Mio Fujii Film Bike Maraton Kraków
Dodane przez 'pocio' dnia 04 lipca 2007 20:19:22
Wstałem około 7 rano i zabrałem się tradycyjnie za przygotowanie makaronu z białym serem i tuńczykiem sponsora. Potem usiłowałem zjeść michę. Wyjątkowo opornie to szło. W końcu zostawiłem ponad połowę. Byle tylko nie zabrakło mi siły. Na maraton zapakowałem 3 żele Carbosnack i 2 tabletki Carbonex. Do tego dwa bidony z Isostarem i koło 9 ubrany w bluzę z długim rękawem ruszyłam w kierunku Błoń.
O 9,30 na starcie trochę ludzi już stało. Dumnie o barierkę opierał się Jarek z Mixa, a koło niego Krzysiek. Udało im się stali w pierwszym rzędzie za sektorami. Po chwili pojawił się Furman, potem Orkiestra.
Od tego momentu aż do startu stałem z Dominikiem a pozostali Darek, Zbyszek, Lesław, Pit i Dziczek machali i udawali się na swoje miejsca startu.
Zjawił się tez MiśQ tym razem w roli fotografa.
Napięcie rosło. Jak będzie? Czy nie za odważnie stanąłem? Jak z formą?
Oddałem żonie pusty bidon i bluzę z długim rękawem i czekałem na sygnał do startu.
Poszli. Może nie tak spektakularnie i ostro jak w Karpaczu, ale bardziej majestatycznie ruszyła czołówka. Tłum powoli zaczął wylewać się na Błonia. Co bardziej sprytni jechali asfaltem (fe nie ładnie tak oszukiwać)
Skręt w lewo i znów w lewo na światłach. Dziwne bo nikt nie chciał czekać na zielone.
W końcu w prawo na trylinkę. Zaczął się maraton. Jadę pod górę i patrze na pulsometr. Jest nieźle. Pamiętam z objazdu by uważać po lewej na parkujące samochody. Oczywiście stały a gostek Cinqecento nawet usiłował zjechać na dół.
Skręt w lewo na Bramę Kościuszki i pierwsza irytacja. Pojawili się piechurzy atakujący tyralierą podjazd. Makabra przecież tu bez problemu da się wyjechać.
Próbowałem bluzgami utorować drogę ale w końcu pobiegłem lewą strona po trawie. No udało się sporo osób wyprzedzić. Wsiadam na rower i dalej jadę. Ten korek miał też swoje dobre strony. Bezpiecznie przejechałem aleję Waszyngtona i tzw. Białą Drogę. Na Starowolskiej z uśmiechem patrzyłem na wyprzedzających mnie i zbierałem siły na podjazd pod ZOO.
Z początku jechałem ostrożnie ale moc rozpierała mnie i przyspieszyłem. Szedłem szerokim łukiem (tak tylko na maratonie da się tu jeździć). Pomachałem do fotografów MiśQu i Królika i wyprzedziłem Kasię. Po chwili wyprzedziła mnie Agnieszka Krok, a ja ze zdziwieniem patrzyłem na pulsometr i jechałem równym tempem.
Jest dobrze, krótki odpoczynek po skręcie w prawo i dalej czerwonym szlakiem na dół. No cóż jest to fajny zjazd ale nie dla 1500 osób bo tyle podobno wystartowało. Byłem na senislickach więc też musiałem uważać. Jechałem coraz wolniej by w końcu zejść i iść w korku. Źle wybrałem idąc góra bo na dole szło szybciej. Tam Kasie mnie wyprzedziła, ale za chwilę chyba ja ją już definitywnie zostawiłem za sobą. W końcu trochę szerzej zjeżdżamy do autostrady i pod górkę laskiem w kierunku księcia Józefa. Za chwilę zjazd na którym przed oczami staje mi upadek Pita i gleba Furmana.
Nagle czuje na lewej ręce, że coś mnie stopuje, a rower zaczyna skręcać w lewo. Instynktownie puszczam lewa ręka kierownicę, a prawą gwałtownie pociągam do siebie. Pomaga.
Uff !!!
Czuję jak wąż przechodzi po lewej ręce i na szczęście nie zahacza o roga. Kilka dziwnych ruchów i utrzymuje kierunek. Wróciłem z dalekiej podróży.
Przy autostradzie znowu piechota do góry. Żałowałem, że od razu nie poszedłem schodami. W lessie miłosne karteczki trochę mnie rozbawiły. Werdepy po trawie dały w tyłek, a przez drogę wojewódzką 774 przeszedłem nie zauważając tego faktu.
