Darwin i maratony.

Dodane przez 'furman' dnia 27 maja 2009 08:59:48


Ten tytuł to oczywiście żart ale właśnie ewolucja przyszła mi do głowy po przejechaniu maratonu w Krośnie. To już trzeci maraton zorganizowany w tym mieście i jakże inny od ubiegłorocznego, który z kolei bardzo różnił się od tego jeszcze poprzedniego. Górskie Zawody Rowerowe mają już trzyletnią historię i na ich przykładzie widać jak szybko zachodzą zmiany na takich imprezach. Zaczęło się w roku 2007 gdy lokalna społeczność rowerowa zorganizowała pierwsze zawody. Początki były trudne, bardzo trudne. Aż śmiech ogarnia gdy sobie przypomnieć jak to się odbywało. Starty w 5 -osobowych grupach jak do czasówki. Na szyi smycz z przypiętą karteczką gdzie na punktach kontrolnych należało zbierać pieczątki. Dystans GIGA – 38 km !!! Trasa w 90 % asfaltowa – trudno to było nazwać maratonem w ogóle, już nie mówiąc o MTB. Jeśli dołożyć do tego fatalne oznaczenie trasy to nie zapowiadało się ciekawie na kolejne lata.

Jednak zebrane doświadczenia zaowocowały i ewolucja mocno zadziałała już po roku. Warto żyć w stadzie – zapewne dlatego powstał cykl CYKLOKARPATY, który skupił w swym gronie szereg imprez organizowanych na Podkarpaciu, również tą w Krośnie. I zrobiło się lepiej. Dłuższa trasa z mocnymi akcentami prawdziwego MTB, spora obsada, wspólny start, przyzwoite zabezpieczenie trasy, ale ponownie kłopoty z jej oznaczeniem oraz jednak zbyt wiele odcinków prowadzących po szosie. Było lepiej jednak nadal nie można było tego nazwać prawdziwym górskim maratonem rowerowym.

Tego roku również nie zapowiadało się jakoś specjalnie ciekawie. Niby trasa giga zapowiadana była na 78 km, to jednak znów spora ilość asfaltu(28km) nie zwiastowała jakichś specjalnych przygód terenowych. Za to pojawiło się światełko w tunelu gdyż start oraz meta zostały przeniesione do Czarnorzek k/Krosna dzięki czemu można było uniknąć mało ciekawych wylotowych oraz powrotnych dróg z miasta. Tak więc maraton wystartował z samego serca Czarnorzecko-Strzyżowskiego Parku Krajobrazowego. Trzeba powiedzieć, że okolice są bardzo urokliwe, a główną atrakcją trasy miał być podjazd pod ruiny zamku Kamieniec znanego z "Zemsty" A.Fredry. Tuż obok wznoszą się równie znane Prządki jednak aby je dokładnie obejrzeć warto się wybrać już extra gdyż nie mieliśmy okazji ich zobaczyć. Gorąco zachęcam !

Dla mnie maraton zaczął się już tydzień wcześniej gdy śledziłem prognozy pogody, przypominałem sobie poprzednie trasy i dumałem na wyborem opon. Jeśli sucho – nie ma się nad czym zastanawiać, zwłaszcza biorąc pod uwagę sporą ilość szosy. Jeśli poleje to już gorzej. No i właśnie tak się stało - cały tydzień stabilnej i słonecznej pogody skończył się piątkowymi burzami i obfitymi opadami deszczu. Gdy zajechałem na miejsce startu w sobotę rano, pogoda robiła poprawkę co by już nie było złudzeń. Pochmurno, zimno, deszczowo i jednym słowem – ponuro.Szybka decyzja i na koła wędrują Speed Kingi. Dosyć mocny ale rzadki bieżnik miał zapewnić kontrolę w terenie, a niska waga dobre toczenie się pod górę oraz nieduże straty na asfalcie.

Z listy startowej zapowiadała się rekordowa frekwencja jednak opady przetrzebiły stado i na starcie stawiło się około 200 osób. Ciężko zaczął się u mnie ten maraton. Już po 300 metrach poczułem, że z moimi nogami jest coś nie tak. Obok mnie śmignął Lesław i nawet przez krótką chwilę nie byłem w stanie utrzymać mu się na kole. Po kilkuset metrach wjeżdżamy w teren i dopiero tam troszkę lepiej zaczynam się czuć. Stawka pomału się ustawia, startowe szaleństwo szybko mija i każdy lokuje się na swoim miejscu. Jest grząsko, trzeba kontrolować obroty korbą aby nie buksować. Chociaż tak ciężko mi było zacząć to jednak nie jest źle gdyż dostrzegam znajome sylwetki, z którymi mam okazję jechać maratony. Niewielka ilość startujących ma taką zaletę, że szybko robi się luźno i pomimo trudnego terenu nikt nikomu nie blokuje drogi. Z upływem czasu początkowa słabość znika i zaczynam wchodzić na właściwe obroty. Niestety nie wiem jakie gdyż licznik odmówił współpracy dzisiejszego ranka i został w domu. Pierwsze zjazdy dostarczają mi ogromnej radości. Uwielbiam takie warunki. Rozmiękłe i gliniaste podłoże wymaga ogromnej uwagi. Bardzo ciekawe są zjazdy pomiędzy koleinami gdy ich środkiem biegnie wąski pas ziemi – mokry i często nachylony w jedną stronę. Jeden fałszywy ruch kierownicą i nie ma ratunku przed lotem w błotną breję. Ciekawe uczucie gdy tylne koło zaczyna wyprzedzać na zjeździe i dopiero puszczenie hamulca pozwala wyratować się z tych opresji. Nikt tu nie szarżuje i chociaż nie jest łatwo to trasa nie jest niebezpieczna gdyż osiągane prędkości są raczej mizerne.

