BikeMaraton Murowana Goślina - 25.06.2006
Dodane przez 'pocio' dnia 25 października 2006 20:08:16
Serdecznie witam wszystkich, którzy zechcieli poświęcić chwilę czasu na moje wypociny.
Dzień zaczął się w zasadzie jak zwykle, zadzwonił budzik. Niezwykła była jednak godzina 4,30 i fakt, że tego dnia była niedziela i w dodatku mój urlop. Ale jak się chce startować w maratonie MTB to pora wstawać. Śniadanko robienie kanapek na drogę pakowanie samochodu, odpalenie GPS i możemy ruszać. Do przejechania około 230km z Ustronia Morskiego do Murowanej Gośliny. No ale mam GPS’a i w miarę znam drogę. To pierwsze urządzenie stało się przyczyną pierwszych w tym dniu problemów. Niestety naiwnie zaufałem mu i pojechałem tak jak sugerował. Tym sposobem znalazłem się na farmie wiatrowej i zamiast drogą asfaltową jechałem leśnym duktem. Nawet było błoto. Pomyślałem, że może na trasie maratonu też będzie więc powinno być fajnie i ciekawie. Droga robiła się coraz bardziej terenowa (dla Jeepa, a nie osobówki) a rower coraz głośniej tańczył na dachu. W końcu się zatrzymałem i o zgrozo bagażnik był niebezpiecznie wygięty. Czas też zaczynał być niebezpieczny. Dystans do przejechania prawie nie zmalał a godzina jazdy była za mną.
Podjąłem męską decyzję, odkręcam koła, rower do autka rzut oka na papierową mapę i jadę tak jak ja uważam za słuszne. W Wałczu zadecyduję czy zdążę na maraton i najwyżej zawrócę. Na szczęście dalsza droga przebiegała bez stresowo i już przed 9,00 byłem w na rynku w Murowanej Goślinie. Zaparkowałem pod kościołem i szybko do biura zawodów aby zdążyć przed tłumem. Niestety ale chyba miałem pecha. Kolejka do wpisowego. Idzie jak krew z nosa, bo wielu wpłaca za całe grupy, a do tego z boku podchodzą krewni i znajomi królika. W końcu udało się. Mogę stanąć w następnej kolejce by zapłacić kaucję za chipa. (Jakby nie można było tego zrobić przy wpisowym, ale to za trudne dla orgów. Może potrzeba im spojrzeć na swoją pracę z boku?)
Wracając do tej kolejki to ona idzie jeszcze wolniej. Obsługują niby trzy osoby ale to niewiele pomaga bo jedna przyjmuje kasę i wydaje kwity druga tylko te kwity wypisuje a trzecia szuka na kompie numerów i danych uczestnika. W końcu udało się ale jest już 9,40. Rejestracja chipa przebiega bezproblemowo. Udaję się po gadżety. I tu niemiła niespodzianka znowu kolejka. Chyba mam dziś wyjątkowego pecha. Ale ambitnie stoję w końcu dostaję ankietę na teletombolę (ciekawe czy podobnie jak w Kielcach nie będzie komu jej oddać po finiszu?), książkę o puszczy Zielonej i to by było na tyle. Mapa trasy wisi obok w gablocie, a reklamówki pewnie wiatr wywiał. Biorę w łapę i z nadzieją idę po odbiór dyplomu za Kielce. I tu dostaję kolejny raz w mordę. Nie ma mojego wcięło, może ktoś odebrał, ale kto Kaczor Donald? Zapisuję się na dyplom i mam nadzieję, że odbiorę go w Krakowie.(edycja w Krakowie również go nie było)
Idę do auta się przebrać. I tu kolejny dla mnie istotny zgrzyt głośna muzyka orgów zagłusza mszę trwającą w parafialnym kościele. Optymizmem napawa grupa uczestników maratonu biorąca udział wraz z rowerami w strojach kolarskich we mszy. Ksiądz mówi ładne kazanie o linoskoczku. Ja wdziewam stój, skręcam rower, wypijam Power Rate i udaję się na start. Tu nastąpił następny fatalny w skutkach wybór szkieł do okularów. Wybrałem revo co okazało się przyczyną późniejszych kłopotów na trasie. W końcu ustawiam się na starcie. Niestety cienia dla mnie już nie starczyło (teraz wiem przynajmniej kto go zabrał ;). Stoję w słońcu przed grupą Motoroli a za lub w tłumie NTT. Prowadzę sympatyczną rozmowę z Bilerem z ekipy NTT z Zielonej Góry, którego niniejszym pozdrawiam. Mam nadzieję, że w tym roku w Krakowie będzie miał więcej szczęścia. Razem w pełnym słońcu oczekujemy na start. Ja walczę z otwarciem butelki z Isostarem. W końcu się udaje i gaszę pragnienie.
