Pokonać Karpaty.
Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 02 lipca 2008 17:56:00
Wyjazd do Rumunii dojrzewał przez 2 lata. W roku ubiegłym nie wyszło. Jakoś tak bez poważnych powodów idea wyprawy sama umarła. W tym roku też niemrawo się to rozkręcało ale jak już weszło na obroty to sprawa zaczęła się już żwawo kręcić. Nie było jakichś szczegółowych planów. Jechaliśmy tam po to aby zdobyć najwyższą przejezdną przełęcz w Karpatach. I dlatego nadałem temu wyjazdowi tytuł – Pokonać Karpaty. Pasul Urdele wznosi się około 2140 m. ponad poziom morza i wjechać tam nie jest łatwo. Ale nie uprzedzajmy faktów. Może po kolei. Tydzień przed naszym wyjazdem do Rumunii wyjechała dwójka naszych znajomych z grupy Bikeholików i śledząc ich relację on-line z wyprawy miałem nietęgą minę. Zimno i deszcz, te dwa słowa dominowały w tekstach. Doszło do tego, że wyprawa po 5 dniach została przerwana ze względu na kiepską pogodę. Prognozy przewidywały w kolejnym tygodniu stopniową stabilizację pogody oraz wzrost temperatury do nawet 30 stopni. Czy tak było ?
Nasz plan logistyczny zakładał dojazd do Sibiu w Rumunii samochodem i dalszą jazdę już na rowerach. O dojeździe nie ma co dużo pisać. Może tylko wspomnę o wymarłych przejściach granicznych pomiędzy Polską, Słowacją oraz Węgrami. Pierwsza kontrola czeka nas dopiero na granicy Węgier z Rumunią. Kontrola to za dużo powiedziane. Rzut oka na paszport lub dowód i jedziemy już po rumuńskiej ziemi. Czuć różnicę na drodze. Dużo gorsza niż na Węgrzech ale da się przeżyć. Już za Oradeą pojawiają się pierwsze górki, a na horyzoncie w świetle wschodzącego słońca majaczą tajemnicze górskie szczyty. Mijane wioski wyglądają jak wymarłe, droga pusta i tylko liczne zakręty oraz kiepska nawierzchnia spowalniają naszą podróż. W Sibiu nie bez problemów udaje się zorganizować bezpieczny parking na auto i już możemy rozpocząć naszą przygodę. Zaczynamy od zwiedzenia centrum miasta i zjedzenia pizzy.
Po jedzonku szybko wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę Sigishoary. Staramy się jechać bocznymi drogami i nasza trasa już niebawem zaczyna przebiegać przez wyludnione wioski i bezkresne zielone pola. Niekiedy pojawiają się cygańskie osady i wtedy widoki są naprawdę dołujące. Aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach mogą żyć ludzie. Rumuńskie wioski również nie grzeszą urodą i bogactwem ale chociaż trzymają pewien poziom. W międzyczasie dopada nas intensywna ulewa, która jednak szybko przechodzi. Na niebie jednak kłębi się sporo chmur. Biorąc pod uwagę niepewną pogodę oraz fakt, że jesteśmy po nieprzespanej nocy zaczynamy szukać miejsca na nocleg.
Rower Pita zaczyna wydawać niepokojące trzaski z okolic tylnej piasty. Sądząc po dźwiękach oraz ich charakterze można mniemać, że coś zaczyna się dziać z bębenkiem. Z reguły nie psuje się on gwałtownie ale trochę zaczyna nas to niepokoić. I gdy tak myślimy o bębenku spada na nas jak grom z jasnego nieba inna awaria. Lekki zjazd, turlikamy się powoli rozglądając za noclegiem gdy wtem Pitowi wciąga tylną przerzutkę między szprychy. Na początku szok i wściekłość. Czy już pierwszego dnia trzeba będzie przerwać wycieczkę? Jak Pit dotrze do Sibiu? Czy może mamy się wrócić i podjechać do niego autem ? A dalej co ? Zostawić go w mieście i we dwóch kontynuować wyprawę? Takie myśli pewnie nie tylko mnie chodziły po głowie. Minęła dobra chwila gdy zaczęliśmy normalnie funkcjonować. Szybko rozbijamy namioty na pobliskiej łące, a Pit zabiera się do roboty. Po oględzinach nadal nie mamy wesołych min. Koło wprawdzie całe , ale przerzutka skrzywiona, hak też pogięty. W zapasie jest jakiś inny ale i on nie jest prosty. Nie mamy jednak wyboru. Potem oględziny przerzutki, delikatne prostowanie, sprawdzanie gwintów. Po około godzinie roboty rower wygląda na sprawny. Połatane to wszystko na słowo honoru ale póki co się kręci. W gorących promieniach zachodzącego słońca kończymy dzisiejszy dzień w takich sobie nastrojach.
