemy już po mokrej drodze. Robi się późno, a okolica zupełnie nie nadaje się na biwak. Wąska dolina, po jednej stronie rzeka- Cisa po drugiej kilka metrów płaskiego terenu w całości wykorzystanego przez ludzi. W Rachowie kłopoty robią się coraz większe, Pit zaczyna mieć kłopoty z żołądkiem, a droga, którą mieliśmy jechać dalej, okazuje się nie istnieć. Tak przynajmniej twierdzą dwaj młodzieńcy, którzy kręcą głowami widząc nasze obładowane rowery. W akcie desperacji szukamy noclegu na kwaterze. Mamy farta, już w drugim miejscu udaje się i sadowimy się w wygodnych pokojach z zapleczem sanitarnym i TV.
Tymczasem w mojej głowie dojrzewa pomysł ujarzmienia tych gór. Długo studiuję mapę i kombinuję. Najwyższy szczyt Świdowca czyli Bliźnica jest tak blisko i według mapy prowadzi tam całkiem wygodna drogą. Wysokość 1880 m.n.p.m. robi wrażenie i aż korci, aby tam się wybrać. Zobaczy się, co rano będzie.

Dystans - 135,71
Średnia - 20,71
Czas – 6,32


III dzień – poniedziałek 12.06.2006

Ranek jest piękny, nie ma na co czekać. Potem możemy tego żałować - stawiam sprawę jasno. Dzisiaj będzie MTB na Bliźnicę. Załatwiamy z gospodarzem możliwość zostawienia sakw i rozmawiamy z nim o naszych planach. Potwierdza, że prowadzi tam droga z Rachowa, rysuje nam nawet plan jak trafić na właściwą. Według naszych założeń wycieczka powinna nam zająć jakieś 4-5 godzin. Sakwy zostają na kwaterze, do kieszeni po 2 wafelki, kurtka przeciwdeszczowa, pełne bidony i lecimy w górę.

Szybko znajdujemy odpowiednią drogę i zaczynamy mozolną wspinaczkę. Nachylenie może nie jest jakoś specjalnie duże, ale nawierzchnia fatalna. Wyłożona dużymi kamieniami droga nie daje chwili wytchnienia, cały czas wspina się do góry, czasem serpentynami, czasem ostrzej pod górę i wtedy trzeba ratować się miękkimi przełożeniami. Słońce zaczyna mocno przypiekać i coraz mocniej się pocimy. Cichną rozmowy, każdy skupia się na walce z górą, bidony zaczynają wysychać, ale na szczęście pojawiają się potoki z czystą i chłodną wodą. Czas mija, wokół roztaczają się fantastyczne widoki. Jak na dłoni widać potężny masyw Czarnohory, w dali majaczy Pop Iwan z ledwo widocznymi ruinami obserwatorium, a bliżej charakterystyczna sylwetka Howerli i Pietrosa obok niej. Widać też tajemnicze szczyty Gorganów, które łatwo zidentyfikować po żółtawym odcieniu gorganu pokrywającego ich szczyty, od którego zresztą wzięła się ich nazwa.

Jak do tejpory nie widać naszego celu. Za każdą górą wyrasta kolejna, za którą chowa się Bliźnica. Droga robi się coraz mniej wyraźna, teren robi się coraz bardziej wysokogórski. Granica lasu pozostała daleko w dole, a my jedziemy już bezkresnymi połoninami, które zdają się nie mieć tu końca. Zaczynają się pierwsze kłopoty orientacyjne i pierwsze dylematy, gdy pojawiają się większe ilości dróg i dróżek. W oczach kompanów dostrzegam pierwsze objawy zwątpienia, kręcimy już kilka godzin, a do tej pory nawet nie widzimy naszego celu. Do tego wszystkiego Outsider dostrzega , że zgubił mapę. Zaczyna doskwierać głód i pragnienie, oszczędzam wodę w bidonie pociągając z rzadka po małym łyczku. Morale spada nam prawie całkowicie, gdy po pokonaniu stromego podjazdu dostrzegamy nasz cel - jest daleko i wysoko, w dodatku nasza droga szerokim łukiem skręca w głęboką przełęcz.

