Nieporęt 15 kwietnia 2007
Dodane przez 'pocio' dnia 17 kwietnia 2007 14:51:22
Znowu staję na starcie.
Jest niedziela godzina 2,45 dzwoni budzik. Chyba kogoś porąbało by o tej godzinie w niedziele wstać... No dobra koniec marudzenia pora wstać i jazda na maraton. Tradycyjnie chrupki z mlekiem do żołądka, a makaron z tuńczykiem i serem do pojemnika. Herbata do termosu, torba na plecy, rower pod pachę i na parking marsz.
Tam miałem chwilowy problem, bo brama zamknięta, a stróż nocny (jak sama nazwa wskazuje) smacznie śpi. Ale co tam dla mnie wystarczyło mocniej szarpnąć i brama się otwarła. Zapakowałem rower do auta i rura pod Park Wodny. A tam ciemno jak w d..... (no dobra nie jestem rasistą). Jakbym wiedział, że jest nie oświetlone to umówiłbym się gdzie indziej.
Na miejscu furman rozważał już wariant jazdy do domu i pakowania bagażnika na dach swojego samochodu. W końcu zapakowaliśmy się i o 3,50 ekipa wyruszyła w drogę.
Jechali: furman, cross, ciaposo i Dominik oraz Bartek i Staszek. Na drodze było pusto więc szybko dotarliśmy do Nieporętu. Zrobiliśmy pobudkę Lesławowi, odebrałem swoje gadżety i pojechaliśmy na miejsce startu. Byliśmy przed 8,00. Ruchu prawie nie było więc pozostali bez problemu załatwili co trzeba w biurze zawodów.
W międzyczasie przyjechali Bikeholicy z Loxem.
Było dość zimno, ale przebijające się słońce zwiastowało ocieplenie. Przebrałem się wsiadłem na rower i pojechałem na rekonesans trasy. Przejechałem finiszowe metry i pooddychałem bryzą jeziora.
Po 10 stanąłem na starcie za Łukaszem, Furmanem i Mariuszem, a przed Dominikami i Darkiem. Robiło się coraz cieplej, a ja byłem w bluzie z długim rękawem.
W końcu z około 5 minutowym opóźnieniem ruszyliśmy. Potężny pociąg rozpędzał się i nabierał energii. Niestety, ale jak zwykle musiał ostro wyhamować przed bramą wyjazdowa z ośrodka.
Potem sprint po asfalcie i ostry skręt na wąską ścieżko-drogę lekko w górę. Zaczął się pierwszy korek ale o dziwo szło dość sprawnie. Co prawda wyhamowany przez bikera przede mną musiałem przejść na buty lecz dzięki temu paru gostków myknąłem. Co prawda mnie też liczni wyprzedzali, ale najważniejsze, że posuwałem się do przodu. Puls w granicach 160 siły są więc jazda jazda Biała Gwiazda jak śpiewają kibice jednego z krakowskich klubów.
Koszmar piachu (na całe szczęście chłodniej jak w Murowanej Goślinie w ubiegłym roku więc kurzu trochę mniej) odbiera mi siły, ale widok męczarni innych dodaje sił. Trzeba dobrze kombinować bo w zależności od obranego toru albo się jedzie albo pcha. Kilometry uciekają łykam pół żela popijam i jadę.
Stosowałem taktykę co 15 minut picie co 30 żelik. Ku mojemu zdziwieniu nie przeszkadzało mnie to, że tym razem pojechałem z bidonem, a nie plecakiem. Po godzinie zameldowałem się na 1 bufecie. Tłok nie widzę podających napoje. Szkoda czasu bo muszę dopchnąć się po Powerade, ale szybko łykam i dalej.
Znowu kilka osób zostało z tyłu. Przy wyjeździe zauważam osoby rozdające butelki Powerade. Szkoda że dopiero teraz. Za kawałek leży mnóstwo flaszek z Powerade podejrzewam, że ktoś wziął łyka i wyrzucił. Strasznie dużo tego. Przejazd przez tory i krzyczący uwaga policjant. Podrywam przednie koło i przelatuję nad szynami, by po chwili gnać śmieciową drogą. Licznik wariuje pokazuje prędkość 66km/h nie możliwe, że tyle jadę ale za chwilę wraca do 40km/h. Ludzie jakoś dziwnie wolno jadą. W ostatniej chwili zauważam wystającego pręta i omijam go. Ale dużo osób wyprzedziłem na tym odcinku. Miedzy bufetami chyba szybszy odcinek, albo mnie jedzie się coraz lepiej. Piach już tak nie przeszkadza i zaczynam coraz rzadziej zsiadać z roweru. Na podjazdach pokrzykuje na bikera z przodu dopingując go by samemu móc podjechać. Na zjazdach mykam jak jakiś zawodowiec.