Po chwili doszedł mnie Zbyszek, z którym już prawie do końca się tasowałem.
Pierwszy raz w życiu odbierałem kubek w locie i nawet się nie wywróciłem. Z piciem nie było już tak różowo.
W Wąwozie Półrzeczki (obawiałem się go ze względu na opony) podjeżdżam spokojnie do momentu nastromienia. Tam tradycyjny korek spowodowany podchodzeniem. Udaje mi się go trochę uporządkować ale podjeżdżających mimo miejsca nie widać. Zjazd po małych kamyczkach w kierunku Sitowców. (byle tylko się nie wywrócić) Udało się. Dalej pod autostradą i dolina Brzoskwinki. Na czerwonym rowerowym koło Kamyka wyprzedza mnie Marcin. Ostro idzie. Ja chyba mam chwilowy kryzys bo trochę wolniej podjeżdżam. Próbuje nie dać mu odjechać ale nie udaje się.
Zjazd błotnym wąwozem do Nielepic. Makabra. Nosi mnie. Wychodzi brak techniki ale jakoś się trzymam. Na końcówce przednie kolo ucieka i gleba. Byle nikt we mnie nie wjechał. Udało się, rzuciłem przepraszam gościowi, który musiał ostro hamować i jadę dalej. Podjazd do Nielepic to w sumie chwila na wypoczynek. Na jego końcu bufet i mata. Widze Marcina. Na bufecie niestety sam muszę się obsłużyć. Wyrywam kubek z Gatorade i gonie Marcina. Na asfaltowym zjeździe z Kleszczowa jadę prosto zamiast w prawo. Cudem jadący za mną nie wjeżdża we mnie. Parę miejsc do tyłu i jadę fantastycznym zjazdem łąką. Niestety Marcin odjechał, a nie pojadę na giga by go przegonić bo sił zaczyna brakować. Pora na Carbonex. Zobaczymy jak zadziała. Znowu bufet a po co?
Gnam do mety. Na werdepach z trawy zmianę daje mi Kubak. Jedzie się dobrze i zaczynam patrzyć na koło poprzedzającego mnie zawodnika, a nie oznaczenie trasy.
Po przejeździe autostrady to okazuje się błędem i to bardzo poważnym. Wściekły, że znowu podchodzę nie zauważam, że jestem poza trasą. Po chwili narastają wątpliwości. Tak to ta sama trasa, która jechałem na objeździe. Znowu pobłądziłem. Dalej szosa koło obserwatorium. Część grupy skręca jak na Intelu do lasku i nie zawraca mimo naszych okrzyków. Jadę z pozostałymi na rondo w Chełmie i dalej do Rudawy. Miny policjantów kierujących ruchem nie należą do ciekawych. Teraz jesteśmy na trasie.
Zdyskwalifikują czy nie? Mam to w nosie. za dużo nas pobłądziło, by oznakowanie było w porządku.
Na walach Rudawy wyrywam do przodu i jadę ile fabryka dala. Już nie wiem kto mnie dopingował (Królik) na mostku. Czuje bliskość mety. Wjeżdżam na Błonia w oddali majaczy Zbyszek muszę go wyprzedzić. Ale jest za daleko przegrałem. Trudno. Na finiszu mija mnie Kubak, ale to już nie ma znaczenia. Dojechałem i jestem cały. Teraz trzeba odpocząć.
Długo siedzieliśmy przy stoliku jedząc ryż. Pierwsza porcja zawierała chyba całą sól z Wieliczki.
Dowiaduję się, że nie tylko ja błądziłem. Furman też jechał koło obserwatorium.
To jednak coś było nie tak z oznakowaniem w tym miejscu.
Nie zostaję na tombole i dekorację. Powoli wracam do domu na rowerze w charakterze rozjazdu.
Jestem zadowolony jechało mi się dobrze; starczyło sił a i wynik jest niezły.
Opadają emocje pora na podsumowanie. Przez zmianę trasy straciłem około 4-5 minut i 70 pozycji w open oraz 10 w kategorii. Winę za to ponoszą emocje i źle wyregulowane paski od kasku.
Musze na większym luzie podchodzić do maratonów, bo w końcu jeżdżę dla przyjemności.
Podsumowując jechałem na bordowym Kellysie Magnusie w zielonej koszulce B@K Laguna rowerowanie.pl z numerem 146. Mój czas przejazdu dystansu mega 3,23,05.
To chyba najlepszy mój wynik w historii moich startów w maratonach. Na następnych będzie lepiej.
pozdrawiam
pocio