Pit z Outsiderem zostają na chwilę, a ja podjeżdżam kawałek sprawdzić jak wygląda dalej sytuacja. Dostrzegam ślad roweru górskiego, ktoś jechał tędy całkiem niedawno. Trawersuję górę i zatrzymuję się ocenić sytuację. Nie jest wesoło, już dawno minął czas jaki zakładaliśmy na całą wycieczkę, a my nawet nie jesteśmy jeszcze u podnóża Bliźnicy. Jeszcze daleko, ogarniają mnie poważne wątpliwości, czy warto to kontynuować, czy nie będzie to zbyt duże ryzyko. To naprawdę wysokie góry, powietrze bardzo ostre, niby świeci słońce, ale powiewy wiatru są lodowate i wzbudzają dreszcze. Stoję tak i myślę i już podjąłem dezyzję o odwrocie gdy dostrzegam za sobą kumpli. Może rzeczywiście nie warto już wracać, to nie takie proste, przejechaliśmy kawał drogi.

Jedziemy dalej, zaczynam przypominać sobie oglądaną wczoraj mapę. Przypominam sobie rozmowy jakie toczyłem podczas planowania trasy na forach dyskusyjnych na temat MTB po ukraińskich górach. Gorączkowo szukam w pamięci wszystkich informacje jakie zdobyłem na ten temat. Zerkam na GPS i wyraźnie widzę jak nasz ślad prowadzi równolegle do wczorajszej trasy jaką jechaliśmy do Rachowa. W linii prostej to naprawdę niedaleko, ale góry stwarzają poważną barierę. Wiem, że pod szczytem Bliźnicy stoi turbaza, do której prowadzi wyraźna droga. Przypominam ją sobie na wczorajszej mapie, wyglądała tam na całkiem dobrą. Jednak w tej chwili nie mamy odwrotu, powrót tą samą drogą nie wchodzi w rachubę gdyż było by to zbyt ryzykowne, zbyt czasochłonne. Trzeba zdobyć Bliźnicę, potem nawet znieść rowery do turbazy i stamtąd ewakuować się drogą do Jasini skąd już asfaltem do Rachowa.

W gąszczu połonin ginie nasza droga i kierujemy się teraz już tylko na azymut. Cel jest dobrze widoczny i łatwo nawigować ale rowery zaczynają przeszkadzać na nierównym terenie. Nadchodzi czas, że trzeba nasze maszyny zarzucić na plecy i rozpocząć marsz ostro pod górę. Szczyt wznosi się bardzo stromo i nie ma co łudzić się, że zdobędziemy go z takim bagażem. Kieruję się na przełęcz, pokonuję pole śniegowe, pojawiają się pierwsze oznaki wyczerpania, już tylko siłą woli wlokę nogę za nogą, rower ciąży i wbija się swymi częściami w plecy i ramiona. Kompani zniknęli gdzieś w dole, nadchodzi moment gdy padam z wyczerpania. Nie ma co grać twardziela, serducho tłucze się jak oszalałe, gardło piecze od przyspieszonego oddechu, usta spękane i suche od braku wody. Leżę tak kilka minut bez sił, nawet nie mam ochoty podnieść głowy.