Dystans 59 km
Czas jazdy 3h 28 minut
Drugi dzień wstaje pogodny i od samego rana słońce już mocno operuje. Rower Pita spisuje się nawet nieźle, tylko trzaski z bębenka zaczynają przybierać niepokojącą częstotliwość. I co gorsza zapadki zaczynają puszczać przez co korba wykonuje puste obroty. Zaczyna być oczywiste, że w Sigishoarze trzeba będzie zrobić serwis. Jest sobota, dochodzi południe. Do miasta jeszcze spory kawałek. Musimy podkręcić tempo chcąc coś z tym zrobić. Jest po 13 gdy wjeżdżamy do miasta. Długo szukamy interesującego nas sklepu. Po angielsku nie idzie się dogadać. Dopiero ściąga w postaci rozmówek polsko-rumuńskich przynosi efekt i lądujemy pod sklepem rowerowym. Na początku euforia. Jest tego szpeja od groma, piasty, obręcze, kompletne koła. Dopiero po chwili okazuje się, że tutejsza technologia budowy rowerów jest jeszcze w innej epoce. Trzeba brać całe koło. Okazuje się, że jest tylko jedno. Młody człowiek, który nas obsługuje jest bardzo miły i dopiero po długich poszukiwaniach znajduje je gdzieś w czeluściach sklepu. Koło już mamy ale pojawia się kolejny problem. Koło jest przeznaczone pod wolnobieg, kaseta nie podejdzie. No dobra kupujemy wolnobieg. Ale czy styrany już łańcuch przyjmie się na nowe tryby? No dobra – kupujemy nowy łańcuch. No ale czy nowy łańcuch i nowy wolnobieg nie pogryzie się z zajechaną już korbą ?
Na to już nie mamy rady – na wymianę korby Pit się raczej nie zdecyduje. Po przekładce tego wszystkiego przebieżka po ulicach. Wydaje się wszystko ok. Biedniejszy o około 70 zł Pit jedzie dumnie na sprawnym rowerze. Ten serwis trafił się nam w ostatniej chwili bo kaseta już kręci się swobodnie w obie strony i będąc w rowerze skutecznie zrobiła by z niego hulajnogę. Wcinamy kolejną rumuńską pizzę i lecimy na Agnitę. Chłopaki upierają się, że trzeba wybrać jakąś boczną drogę. Nie kojarzę aby droga Sigishora-Agnita była jakaś specjalnie ruchliwa. Nawet wręcz przeciwnie, mam z niej bardzo miłe wspomnienia ale nie upieram się i wyjeżdżamy z Sigishoary tą samą trasą co wjechaliśmy. Jeszcze tylko kilka minut rozmowy ze spotkanymi Austriakami jadącymi do Constancy i zasuwamy przez prawie opustoszałe wioski. Domy pokryte czerwoną dachówką, wysokie bramy broniące widoku na podwórko, szczelnie zasunięte roletami okna. Słońce jak by się wściekło i grzeje jak oszalałe. Droga zmienia się w szutrową, potem w gruntową, leśną, aż w końcu gdzieś w lesie zanika prawie zupełnie.