Ależ ci ludzie się boją. Przecież nie ma czego. Amorek rewelacyjnie wybiera nierówności i nagle pojawia się 2 bufet.
Ładna dziewucha pyta się czy ktoś nie chce wody więc biorę i bez zastanowienia wylewam na głowę. Słyszę lament bo przy okazji zalałem banany na stole i zrobiłem niezłą kałużę. Sobie zalałem okulary, a ponieważ były przykurzone więc przetarcie rękawicą nic nie dało. (Po wyścigu okazało się, że szkla sa do wyrzucenia bo sa porysowane)
Jadę dalej i widzę jakąś zieloną koszulkę. Po chwili doganiam słabnącego Darka. Mobilizuję go i gnam dalej. Wyprzedzam, wyprzedzam i jedzie mi się coraz lepiej. Nie ma kryzysu siły są więc jest dobrze. Doganiam Marcina i widzę, że działa to na niego jak płachta na byka bo wyraźnie przyspiesza. Na jednej z wydm wywracam się i wyprzedza mnie Darek. Zbieram się i usiłuję go gonić ale znów się wywracam. Nagle jakiś gość w czerwonej koszulce dopinguje mnie a potem daje klapsa na drogę. To sam GG więc jeszcze bardziej dumny gnam dalej. Już prawie mam wyprzedzić Marcina, ale ten taktycznie skręca na giga. No tak podpuścić się nie dam i jadę swoje.
Czuję się jakbym jechał lewym pasem po autostradzie. Kurcze w tym miejscu to tak koło mnie przechodzili dublujący mnie, a teraz to ja wyprzedzam. Bardzo ostry zjazd w dół zsiadam bo wolę nie ryzykować na końcówce. Szacunek dla młodej dziewczyny, która go zjechała. Za chwilę już asfalt i skręt na wał wzdłuż jeziora. Chwila na głębszy oddech i wyprzedzam. Na chodniku zwalniam przed jego przewężeniem na dwie płytki (opłacił się rekonesans przed startem) i dalej rura.
Na zjeździe z wału wyprzedza mnie zawodnik (kurcze ten brak techniki znowu wyszedł). Ostro walczę z nim na finiszu ale brakuje dystansu by go przegonić. Dojeżdżam do mety i jestem cały szczęśliwy. Powtórzyłem czas z Murowanej tyle, że na dłuższym dystansie i czuję się świetnie. Wypijam Powerade zjadam batonika i parę bananów, a potem makaron.
Jest super i nawet te 4 minuty powyżej zakładanego czasu nie psują mi humoru. W towarzystwie Lesława, Darka, Dominika i Bartka siedzimy przy stole i odpoczywamy. Potem idę do auta i próbuję zasnąć przed powrotem. Około 15,00 wstaję i wracam na metę.
Jest już furman, Mariusz czekamy na Marcina. W miedzy czasie ucinam sobie pogawędkę o nagrodach z GG i powoli zbieram moralnie do powrotu. Przyjeżdża Marcin. Widać, że jest bardzo zmęczony. Ale przejechał giga i może napisać, że objechał "Łukiego".
W końcu pakujemy się do busa i wracamy do Krakowa. Co prawda trochę jedziemy dłuższą trasą ( bo kierowca cos namącił), ale w końcu szczęśliwie docieramy około 24,00 do celu.
Jest smak trzeba bo zaspokoić. Nie mogę doczekać się teraz Karpacza.
A teraz trochę statystyk. Jechałem na bordowym Kellys'ie Magnus z numerem 4030 w zielonej koszulce B&K Laguna rowerowanie.pl z nickiem pocio na kołnierzyku. Średni puls 160 max 180 czas jazdy 2,34 średnia prędkość 18,1.
pozdrawiam
pocio
Mariusz Potok