Dopiero jakieś odgłosy pobudzają mnie do życia, widzę, że jakieś 200-300 metrów stąd idą ludzie, widocznie prowadzi tam ścieżka na szczyt. Za chwilę dostrzegam sylwetkę rowerzysty, szybko zjeżdża i oddala się za pagórkami. Widzę Pita i Outsidera i pokonuję ostatni odcinek ku drodze. Już jestem, wyraźna i szeroka ścieżka prowadzi ostro w górę na szczyt Bliźnicy. Rozglądam się po okolicy, w dole po lewej widzę jakieś zabudowania. Nadchodzą jacyś turyści, zasięgam języka i z ulgą dowiaduje się, że to właśnie turbaza o której myślałem. Dowiaduję się, że rzeczywiście w dół prowadzi dobra droga do Jasini. Nie jest źle, nadchodzą kumple i po chwili odpoczynku poprawiają się nam nastroje. Na szczyt Bliźnicy mamy jakieś 200-300 metrów ostro pod górę. Nie ma sensu wnosić tam rowerów, maskujemy je za garbami terenu i na lekko zdobywamy górę.

A tam wręcz szok- cała grupa rowerowych turystów- Rosjan albo Ukraińców. Sakwy, ogromne plecaki, kompletny sprzęt biwakowy, kilka kobiet – powinszować.
Wymieniamy kilka zdań i poświęcamy się podziwianiu widoków. Są naprawdę imponujące ale zimny i porywisty wiatr szybko nas stąd wygania. Zresztą jesteśmy tak zrypani, że aż nie chce się oglądać tych panoram. Szybko schodzimy w dół , dosiadamy rowerów i po pokonaniu krótkiego podejścia zjeżdżamy na przełęcz, skąd bez problemów dostajemy się w dół . Droga rzeczywiście bardzo dobra, nabieramy szybkości i wygodnie zjeżdżamy do Jasini.

Wizyta w pierwszym napotkanym przydrożnym sklepie i szybko śmigamy do Rachowa. Już późno, a musimy jeszcze wydostać się z miasta i rozbić obóz. Padają propozycje aby jeszcze raz przenocować na kwaterze, ale trzeba trzymać się planu, musimy dzisiaj jeszcze coś pokręcić. Jeszcze tylko konsultujemy z gospodarzem naszą dalszą drogę, Okazuje się, że ona istnieje i jak najbardziej jest przejezdna. Wprawdzie nawierzchnia jest bardzo kamienista ale nie jest najgorzej i już na rowerach znów zaczynamy nabierać wysokości. Zabudowania ciągną się wysoko w górę, robi się coraz później, nie ma gdzie rozstawić namiotów. W końcu znajdujemy skrawek płaskiego terenu tuż przy drodze. Obok jakieś zabudowania, Outsider zagaduje gospodarzy i oznajmia nam , że mamy pozwolenie na nocleg. W końcu nadchodzi odprężenie, każdy zajmuje się swoimi sprawami, a po kolacji jeszcze raz przeżywamy przy rozmowach dzisiejszy dzień.

Dystans – 80,82
Średnia – 11,72
Czas – 6,52

Zobacz mapę trasy
Profil trasy


IV dzień – wtorek 13.06.2006

Noc była chłodna, ale ranek piękny. Niebo błękitne, wyspani, najedzeni , wypoczęci i w dobrych humorach ruszamy w dalszą trasę, a ta od razu wspina się serpentynami w górę. Według mapy czeka na nas przełęcz o wysokości ponad 1130 metrów. GPS wskazuje niewiele ponad 800 co znaczy , że jeszcze trochę wspinaczki przed nami. Ale co znaczy zmęczenie gdy jedzie się w takich plenerach. Widoki są fantastyczne, droga wspaniała, ogromne przestrzenie wokół, morze gór zdaje się nie mieć końca. Ciągną się aż po horyzont i nigdzie nie widać ani kawałka płaskiego terenu. Tak patrząc wydają się nie do przebycia, a przecież gdzieś tam w leśnych przecinkach jest nasza dalsza droga.