Jest kwestia czy ona taka ma być czy my zabłądziliśmy. Na mapie wygląda solidnie i nie sądzimy żeby to była ta, na której jesteśmy. No cóż - jesteśmy zagubieni. Rower z sakwami nie spisuje się najlepiej w górskim terenie. Trzeba dotrzeć do cywilizacji ale tutaj w Rumunii nie jest to takie proste. Na drzewach pojawiają się jakieś znaki mogące być szlakiem turystycznym. Przez dłuższą chwilę jedziemy ich tropem lecz nie podoba mi się kierunek w którym prowadzą. W GPS nie mam wprawdzie mapy Rumunii lecz wyraźnie widzę, że nie jedziemy w interesującym nas kierunku. Cały czas przemieszczamy się w lesie i widząc jakiś prześwit zostawiam rower i na nogach kieruję się w tym kierunku. Docieram na skraj lasu. Przede mną ogromne łąki zalane słońcem. Gdzieś daleko na horyzoncie jakaś wioska. W dole skoszone niedawno pole z sianem. Widać, że operował tam traktor, w wysokiej trawie wyraźny ślad po przejeździe jakiegoś pojazdu. Za polem gęsty, leśny zagajnik, potem małe wzgórze, a za nim duża dolina z wioską na końcu. Po prawej widać inną dolinę. Pośrodku niej coś w rodzaju drogi ale aby tam dotrzeć trzeba by bezdrożami przebić się przez gęste zarośla i bardzo wysoką trawę. Po krótkiej naradzie ryzykujemy dojście do wioski na azymut.
Schodzimy w dół z rowerami. Trawa wyglądała na wysoką ale w dole jest jeszcze gorzej niż wyglądało. Zarośla sięgają nam niekiedy powyżej głowy. Okazuje się, że droga którą widziałem z góry szybko się kończy. Próbuję się przedzierać przez zarośla ale nawet bez roweru jest to bardzo trudne. Zza niewielkiego lasku dobiegają nas ludzkie głosy. Zdają się być jakieś 200-300 metrów stąd. Tylko jak tam dotrzeć? Motamy się trochę nie mając za bardzo ochoty wdrapywać się z rowerami ponownie do góry. Jesteśmy uwięzieni przez zarośla, trawę i ukształtowanie terenu. W gąszczu dostrzegam ledwo widoczną niewyraźną ścieżkę. Wchodzę tam i badam teren. Ścieżka zbiega w dół do strumyka i ostro wznosi się ponownie do góry wyprowadzając na pole uprawne. Tam widzę pracujących ludzi. Nie będzie łatwo przedrzeć się tutaj z rowerami ale nie mamy wyjścia. Trzeba zagryźć zęby i pokonać tą przeszkodę. Udaje się nam i kierujemy się w kierunku ludzi. Trzeba by zobaczyć ich miny gdy nas dostrzegli! Trójka obszarpańców z objuczonymi rowerami wynurza się z lasu i pyta o drogę do Lacobeni. Potakują głowami i pokazują rękami kierunek.
Jak miło wsiąść na rower i popedałować. Szybko dostrzegamy, że nasze Eldorado to cygańska wioska. Dzieci głośnymi krzykami przekazują sobie informację dnia. W wiosce pojawili się goście na rowerach !!! Tabuny dzieci wybiegają na środek drogi i głośnymi krzykami powiadamiają następnych. Mocno i szybko kręcimy starając się jak najszybciej wyjechać z tego miejsca. Ale jak to bywa w takich przypadkach Pitowi spada łańcuch i musi się zatrzymać. Pękam ze śmiechu gdy widzę te jego przyspieszone ruchy usiłujące jak najszybciej uporać się z awarią. Potem błyskawiczny skok na siodełko i mocne deptanie na blacie. Dojeżdżamy do głównej drogi którą to chłopaki tak bali się jechać. Jak myślałem okazuje się bardzo przyjemna do jazdy. Szybko docieramy do Agnity gdzie zaspokajamy ogromne pragnienie i uzupełniamy zapasy wody. Byłem już bardzo odwodniony i połykam teraz prawie całą butelkę wody. Nocleg mamy za Agnitą obok drogi. Nie mamy wyjścia gdyż już późno i przed nami widać zabudowania jakiejś wioski. Dalsza jazda nie wchodzi w rachubę.
Dystans 120 km
Czas jazdy 7h 33 minuty
Trzeciego dnia wstajemy dosyć wcześnie gdyż jednak tak blisko drogi nie czujemy się komfortowo. Ranek wita nas mgłą ale wschodzące słońce przegania opary i robi się bardzo ciepło. Jedziemy przez zagubione wśród wzgórz wioski. Asfalt szybko zamienia się w szuter. Z rzadka mija nas jakiś samochód. Okolice wyglądają jak wyludnione, jedynie co jakiś czas przemykający gdzieniegdzie człowiek daje oznaki życia. Docieramy do głównej drogi skąd kierujemy się już na Balea Lac. Jeszcze tylko szybki obiad w barze i prujemy w stronę gór. Płynąca obok rzeka nie daje nam jednak spokoju. Rozumiemy się bez słów. Szybki zjazd na brzeg i z entuzjazmem ładujemy się do lodowatej wody. Pit nie bawi się jakieś gierki. Nurkuje po szyję w bystrym nurcie. My nie jesteśmy tak zdeterminowani ale i tak z dużą chęcią spłukujemy z siebie pył rumuńskiej drogi. Jest bardzo miło i tylko co chwilę zerkamy w stronę ośnieżonych gór wznoszących się za nami. Nie ma lekko. Trzeba dawać ognia.
