II Eliminacja Pucharu Tarnowa - 20.05.2006

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 20 maja 2007 23:18:13


Ten start wypadł mi niespodziewanie. W zasadzie tydzień wcześniej wpadła mi w oko strona Pucharu Tarnowa i tak ni z tego, ni z owego w niedzielny poranek 20 – maja pojawiłem się w Tarnowie. Jeszcze wcześnie, chłodno i mało ludzi ale szybko karuzela zaczyna się kręcić. Co kilka chwil na parking podjeżdżają samochody, z których wysypują się grupki mniej lub bardziej profesjonalnie wyglądających kolarzy. Sporo młodego narybku ale tu i ówdzie pojawiają się stare wygi kolarskie.

Z coraz większą obawą patrzę na znane mi przynajmniej z widzenia osoby. No ale jak się już przyjechało to trzeba podnieść rękawicę. Leniwie przygotowuję się do startu i akurat jak kończę na trasę wyrusza pierwsza grupa zawodników. Mają do pokonania 2 rundy, a następni w kolejce są Mastersi, w których i ja również pojadę. Światek kolarski wbrew pozorom nie jest duży i chociaż nie znam osobiście wielu osób to już zaczynam ich poznawać. Z wyścigu na Górę Grzywacką kojarzę Waldemara Banasińskiego, który dołożył mi tam prawie 2 minuty. Pamiętam też Stanisława Raka, któremu znowu ja odjechałem o 40 sekund. Zresztą cale towarzystwo dobrze się zna pomiędzy sobą, a ja trzeba powiedzieć czuję się trochę jak intruz.

Pomału ustawiamy się na starcie. Z przerażeniem dostrzegam obok siebie Mirka Bieniasza, dalej Dominik Oględziński, po chwili pojawia się Jarek Miodoński. Niezła ekipa się szykuje. Ja tam w każdym razie z nimi nie zamierzam się ścigać. Mam swoje targety - pierwszy to przeżyć :)

Ruszyli – od początku ostro. Rozsądek podpowiada żeby pomału się rozkręcać ale jak to robić jak noga nawet podaje. Zresztą chyba trzeba teraz cisnąć bo trasa wąska i raczej mało miejsc do wyprzedzania więc dobre miejsce to duży plus. Kostka brukowa szybko się kończy, kątem oka dostrzegam Raka, odjeżdża kilka metrów lecz już po chwili gdy zaczyna się terenowy podjazd dochodzę go bez problemów i zostawiam z tyłu. Teraz najtrudniejszy fragment trasy – kilka krótkich lecz bardzo stromych podjazdów. Podłoże mokre i trzeba nieźle kombinować żeby utrzymać się na rowerze. To w sumie 2 kilometr trasy ale stawka już zaczyna się powoli układać. Przed sobą mam 2 gości. Trochę za wolno jadą ale nie naciskam za bardzo, zaczynają się pierwsze zjazdy i jest okazja żeby złapać trochę oddechu po masakrycznie ostrym początku.

Zjazdy przyjemne, nie szaleję za bardzo bo kapcie raczej „ sucholubne” mam. Kilka agrafek i wylatujemy na łąkę, krótki podjazd, znów wjazd do lasu i po kilkunastu metrach ponownie lecimy trawą. Teren mocno opada, wybieram sobie tor jazdy wąziutką ścieżką i bardzo szybko spadam w dół. Wiatr szumi w uszach, rywale z przodu szybko tracą przewagę. Na dole ostry zakręt w lewo, krótki podjazd i już zjazd na metę i drugą rundę. Znów podjazd kostką brukową. Tutaj udaje mi się myknąć Banasińskiego, dużo mnie to kosztuje, ale daję rady utrzymać tempo i wypracowuję sobie kilka metrów przewagi.

W ferworze walki dokręcam na zjeździe, w ostatniej chwili dostrzegam krawężnik, nerwowy ruch kierownicą, pod kołami chrzęści piasek, przednie koło wpada w lekki poślizg...ułamek sekundy i leżę na prawym boku szorując po kostce. Zatrzymuję się na krawężniku, nie szukam strat, szybko gramolę się na rower. Myka mnie ktoś, za nim Banasiński, pozostałym już się nie daję.

Druga runda to taka mała Nirvana – niby coś jarzę, widzę dopingujących znajomych. Są chłopaki z Dębicy, są z Tarnowa, gdzieś tam w lesie jest też Krzysiek z Axim ale nie jestem w stanie nawiązać kontaktu. To chyba taki mini-kryzys. W zasadzie walczę tylko o utrzymanie pozycji. Zjazdy pokonuję już bardziej zachowawczo, podjazdy przychodzą z trudem ale jakoś pcham ten kierat do przodu. Byle do zjazdu łąką, niestety chwilę wcześniej wyprzedza mnie jeden rywal. To w zasadzie jedyny, który to zrobił po ustaleniu się stawki. I znów szalony zjazd łąką, tym razem wybieram inny tor jazdy i trochę żałuję gdyż jest znacznie wolniej i bardziej trzęsie.

Na dole Banasiński grzebie coś przy łańcuchu – wstyd powiedzieć ale dodaje mi to skrzydeł. Na trzecią i ostatnią rundę wjeżdżam jak by odświeżony. Teraz tylko przeżyć tych kilka ścianek, a potem już poleci. Ostrożnie mijam miejsce gdzie leżałem, i szybko pokonuję pierwszy podjazd. Nawet mi to idzie, mijam kilka osób, na zjeździe zerkam za siebie, z tyłu spokój – nikt się nie czai. Dla pewności mocno dokręcam jeszcze na kilku podjazdach i z bezpieczną przewagą wylatuję na trawę, Szybki zjazd, średnia koronka idzie do roboty i wtedy to się staje .....

Coś korba nie chce się kręcić, rzut oka na napęd, łańcuch jakiś pozwijany. Zeskakuję z roweru, coś tam dłubię ale z przerażeniem dostrzegam, że to coś poważniejszego. Chwilę próbuję rozplatać ale szybko rezygnuję. Rozglądam się, oceniam sytuację, szybka decyzja. Przede mną krótki podjazd. Podbiegam go wyprzedzając nawet dwóch gości. Na górze oglądam się za siebie, grupa pościgowa blisko. Teraz już ostatni zjazd, próbuję się rozpędzić i wskoczyć na rower ale na trawie nie jest to zbyt efektywne. Rozpaczliwie odpycham się nogami i pomału, w ślimaczym tempie nabieram prędkości.

Zjazd dużo za wolny, na dole rozterki, jeszcze jechać czy już zsiadać ? Zostało około 150 metrów do mety. Nie ma sensu jechać dalej, biegnę szybko po kostce, buty nieprzystosowane do takiej nawierzchni. Kolce klekoczą, ślizgają się, daję ile fabryka dała ale na 10 metrów przed metą robi mnie jeden rywal. Porażka, rozczarowanie, przegrana ? Nie - nie tym razem, wręcz przeciwnie, dziękuję fortunie, że to co się stało, stało się tuż przed metą. Ta jedna stracona pozycja to nie koniec świata. No i po chwili okazuje się, że jednak nie jest tak źle. W kategorii Masters I - 5 miejsce. Przegrałem nie z byle kim. Coraz bardziej XC zaczyna mi się podobać :)

Mała galeria z wyścigu. Sorki, że moje zdjęcia pojawiają się najczęściej ale po prostu to zasługa kilku znajomych z tych okolic. W miarę pojawiania się nowych fotek galeria będzie uzupełniana. Link do galerii

Piotr Furmański