Na przełęczy robimy sobie przerwę, kilka zdjąć, coś do zjedzenia i znów podziwianie widoków. Dalsza droga jest esencją kolarstwa górskiego, długie zjazdy i podjazdy, gruntowa droga, zaginione wśród wzniesień wioski, w których czas się zatrzymał. Przejeżdżamy przez Kosowską Polanę, Kobylańską Polanę, a potem Wodicę. Każda z nich oddzielona jest od sąsiednich wysoką przełączą. Na trasie zaczyna pojawiać się błoto, nasza droga robi się coraz bardziej „boczna” i jazda robi się coraz trudniejsza. Mijane wioski są rozległe, a zabudowania sięgają wysoko w górę. Coraz później i póki co to brak perspektyw na jakieś ciekawe miejsce biwakowe.

Mijamy Wodicę i podjeżdżamy na przełęcz za wsią z nadzieją, że może będzie ona podobna do tych wcześniej mijanych i nada się na nocleg. I tak właśnie jest, miejsce jak wymarzone. Obszerna górska hala , obok kapliczka, kilkanaście metrów od drogi. Cisza i spokój, piękne widoki i cudowny zachód słońca nad górami. Ale żeby nie było miodów zrywa się zimny wiatr i jak tylko słońce znika za horyzontem temperatura zdecydowanie spada. Ta noc była naprawdę zimna i jedyna kiedy wskoczyłem we wszystkie zabrane ubrania nie zważając nawet na to, że część ciuchów już całkiem brudna.

Dystans – 62,48
Średnia – 10,44
Czas – 5,58

Mapa trasy
Profil trasy


V dzień – środa 14.06.2006

Zimna noc, ranek jeszcze bardziej. W akcie desperacji zaczynam biegać wokół namiotu, aby choć trochę się rozgrzać. Początki jazdy są ciężkie, organizmy nie rozgrzane, źle reagują na zimny pęd wiatru. Szybko zjeżdżamy do Dubove i w promieniach wychodzącego słońca rozgrzewamy zmarznięte kości. Ale już po chwili słońce chowa się za chmury i zaczyna kropić delikatny deszczyk. Pogoda nie może się zdecydować i dopiero jak opuszczamy miasteczko zaczyna padać na całego. Chronimy się pod sklepem lecz po kilkunastu minutach wsiadamy na rower i kręcimy w deszczu. Jeszcze tylko raz chowamy się pod drzewami gdy opady robią się bardzo intensywne lecz gdy tylko trochę folgują lecimy dalej.

Jedziemy teraz kiepskim asfaltem, gdzieniegdzie droga w wyniku powodzi (obok rzeka ) pozbawiona jest nawierzchni asfaltowej i telepiemy się po nierównościach. Mijamy Ust Ciorną, Ruską Mokrą i w Komsomolsku kierujemy się na Kołaczawę. Deszcz już odpuścił ale pogoda cały czas niepewna i co chwilę z niepokojem zerkam na niebo. Tymczasem czeka nas ogromne zaskoczenie. Droga, która na mapie jest całkiem wyraźna i wygląda na wygodną robi nam niemiłego psikusa.

Na początku trochę błota, potem przekraczamy szeroki strumień. Nie cackam się tylko najzwyczajniej w świecie pakuję się do wody, i tak mam mokro w butach od deszczu. Za to Pit jest ostrożny i udaje mu się pokonać rzekę mocząc tylko jednego buta. Jak sam komentuje, lepiej mieć mokro w jednym bucie niż w obu. Ale już po chwili śmiejemy się z tego komentarza gdyż droga i rzeka tworzą jedność i nie pozostaje nam nic innego jak brodzenie w wodzie sięgającej miejscami po kolana. Wszystko to jeszcze pikuś, ale pojawiają się poważne przeszkody w postaci ogromnych kamieni leżących w korycie rzeki. Wszystko to trwa około godziny i po raz drugi na tej wyprawie dopadają mnie wątpliwości czy podołamy, czy wytrwamy, czy przebijemy się przez ten tor przeszkód. Z GPS wynika, że już za chwilę powinny pojawić się serpentyny i liczę na to, że wyżej rzeka opuści drogę i znajdzie sobie inne koryto. O jeździe nie ma mowy, cały czas prowadzimy rowery, czasem trzeba je nawet podnieść co nie jest łatwe gdyż wszystkie te klamoty sporo ważą. Wyczerpani docieramy w końcu na wąską ścieżką i żegnamy się z rzeką , jeszcze kawałek podejścia i skręcamy w prawo. Rzut oka na dalszą trasę i kolana się pode mną uginają.