Teraz już koniec zabawy. Podjazd na Balea Lac jest długi i wymagający. Niezliczone ilości serpentyn, miejscami bardzo stromo. Początkowo drzewa przynoszą ulgę od operującego słońca lecz wyżej nie jest już tak przyjemnie. Chwilę odpoczywamy przy Kaskadzie i kręcimy dalej ostro do góry. Zaczyna zawiewać chłodnym wiaterkiem. Docieramy na wypłaszczenie terenu skąd widać już nasz cel czyli wjazd do tunelu. Droga kręci się niczym wąż. Pojawiają sie pola śniegu, bywają momenty, że jedziemy w tunelach ze śniegu. Mam wrażenie, że jeszcze kilka tygodni temu ta droga była nieprzejezdna. W końcu docieramy na samą górę. GPS wskazuje 2030 m.n.p.m.
Jak tu nie wypić piwka w takich okolicznościach.
Szykujemy się teraz do przejazdu przez tunel. Światła w środku nie ma ale przynajmniej wyremontowali nawierzchnię dzięki czemu można komfortowo przejechać. Teraz już tylko długi zjazd. Pada propozycja aby zanocować w którymś z przydrożnych hoteli. Nie jesteśmy marudni, wybieramy pierwszy napotkany i rozkładamy tam swoje klamoty. Ten nocleg jest bardzo miły. Ciepła kąpiel, wygodne łóżko. Jesteśmy zmęczeni i po kolacji rozmowa jakoś się nie klei. Za to każdemu kleją się oczy. Ja zasypiam pierwszy, nawet mecz EURO nie był w stanie utrzymać mnie przy świadomości.
Dystans 74 km.
Czas jazdy 5h 33 minuty
Tego dnia czeka nas na początek bardzo długi zjazd. Ciągnie sie ponad 20 km. Niestety droga po tej stronie jest dużo gorszej jakości i trzeba uważać. Docieramy do miasta Curtea de Arges gdzie fundujemy sobie obiadek. Z dnia na dzień jest coraz cieplej. Pit rzuca co chwilę dodające otuchy odzywki typu – jutro będziemy z nostalgią wspominać dzisiejszy chłodek :)
Znajdujemy sobie przytulną knajpkę w cieniu i zajadamy “ciorbę” przegryzając okropnie ostrą papryczką. Dalsza trasa nie jest przyjemna. Droga zaczyna być ruchliwa. Asfalt topi się w słońcu i mlaska pod kołami. Żeby było ciekawiej docieramy do głównej drogi wiodącej do Bukaresztu. My jedziemy w przeciwnym kierunku do miasta Rumnicu Vilcea. Przez miasto przejeżdżamy szybko bez dłuższych postojów gdyż robi się już późno. Długo ciągną się tereny przemysłowe. Fabryki, kominy, magazyny to najczęściej widzimy podczas tego odcinka naszej podróży. Droga mija, słońce zachodzi za górami, a okolica cały czas gęsto zabudowana. Zaczynamy się już rozglądać za jakimś fajnym podwórkiem co by z gospodarzem obgadać kwestię rozbicia tam namiotów. W końcu jednak udaje się trafić na ciekawą łączkę jakieś 200 metrów od drogi. Obok w polu pracuje kobieta. Na migi dogadujemy się i otrzymujemy pozwolenie na założenia biwaku. Miła pani wskazuje nam nawet studnię z dobrą wodą. Jesteśmy dzisiaj konkretnie wycięci. Kości i mięśnie bolą od długiej jazdy. Szybko wrzucamy coś na ruszt, odprawiamy toaletę przy studni i chronimy się przed robactwem w namiocie. Już ciemno, rozmowa szybko milknie, jeszcze tylko pojedyńcze szelesty śpiworem czy reklamówką i pomału zapadamy w sen.