Może teraz kilka słów o sprzęcie na którym jechałem. Unibike Viper cross na 28” kołach w kolorze grafitowym. Według opisu trasy powinien się sprawdzić, a nawet dać pewną przewagę nad góralami. No cóż można się teraz tylko pocieszać. Testuję SPD w których jadę po raz pierwszy na maratonie. Z powodów problemów technicznych (reklamacja butów) trochę mało przed maratonem trenowałem, ale do odważnych świat należy. Czekam i czekam z tyłu mruczy jakiś męski głos. Domyślam się, że to spiker i jedyne co usłyszałem to info , że jedzie około 1000 osób. Wybija 11,00 a my dalej stoimy. Widocznie to taka nowa świecka tradycja późniejszego startu. Kolega obok włącza pulsometr a mój licznik pokazuje jak szybko jadę. W ciągu paru minut stojąc przejeżdżam 1 km. Ot urządzenia bezprzewodowe.
W końcu start. Ruszam powoli nie chcąc nikogo potrącić i usiłuję zapiąć pedały. Walczę tak przez długi czas. W końcu się udaje. Zaczynam się rozpędzać ale mój zapał do dalszego ścigania skutecznie tłumi wielki huk i powstający korek. Talibowie tutaj. Aż tak popularny jest ten maraton? Wyjaśnia się, że to tylko dętka i jakoś bez zatrzymywania udaje się ominąć korek. Walczę dalej tempo w sam raz chyba dzisiaj będzie jednak dobrze. Kurz w jakim jedziemy jest niesamowity. Pierwszy widok wymagał dużej cywilnej odwagi, by w tą chmurę pyłu wjechać. Teraz zaczynam mieć pragnienie napicia się czegokolwiek. I to zaczyna być problem. Moja technika jazdy nie pozwala na utrzymanie jedną ręką kierownicy na piasku. Trudno może za kawałek się da. Jest szansa. Skręcamy w prawo pierwszy poważniejszy podjazd. Niestety nie jest dane mi jechać. Jest (podobnie jak w Kielcach na pierwszym podjeździe tłum pchaczy). Ja nie jestem zwinny jak wiewiórka by jechać slalomem pomiędzy nimi. Zaczynam pchać truchtem i wymijać powolniejszych. Słyszę okrzyk „prawa idzie lewa jedzie” i niczym wiejska kura przesuwam się w lewo. Niniejszym przepraszam kolegę, któremu zastąpiłem drogę. Ja mam chwilowo dość. Staję na poboczu i dopijam Izostara po czym na nieszczęście wyrzucam pustą już butelkę.