Kamienista droga wznosi się ogromną stromizną do góry. Pokonujemy to podejście resztkami sił, miejscami mam problem, aby zachować równowagę, kamienie tworzą przeszkody nie do pokonania, ramiona już jak z waty, rower ucieka w dół, na bok. Totalny survival.
Gdy w końcu na górze wsiadamy na rowery, jedziemy już na oparach. Dzięki Bogu droga robi się przejezdna, po chwili osiągamy przełęcz i po krótkim odpoczynku połączonym z sesją zdjęciową zaczynamy zjazd. A ten nie różni się wiele od poprzednich, tzn. droga kamienista, koleiny, nie ma mowy o poprawieniu średniej. Prędkości rzadko przekraczają 20 km/h. Jeszcze tylko podziwiamy ciężarówę, która chyba jakimś cudem dostała się w to miejsce. Stoimy i z zapartym tchem oglądamy umiejętności kierowcy oraz niemożliwe wręcz do uwierzenia akrobacje jakie wyczynia tym sprzętem. Wzajemne pozdrowienie i już lecimy w dół.

Ogromne koleiny żłobią całą drogę, trochę śliskawo, zaczyna się robić wesoło. Każdy trawers przez koleinę pokonuję na granicy ryzyka, sliki nie trzymają dobrze na boki i z dreszczem na plecach pokonuję kolejne przeszkody. Czasem robi się wąsko i trzeba mocno ciałem balansować aby nie zahaczyć kołem o skarpę i wylądować na glebie. Ale ja lubię takie przygody i chętnie puszczam klamki hamulcowe, cieszę się tym zjazdem i podejmuję ryzyko. Sama Kołaczawa to nic ciekawego, szybko opuszczamy wioskę i śmigamy dalej. Tym razem wygląda, że nasza „ boczna” droga będzie miała nawierzchnię asfaltową. Skręcamy na Miżgirię i zaczynamy podjazd na kolejną przełęcz. Niby po asfalcie łatwiej się jeździ i jakoś tak to jest, że kręci się szybciej, droga gładka zachęca do mocnych depnięć na korby. Robi się stromo, zaczynają się serpentyny, ale pomimo zmęczenia jedzie się bardzo przyjemnie. Po bokach gęsty las, co kawałek studzienki ze źródlaną wodą. Ja jednak tak mam, że wolę odpocząć na górze, zaczyna mi się fajnie jechać, złapałem dobry rytm, chłopaki zostały gdzieś z tyłu ale nie ma obawy o pobłądzeniu i można trochę poluzować szyki.

W ten sposób docieramy na przełęcz wznoszącą się ponad 830 m.n.p.m. A tam wieje wiatr, zimny i nieprzyjemny, cały spocony szybko wskakuję w kurteczkę. To samo robi Pit i Outsider. Zjazd do Miżgirii jest bardzo długi, zjeżdżamy 500 metrów niżej. Droga opada w dół przez ładnych kilka km. Na pewno od tej strony przełęcz jest bardziej wymagająca i dłuższa do podjazdu. No ale nie będę płakał z tego powodu ;)) jakoś to przeżyję....
W Miżgirii udaje nam się zjeść dobry obiad . Za około 14 zł wcinamy dwudaniowy obiadek + pianka. I w dodatku bardzo smaczny, miła obsługa, pani zdecydowanym ruchem głowy odrzuca napiwek i nawet wręcz dziękuje nam, gdy nie możemy się dogrzebać 2 hrywien. Po takim jedzonku nie pozostaje nic innego jak spanko. No a z tym dzisiaj to naprawdę nie jest różowo. Niby są fajne miejsca, ale albo domy blisko, albo mokro, albo trawa wyżej pasa. Mijamy nawet camping ale jest tak zaniedbany i paskudny, że już po kilku minutach zjeżdżamy stąd czym prędzej. Badamy każdą boczną drogę biegnącą w las. Jedna, druga, w końcu stajemy obok osamotnionego i nieukończonego – w surowym stanie dużego domu stojącego kilkadziesiąt metrów od drogi. Nieopodal studzienka z wodą źródlaną, teren płaski i suchy, trochę blisko drogi ale nie jest najgorzej. Tylko te owcze bobki na trawie......trzeba się mocno uwijać żeby namiotu nie spaskudzić :)