Dystans 152 km
Czas jazdy 7h
Przepowiednie pogodowe Pita spełniają się. Dzisiaj znów jest cieplej. Jazda przemienia sie w walkę o przetrwanie. Zatrzymujemy sie w tylko w cieniu. Każdy podjazd zamienia się w udrękę. Pijemy ogromne ilości wody. Na szczęście nie ma dużych podjazdów ale nawet te co są kosztują nas bardzo wiele. Przejeżdżamy przez Horezu i kierujemy się na Novaci. To ostatnie cywilizowane miejsce przed Urdele więc tutaj zaopatrujemy się w obfity prowiant. Za Novaci droga zaczyny już zdecydowanie wznosić się do góry. Co chwilę musimy odpoczywać. Pot leje sie ciurkiem. Każdy skrawek cienia jest na wagę złota. Na którymś z postojów mamy towarzystwo w osobie miłego dzieciaka. Jakoś dogadujemy się na różne sposoby. Chłopak jest ułożony i zawzięcie tłumaczy nam jak mamy jechać dalej. Opuszczamy jednak to miłe towarzystwo i kontynuujemy udrękę. Koła kleją się do asfaltu, gorące powietrze atakuje z góry od słońca, ale również z dołu od gorącego asfaltu. Co chwilę musimy robić przerwę aby uregulować temperaturę ciała. Ten podjazd kosztuje nas bardzo wiele. Przeżywamy tutaj najgorsze chwile podczas naszej wyprawy. Zmęczeni i przepoceni docieramy do osady Rinca gdzie trwa intensywna budowa kompleksu wypoczynkowego. Nocujemy w hotelu. Jakoś nie mamy sił i ochoty szukać wysoko w górach bazy na nocleg. Nasze ciała domagają się prysznica i miękkiego łóżka.
Dystans 71 km
Czas jazdy 5h 24 minuty
Ten dzień jest szczególny gdyż tego dnia właśnie mamy zamiar zdobyć nasz główny cel. Startujemy z wysokości 1500 metrów. Czeka nas jeszcze około 600 m różnicy poziomów. Droga na górę ma kamienistą nawierzchnię. Słońca daje jak zwykle. Dzisiaj jednak jazda przychodzi nam jakoś łatwiej. Może z racji wysokości jest chłodniej i to daje nam ulgę. Serpentynami wspinamy się do góry. Luźne kamienie utrudniają jazdę i coraz trudniej przychodzi pokonywać nam kolejne zakosy. Za to widoki zapierają dech w piersiach. Krajobraz jak z Nepalu co najmniej. Spalone słońcem góry pokryte gołoborzem ciągną się po horyzont. Droga wije się między nimi i znika w oddali. Za kolejnym zakrętem pojawia się następny. GPS wskazuje już 2100 metrów, a przed nami ciągle podjazd. W końcu docieramy w miejsce gdzie droga zaczyny opadać w dolinę. To chyba tutaj. Oczywiście pamiątkowa sesja zdjęciowa i podziwianie widoków.
Jak to powiedzieć, że pomimo wspaniałej pogody, dobrego ekwipunku czuć jednak w tym miejscu jakiś strach przed potęgą tych gór. Człowiek zachwyca się tymi widokami lecz podświadomie dąży do tego aby uciec stąd jak najszybciej. Strach przed górami, nie ma się czego wstydzić. Tutaj czuć jaką kruszyną jest człowiek wobec majestatu gór. Wystarczy załamanie pogody i robi sie problem. Nie ma jak szybko uciec. Góry stwarzają barierę nie do przebycia. Dotarcie tutaj nie było łatwe, co by było gdyby warunki były inne. Zjazd jest nieprzyjemny, ogromne i luźne kamienie nie ułatwiają zadania. Momentami bardzo stromo. Rowery objuczone sakwami nie zachowuję się najlepiej w takich warunkach. Mijamy dwóch Rumunów na rowerach. Ich ekwipunek to makrokeszowe fulle z przykręconymi do sztycy koszykami. W koszykach luzem leżą bagaże. Nie dziwi fakt, że z takim ekwipunkiem chłopaki muszą prowadzić rowery. Aż żal myśleć kiedy dojadą do celu.
