Kelly's Bike Tour Komańcza - 18.08.2007
Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 04 września 2007 10:00:44
Legendarne !
Bieszczadzkie !
Błoto !
Gęsta, brunatna maź oblepia sprzęt i wciska się w każdy zakamarek ciała. Pędzę opadającą lekko w dół terenową drogą pełną niezliczonych kałuż omijając co bardziej okazałe. Spod koła strzelają grudki błota , jedna pacnie w oko, inna w nos, jeszcze inna celuje w ucho. Przede mną niepozorna sadzawka w kolorze kawy z mlekiem. Zajmuje całą szerokość drogi ale wygląda na wąską i łatwą do pokonania. Kilka mocniejszych obrotów korbą i przednie koło atakuje już wodną przeszkodę..........zanurza się po piastę w błotnej breji , rower nurkuje i zatrzymuje się w miejscu, a ja lecę ponad kierownicą . RETY – CZEMU JA NIE MAM KASKU ?!!!
Jakiś błysk ..........i podrywam się z łóżka. Żona obok podnosi głowę i pyta się co jest grane. Kolejny błysk za oknem przywraca mi świadomość. Okno na poddaszu bez parapetu ale za to słychać z jaką furią burza atakuje kroplami deszczu blachę na dachu. Kolejne błyski, po nich szybkie grzmoty .Leżąc już słyszę te odgłosy przez dłuższy czas póki nie zasypiam.
Ranek jest zimny i mglisty. Burza odeszła lecz zostawiła po sobie zasnute chmurami niebo i drobne lecz ciągłe opady deszczu. Nocne przygody trochę ostudziły mój entuzjazm do wyjazdu w Bieszczady. Żona rezygnuje z wyjazdu nawet nie patrząc przez okno. Rower wkładam do samochodu gdyż żal mi go wystawiać na tą pluchę. Jeszcze tylko wymowne spojrzenie od ojca i już jadę przez Błażkową w stronę Jasła. Masyw Liwocza spowity w chmurach sprawia przygnębiające wrażenie ale jednocześnie budzi jakiś dreszcz emocji i przygody. Za Jasłem włączam drugi stopień wycieraczek, a za Duklą odpalam trzeci. Gdzieś w okolicy Wisłoka mijam samotnego kolarza w pelerynie. W Komańczy opady słabną i zamieniają się w delikatną mżawkę. Parking przed biurem zawodów prawie pusty, nieliczni przybyli kolarze skryci we wnętrzu samochodów. Dopiero po około 30 minutach od mojego przybycia coś zaczyna się dziać, przybywa aut, zaczynają kręcić się ludzie, robi się tak jak to jest przed wyścigiem, ktoś rozmawia, tamten coś grzebie przy rowerze, ktoś inny już się rozgrzewa.
Dojeżdża również samotny kolarz, którego widziałem w Wisłoku – okazuje się, że to Prucek z Jasła się wybrał na lajtową wycieczkę :)
Wbrew pogodzie frekwencja zapowiada się całkiem przyzwoita, obsada też niczego sobie. Przed startem znów zaczyna mocniej padać, groteskowa sytuacja gdy bracia Bieniasze chronią się pod parasolem stojąc już przed linią startu. Odliczanie i – poszli !!
Początek to wiadomo – ogień. Komańcza jest niewielka, już po kilkuset metrach opuszczamy asfalt i trzeba wspinać się stromą szutrówką. Chwila wytchnienia na szczycie i już koncentracja gdy na błotnistym zjeździe rower zamienia się w baletmistrza i zażarcie wykonuje pode mną przeróżne ewolucje. A potem zaczynam ponownie śnić. Tym razem już na jawie. Jadę znów błotnistą drogą. Pod kołami mlaska błoto, wokół fruwają grudki błota, zawartość bidonu smakuje jak błoto. Kałuże po piasty, są takie płytkie, są głębokie, są takie wypełnione wodą, są też w połowie wodne, w połowie błotne. Wszystkie rodzaje kałuż, zajmują całą drogą, pobocze, niekiedy tworzą wręcz system kałuż skutecznie utrudniających przejazd. Taką trasą jedziemy kilkanaście minut i dopiero trawiasty podjazd daje wytchnienie od błota. Stromo ale nawierzchnia zdecydowanie przyjemniejsza. No i zaczyna mi się dobrze jechać.
Za to napęd po błotnej maseczce zaczyna piszczeć i skwierczeć niczym kiełbasa na grillu. Nic to – zaczyna być naprawdę przyjemnie, deszcze przestał padać, widoczki rewelka, zieleń okolicznych gór jest tak intensywna, że aż trudno to opisać. Koszmary senne już odeszły w dal i cieszę się teraz, że przyjechałem tutaj.
Tymczasem szybki zjazd po hali i przed nami nie byle jaka przeszkoda. Rzeka – i to nie byle jaka rzeka. Żaden tam strumyk czy ciek wodny. Normalna rzeka, szeroka na kilkanaście metrów, mocny prąd w środkowej części. Woda rozbryzguje się pod kołami, buty już w wodzie, rower zaczyna stawiać opór, do brzegu jeszcze kilka metrów, kolana już pod wodą, jeszcze trzeba mocniej przycisnąć – dojadę czy popłynę z prądem ?