Dystans - 101,69
Średnia - 14,89
Czas - 6,49

Mapa trasy
Profil trasy


VI dzień - czwartek 15.06.2006

Rano budzi nas szum deszczu, jest chłodno. Krople intensywnie uderzają w namiot, nie ma złudzeń, że to przelotne opady. Słyszę jak chłopaki kręcą się po namiotach, ale do 10 nawet nie wystawiamy z nich nosów. Zmuszony potrzebą opuszczam na chwilę przyjemne i suche wnętrze namiotu, wracając bacznie obserwuję niebo i pozbawiam się wszelkich nadziei na poprawę pogody. Po horyzont króluje bury kolor, opady cały czas intensywne i nic nie wskazuje żeby miało być lepiej. Po godz. 11, gdy już każdy z nas zjadł śniadanie zaczyna robić się niespokojnie, czas płynie, plany czekają , a my tu kiśniemy pod pałatkami. W końcu gdy opady trochę słabną decydujemy się na zwijanie obozu. Nie ma na co czekać, z cukru nie jesteśmy, nie roztopimy się.

Czeka nas teraz kolejna przełęcz, tym razem już niższa, zaledwie 730 metrów, a dalej szybki zjazd do Wołowca. To chyba najbrzydsze miasteczko jakie odwiedziliśmy podczas tej wycieczki. Obskurne budynki, wysypane żwirem ciągi piesze, dziurawe drogi, paskudne sklepy z badziewskim zaopatrzeniem i do tego cyganki proszące o hrywny..
Jednak musimy tu zatrzymać się na dłużej i podjąć decyzję co do dalszej trasy. Już czwartek, a od polskiej granicy dzieli nas co najmniej 200 km z czego większość przez góry- bocznymi drogami. W planach mieliśmy być w sobotę już w domu. Trochę zaskoczyły nas te „boczne” ukraińskie drogi, nie spodziewaliśmy się, że coś co na mapie wygląda na drogę może okazać się ciężką terenową ścieżką. Nie mamy wyboru, trzeba skorzystać z szybszych środków komunikacji.

Bilety kupione, trochę kłopotów z wpakowaniem rowerów do wagonu. Każdy wagon ma swojego konduktora-kierownika. Oni żądzą w tym świecie i są tu Bogami. Nam każą wpakować rowery w przejście. Słyszę jak kierowniczka wagonu kategorycznie – bez głosu sprzeciwu oznajmia pasażerom: tu będą siedzieć „poliaki”, każąc siedzącym w przedziale pasażerom przesiąść się w inne miejsce...Jednak gdy pociąg rusza, okazuje się, że sprzęt blokuje drogę przeciwpożarową!. Znów trzeba robić akcję i ładujemy je na półki . Po około 4 godzinach jazdy docieramy do Lwowa. Na początku szok cywilizacyjny, samochody, tramwaje, hałas, ludzki gwar, zapach spalin. Po kilkudniowym pobycie w górach wszystkie te bodźce odbieramy ze zdwojonym natężeniem i na początku czujemy się wręcz zagubieni. Jeśli dodać do tego brukowane, nierówne ulice, duży ruch samochodowy, samowolkę kierowców, to naprawdę nie jest to przyjemne. Wpadamy tylko na szybkie żarcie do M’c Donalda i staramy się wydostać z tego zgiełku. Mamy trochę problemów, ale pomagają nam miejscowi Polacy, a potem spotkany chłopiec, który nawet przez chwilę biegnie razem z nami. W końcu docieramy za miasto, obwodnicą dojeżdżamy do interesującej nas drogi i znajdujemy bardzo przyjemne miejsce na spanko na świeżo skoszonej łące. W końcu ciepełko: byłoby całkiem fajnie, ale już dowiedziały się o nas komarzyce i zmuszają nas do capstrzyku.