Tymczasem my znów wspinamy sie do góry. Przez chwilę nawet myślimy, że Urdele jednak jest jeszcze przed nami. Znów GPS wskazuje ponad 2100 m. Jednak wyżej już się nie wzniesiemy. Najwyższy punkt na naszej wyprawie został już za nami. Zjazd jest długi ale wolny. Na lekko można by tu nieźle ciąć ale my nie możemy sobie na to pozwolić. Pomimo, że bardzo uważam łapię flaka. Syk uchodzącego powietrza jest bardzo wyraźny i nie pozostawia złudzeń. Wymiana dętki idzie dosyć sprawnie i znów możemy lecieć w dół. Docieramy do drogi asfaltowej , niedaleko jest bar, z którego skwapliwie korzystamy. Po obiedzie narada. Mamy dwie opcje dotarcia do Sibiu.
Opcja pierwsza prowadzi przez wysoką przełęcz, następnie zanikającą na mapie drogą. Druga opcja wiedzie do miejscowości Voineasa i tam skręca na północ w góry. Tutaj również droga na mapie zmienia się w wąska kreskę. Wybór pada na drugą opcję. Mijamy jezioro Vidra i docieramy do Voineasa. Tutaj szukamy zjazdu na wybraną przez nas drogę. Nie widać nigdzie odbicia. Tymczasem zjeżdżamy coraz niżej. Pit coś tam delikatnie insynuuje aby się wrócić i poszukać naszej drogi. Jednak chyba sam nie jest pewien czy tego chce i tym samym niepostrzeżenie zbliżamy sie do Brezoi. Nieoczekiwanie staje przed nami spora przeszkoda. Początkowo podjazd jest niegroźny ale za kolejnymi zakrętami widać, że droga cały czas wznosi się ostro do nieba. Wskazania GPS szybko idą w górę i zatrzymują się dopiero przy wartości przekraczającej 1600 m. I w ten sposób zdobywamy tak prawie od niechcenia kolejną przełęcz o jakiej w Polsce nawet pomarzyć sobie nie można. Zjazd jest bardzo długi i wspaniały. Tracimy na odcinku kilkunastu km 1000 metrów wysokości. Jedzie się extra. Droga dobra, zakręty łagodne, mykamy jakiegoś szosowca z sakwami i upajamy się prędkością. Nocleg też trafia się super. Duża łąka nad rzeką , kilkanaście metrów od drogi. Obok biwakują Rumunii, kilka metrów dalej pluska woda. Jest się gdzie wykąpać, kolacyjka, wieczorne rozmowy, żyć nie umierać. Żeby tylko tego robactwa było mniej.
Dystans 98 km
Czas jazdy 6h 27 minut
Ostatni dzień jak zwykle słoneczny. Nie będzie przyjemnie. Z mapy wynika, że już niebawem wjedziemy na główną drogę pełną tirów i szalonych rumuńskich kierowców. Mijamy Brezoi i z daleka słyszymy warkot ciężarówek. Nie ma co pisać. Pit coś tam napomina o podjechaniu pociągiem, ale pasuje jakoś tak honorowo skończyć tą wyprawę i docieramy do Sibiu na rowerze.
To już koniec !
Dystans 73 km
Czas jazdy 3h 40 minut
Łącznie przejechaliśmy 647 km pokonując przy tym 7680 metrów różnicy poziomów.Wyprawę trzeba uznać za bardzo udaną. Były problemy ze sprzętem ale udało się z nimi uporać. Zdrowie dopisywało, pogoda aż za dobra. Trasa może za bardzo asfaltowa ale poza dwoma fragmentami całkiem przyjemna. Rumunia to piękny kraj, ludzie bardzo mili i uczynni. Drogi niezłe, ceny podobne jak w Polsce, niekiedy wręcz nawet wyższe. Tanie piwo ( już za 2 zł), woda mineralna droższa niż w Polsce, dwudaniowy obiad z piwem około 30 zł. Nocleg w hotelu ze śniadaniem około 70 zł.
Zachęcam do odwiedzenia tego kraju bo Unia Europejska zaczyna się już tam panoszyć i komercja zatacza coraz szersze kręgi. Spieszcie sie !!!
Track GPS
Galeria na naszej stronie
Galeria Pita na Picasa
Galeria Furmana na Picasa