Po chwili odzyskawszy siły i przesunąwszy się w powolniejszą część stawki zaczynam normalną jazdę. Nawet udaje się wyprzedzić kilka osób. Na około 5 km na prostym podjeździe po piachu zaliczam moją pierwszą glebę na maratonie. Niestety rower stanął a ja nie zdążyłem wypiąć buta. Mam szczęście nikt na mnie nie wjechał, a i piasek zamortyzował upadek. Ale pora gnać dalej. Ładnie powiedziane w praktyce wygląda to o wiele wolniej. Około 10 km kończy się picie (miałem dwie półlitrowe butelki) Na całe szczęście nie wyrzucam butelki po Power Rate. Przechodzę drugi kryzys i po chwili odzyskawszy siły i nabrawszy rozpędu o mało nie zderzam się z czołówką jadącą pod prąd. No fakt w Krakowie na maratonie też tak było tylko tam motocyklista był na tyle z przodu by mnie skutecznie uprzedzić o mijance. Dojeżdżam do kolejnej kolejki jak później się okazuje do maty.
Nie jest źle nie straciłem kontaktu z grupą. To co dzieje się ze mną dalej niestety powoduje, że muszę zapomnieć o dobrym wyniku. Zaczynają się podjazdy na Dziewiczą Górę, a ja nie mogę wykrzesać z siebie siły. W dodatku pchacze zniechęcają mnie do jazdy. Dobra można pod górę ale z górki należy zjechać. I tu daje znać o sobie fatalny wybór szkieł do okularów i skręcający jak tankowiec cros. Nie widzę gdzie jest piach a gdzie twardszy grunt. Fatalne wybory kończą się kolejnym upadkiem tym razem w ostatniej chwili jest postęp bo podpieram się noga. Znowu walczę z pedałami i nie udaje mi się zapiąć. Jadę dalej. Z rozpaczy (brak picia) zjadam „Grześki ” i odzyskawszy siły mijam wieżę widokową na Dziewiczej Górze. Jeden z fragmentów zjazdu na pewno jest za niebezpieczny dla początkujących więc zbiegam z rowerkiem. Licznik wskazuje 20 km więc za chwilę powinien być bufet. W końcu dojeżdżam do niego i tu kaplica. Power Rate wyparował została tylko woda. Napełniam ją butelkę zjadam ze dwa banany i jedną pomarańczę (informacja dla GG jako reakcja na jego osobisty post na forum) i jadę dalej. W czasie mojego pobytu na bufecie mają miejsce dwa nieprzyjemne incydenty. Najpierw kierowca malucha nie chce przepuścić karetki, a po chwili obsługa bufetu dochodzi do wniosku, że to już koniec maratonu i zaczyna się zwijać. To w sumie nie jest, aż tak groźne bo pakowanie w końcu trochę trwa ale to samo robią ludzie zabezpieczający trasę. Wyraziwszy do nich swoje zdanie na ten temat szybko zaczynam jechać dalej.
Na płaskim odcinku dogania mnie sympatyczna bikerka z Teamu Maverick. (teraz wiem, że była to Mary) W końcu krajanka więc zabieram się z nią prowadząc miłą konwersację. Miała pecha zerwała łańcuch. Na szczęście jeden z maratończyków przyszedł jej z pomocą. Efekt uboczny to rytmicznie strzelający jej łańcuch. Jedzie się fajnie nawet dość szybko chociaż rozjechany piach jest bardzo zdradliwy. Po chwili zaczynamy się zastanawiać czy dobrze (po trasie) jedziemy? Naszą sielankę przerywają samochody jadące naprzeciwko nam wąską drogą. Cudem się wymijamy. Po chwili napotykamy strażaka zabezpieczającego trasę, który z rozbrajającą szczerością stwierdza, że mówił kierowcom, że nie należy jechać ale oni i tak pojechali. No cóż jeden na pięć samochodów nie miał szans tym bardziej, że nie postawiono barier ani innych zabezpieczeń trwałych. Przynajmniej wiemy, że jesteśmy na trasie. Koleżanka namawia mnie na Mega ale po pierwsze brak sił po drugie zapłaciłem za Mini więc uczciwość nie pozwala na oszustwo.