Dystans – 53,22
Średnia - 16,44
Czas – 3,14

Mapa trasy
Profil trasy


VII dzień – piątek 16.06.2006

Rano pogoda przyjemna, Zapowiada się ciepły i słoneczny dzień. Do Medyki decydujemy się jechać bocznymi drogami. Na początek asfaltujemy, mijamy Wielki Lubin i w Rudkach skręcamy na lokalną drogę. Wszystko zaczyna wracać do normy, czyli szybko kończy się asfalt i śmigamy po zakurzonych szutrówkach. Krajobraz nie jest już tak atrakcyjny jak w górach, ale nie można mu odmówić uroku. Droga biegnie pośród wzgórz i można dostrzec jak wije się wznosząc się to opadając. Teren prawie bezludny, z rzadka mijamy wioski wzbudzając spore zainteresowanie wśród miejscowych dzieciaków.

Chociaż to nie góry to jednak można się nieźle sponiewierać, trasa mocno interwałowa, krótkie ale strome podjazdy, szybkie zjazdy, trzeba się rozbujać, bo znów widać jak dróżka staje dęba na kolejnym wzgórzu. Wokół nas coraz ciekawszy krajobraz, bezkresne, pofałdowane przestrzenie bez śladów ludzkich siedzib. Zaczyna nam się tu naprawdę podobać i cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się jechać główną drogą z Lwowa. Nie mamy problemów z nawigacją, gdyż wczoraj wstukałem sobie do Garmina trasę i teraz jedziemy jak po sznurku skupiając się tylko na jeździe i otoczeniu. Tak docieramy w końcu do głównej drogi, i po chwili stoimy na przejściu granicznym. Jeszcze chcemy coś zjeść i wydać ostatnie hrywny, ale w barze pani mówi abyśmy siedli przy stole, a rowery wynieśli za zewnątrz. Zachowuje się tak, jak byśmy do jakiegoś Hiltona weszli......a to tylko obskurny graniczny bar z żarciem z zamrażarki. No cóż, jak nie chcą zarobić to nie...zjemy w Przemyślu. Granicę udaje nam się przekroczyć błyskawicznie- przejściem drogowym, aż jesteśmy zaskoczeni. Zajmuje nam to około 15 minut i już kręcimy gładką jak stół drogą do Przemyśla.

I to tyle przygód na Kresach. Wszyscy cali i zdrowi dotarli do domów. Z wyjątkiem pękniętej opony uniknęliśmy problemów ze sprzętem. Nie mieliśmy też większych kłopotów ze zdrowiem. Wrażenia pozostaną na bardzo długo. Udało się zaplanować bardzo ciekawą trasę i śmiem twierdzić, że o lepszą na Ukrainie będzie bardzo trudno.

Dystans - 109,65
Średnia – 19,63
Czas – 5,45

Mapa trasy
Profil trasy


Na koniec taka ciekawostka czyli satelitarne zdjecie naszej trasy. Troszke tam są kłopoty za kalibracją i stąd spore błędy jak np. część trasy wybiegającej za granicę z Rumunią ale daje to obraz naszej drogi jaką przebyliśmy.

Zobacz zdjecie


Na koniec zapraszamy do obejrzenia fotek z naszej wyprawy

Piotr Furmański