Nurt mocno ciągnie w swoją stronę, na kilka sekund staję w miejscy jak gdyby rower zastanawiał się co zrobić, ostatni rzut ciała do przodu i przednie koło wynurza się z wody, odzyskuję kontrolę na rowerem, mocno trzymając się kierownicy kręcę mocno i wydostaję się z wody. Napęd czuściutki, buty czyściutkie, w sumie to nawet fajna ta kąpiel była :)
No a dalej nawierzchnia robi się bardziej ludzka. Kamienista droga jest wygodna. Lekko wznosi się do góry co znaczy, że zaczyna się podjazd na przeł. Żebrak. Naprawdę dobrze zaczyna mi się tu jechać, w końcu udaje się wyprzedzić kilka osób. Tak jest przez kilka kilometrów, raz stromo , raz łagodniej, czasem krótki zjazd ale cały czas zdobywamy wysokość i na przełęczy skręcamy w lewo w kierunku Chryszczatej.
Poruszamy się teraz czerwonym szlakiem turystycznym. Robi się ciekawie, pojawiają się kamienie, korzenie, bardzo strome podjazdy i podejścia. Trasa jest pofalowana, kilkumetrowe zjazdy i znów młynek do roboty. W tym miejscu czuję, że coś zaczyna się dziać z moimi hamulcami. Przód jakoś nie bardzo chce łapać. Tłumaczę to sobie, że może tarcze jeszcze mokre, może zabrudzone błotem. Celowo na kilka zjazdach mocniej naciskam klamki aby je wyczyścić. Odnoszę wrażenie , że jest lepiej ale już po chwili góry weryfikują moje wrażenia. Szczyt Chryszczatej gościł mnie tylko przez kilka sekund bo tam w dole czekały już jeziorka Duszatyńskie. Pierwszy stromy fragment pokonuję szybko i sprawnie chociaż błoto wymieszane z kamieniami oraz mokre korzenie nie ułatwiają zadania. Hampel jednak coś nie działa jak powinien, kolejny stromy fragment wystawia mnie na trudną próbę gdy przód odmawia całkowicie działania. Jeszcze ratuję się tylnim ale to już nie jest taka jazda jakiej bym oczekiwał. Coś tam próbuję jeszcze jakoś walczyć ale zdaję sobie sprawę, że w tych warunkach tylni hamulec też długo nie pociągnie. I tak staje się dosłownie po kilku minutach. Stroma ścieżka wije się między drzewami, nabieram prędkości, mocno zaciskam klamki...........i nic !! Nic - jadę dalej !!
Panika – wielka i straszna kładzie na mnie swą łapę. Instynkt przetrwania nakazuje mi z całą siłą nacisnąć jeszcze raz klamki hamulcowe, a jednocześnie kieruję rower w poprzek stoku oraz wystawiam nogę próbując rozpaczliwie zmniejszyć prędkość. Przede mną drzewo – całkiem okazałe i jak okazuje się zupełnie zdrowe. Miałem osobiście okazję przekonać się jak twarde jest. Uderzam rogiem w pień i już na liczniki mam
„ zero” Chwilę patrzę jak rywale kolejno jeden po drugim znikają w dole. Przeglądam sprzęt, wydaje się, że wszystko całe. Sprawdzam hamulce, nic się nie poprawiło, chwytam za mostek i truchtem docieram do jeziorek. Potem zaczynają się szutrówki gdzie wcale nie jest lepiej, jadę bardzo asekuracyjnie, opracowałem szybko nowy system hamowania. Jedna noga wypięta, dociskam butem do opony , a gdy szybkość robi się niebezpieczna szoruję o drogę. Szkoda butów ale zdrowie chyba ważniejsze. Jeszcze tylko wjeżdżam w strażaka zabezpieczającego trasę i dostaję informację, że do mety około 5 km. Zatrzymuję się na chwilę, staram się jeszcze coś zrobić żeby sprawnie przejechać ten odcinek. Podciągam trochę klamki hamulcowe ale to już niewiele pomaga i wolno zjeżdżam do Komańczy. Wpadam na ogrodzenia jednego z domów gdy nie mieszczę się w zakręcie i wąskimi uliczkami docieram na metę. Brudny, zmęczony, trochę zniechęcony. Miał być długi dystans ale nie wyszło. Tylko 5 osób pojechało na druga pętlę. Tych 5 szczęśliwych, którzy mieli jeszcze sprawne hamulce. To temat dzisiejszego dnia , chyba niewiele jest osób, które nie miały problemów z tym elementem roweru. Ten maraton będzie długo tkwił w pamięci. Gdyby pogoda dopisała to był by on jednym z wielu w sezonie. W zaistniałych warunkach jazda stała się walką o przetrwanie. Ludzie przetrwali ale sprzęt sobie nie poradził. Może za rok będzie inaczej :)
Galeria z maratonu
Track GPS
Piotr Furmański