Z sielanki wyrywają nas niezabezpieczone i nie oznakowane przejazdy przez drogi asfaltowe. Na szczęście nikt nie jechał. W końcu upragniony rozjazd. Mam szczęście ktoś stał więc pojechałem na Mini. Nie jest źle daję ile fabryka dała (tz . „Bozia” sił) i dojeżdżam do zjazdu z Mega. Tam na szczęście ktoś ostrzega przed zbliżającymi się z prędkością dźwięku finiszującymi Megawiczami. Jakoś się udaje więc i ja zaczynam gnać do mety. Na 100m ktoś krzyczy, meta 100 metrów więc resztką sił naciskam na pedały. Jest upragniona meta. Można odpocząć czyli powoli dojechać do rynku. Niestety mój wynik jest kiepski. Przegrałem nawet z nastolatką, która pod czujnym okiem tatusia przejechała maraton o około 20 sekund szybciej niż ja. Wstyd dla mnie. W tym miejscu jeszcze raz pozdrawiam i wyrażam podziw dla młodej damy za postawę w tych trudnych warunkach.
Dalej jest już dobrze. W rynku bez problemu i kolejek oddaję chipa odbieram bon na papu. Na mecie jest Power Rate więc i siły mi wracają. Zjadam 2 pomarańcze i banana (informacja dla GG) i udaję się na michę. Z pomocą pani z budki z piwem znajduję kuchnie polową i rozkoszuję się pysznym posiłkiem regeneracyjnym. Ryż z ostrym sosem jest rewelacyjny na ten upał. Jak zaczynałem maraton było 24 stopnie jak kończyłem 30. Przy okazji prowadząc konwersację dowiaduję się o pomyłce czołówki, przewieszonych taśmach. No dobra ja się nażarłem o pudle nie mam co marzyć a do domu daleko więc jadę do Poznania zatankować i dalej do Ustronia Morskiego. W sumie czuję niedosyt i szczęście bo bez obrażeń przejechałem kolejny maraton (mino zgonu na 5 km) a nie czuję do w nogach. Głowa, która zaczęła mnie boleć na 17 km boli dalej ale jakoś sobie radzę. Dojeżdżam bez większych przygód nad Bałtyk zjadam procha od bólu głowy i biorę się za pranie ciuchów. Boli mnie prawa noga ale nie od roweru tylko od gazu w samochodzie. I tu w zasadzie należało by zakończyć moją relację gdyby nie pewne ale.
W poniedziałek przeglądam wyniki i chyba tak to mogę nazwać organizatorzy docenili mój wysiłek na trasie. Zostałem sklasyfikowany na 107 miejscu w generalce i 20 w klasie na dystansie Mega z czasem 2:35:29. Szkoda tylko, że startowałem na Mini. (edycja w Krakowie odebrałem dyplom za ukończenie dystansu Mega w Murowanej Goślinie)
Następnie następuje heroiczna walka na forum (orgowie usuwają moje posty, a ja z uporem maniaka je piszę. W końcu dają za wygraną). Szkoda, że reakcja moderatora doprowadziła zamiast do szybkiego wyjaśnienia i zamknięcia tematu do podgrzania atmosfery. Ale to już inna bajka i niech ona zostanie rozstrzygnięta na forum.
Na zakończenie pozwolę sobie na plagiat z cyklotyka: jechałem z 5197 numerem na grafitowym Unibaku Viper z 28” kołami, 21” ramą i nie najlepszym na piach bieżnikiem opon, który na ostatnich metrach z radości z przejechanego w piachu i upale dystansu zaczął piszczeć.
Nie zniechęciło mnie to bynajmniej do maratonów i zapewne pojawię się w Krakowie. Jak uda się wymienić rower na typowego górala może nawet wcześniej. Teraz siedzę sobie nad Bałtykiem na wczasach i zastanawiam co lepsze morze czy rower. Wieczorem wybieram się na rowerową wycieczkę nad Bałtyk.
pozdrawiam
Mariusz Potok (pocio)