Gdzieś do połowy pierwszego okrążenie trwa walka o pozycje, potem wszystko się rozciąga i zaczyna jazda w swoim tempie. Jak do tej pory wszystko trybi, sprzęt nie nawala, noga podaje coraz lepiej i zaczyna się naprawdę fajnie jechać. Nie za bardzo wiem kiedy mam jeść ale zdaję się na intuicję i wrzucam na ruszt co jakiś czas batonika. Zapowiadane asfalty wcale nie przelatują tak szybko pod kołami. Podjazdy są strome, miejscami nawet bardzo, na tyle jednak krótkie, że aż zachęcają do mocniejszego depnięcia aby tylko znaleźć się na szczycie. Taka jazda sieje spustoszenie w nogach i na każdej górce potrzebuję kilkunastu sekund aby złapać oddech. Szybko jednak dochodzę do siebie i staram się nadal mocno kręcić. Szkoda, że nie mam pulsometru.

Z przodu widzę zawodnika w czerwonym stroju. Pamiętam, że w Przemyślu goniłem kogoś ubranego na czerwono. Potem w wynikach sprawdziłem i okazało się, że to człowiek w mojej kategorii, z którym przegrałem o 40 sekund. Nic – trzeba zagryźć zęby i zacząć pogoń już teraz. Łatwo powiedzieć ! Co dojdę pod górkę to gostek ucieka gdzieś na płaskim. Tak to trwa chwilę, dłuższy odcinek kiedy trzeba maszerować z rowerem na ramieniu. Na sucho dało by się podjechać ale teraz jest tak grząsko, że nie ma mowy o jeździe. Zbliżam się i na górze, już na rowerze wyprzedzam rywala. Nawet się nie oglądam, trzeba rwać do przodu ! Po chwili widzę kolejnego rywala. W stroju JSC , Kania ( Łukasz Szumiec) – urwał hak od przerzutki. To murowany faworyt do wygrania mojej kategorii, a może nawet całego Open. Szybka kalkulacja, szkoda, że w ten sposób ale czuję, że otwiera się przed mną szansa na bardzo dobre miejsce. Jeszcze podjazd pod zamek Kamieniec, długi zjazd i wykończający podjazd po nasiąkniętej wodą trawiastej ścieżce. Opony zdają się kleić do podłoża i trzeba dużo samozaparcia aby utrzymać się na rowerze. Na koniec jeszcze wspinaczka po masakrycznie stromym asfalcie i już widzę rozjazd na drugą pętle.

Od tego miejsca jadę już sam. Znów żałuję, że nie mam pulsometru gdyż bez obecności rywali trudno utrzymac intensywność jazdy i zachować odpowiednie tempo. Odpada koszyk na bidon. Cóż – poradzę sobie bez niego. Docieram na bufet i jest to pierwszy, na którym się zatrzymuję. Szybkie tankowanie, biorę pół bidonu wody, tyle powinno wystarczyć do mety. Już jadąc wcinam banana i atakuję długi asfaltowy podjazd. Na górze oglądam się za siebie i w dole widzę czerwoną sylwetkę. Szok ! Czyżbym miał przegrać na ostatnich kilometrach ? Ten widok to zimny prysznic na moją głowę ale też ogromna mobilizacja. Uruchamiam rezerwy i daję z siebie
wszystko. W głowie szybkie kalkulacje – podjazd długi, zajmuje około 3-4 minut czyli tyle straty ma gość do mnie. To dużo ale żeby nie okazało się za mało. Ta myśl krąży mi po głowie i mocno motywuje do szybszej jazdy. Prędko okazuje się, że przekalkulowałem z piciem. Taka intensywna jazda owocuje błyskawicznym osuszaniem bidonu. Już wiem, że braknie picia. Gdzieś na zjeździe dostrzegam do połowy pełną butelkę z bufetu leżącą na poboczu. Nie zastanawiam się, odkręcam korek i w sekundzie pochłaniam jej zawartość jednocześnie nerwowo zerkając do tyłu. PUSTO !

Napęd zaczyna strajkować i wydawać piskliwe dźwięki. Coraz trudniej przychodzą zmiany biegów. Gdy zaczyna się dłuższe podejście traktuję go olejkiem. Nie jakieś tam troskliwe aplikowanie po kropelce na ogniwko ale szybki obrót korbami z buteleczką oleju przytkniętą do łańcucha. Zajmuje to raptem kilkanaście sekund, nie ma czasu na zabawę. Trochę się poprawia i mogę używać wszystkich przełożeń. Trudno mi przychodzi marsz pod górę. W tym roku mało biegałem, zmagałem się z kontuzją i teraz właśnie czuję brak wybiegania. Już pod szczytem podejścia mam pierwsze symptomy skurczów w lewej nodze ale gdy tylko wsiadam na rower wszystko wraca do normy. Mięśnie rowerowe tego dnia nie zawodzą i do ostatnich kilometrów jestem w stanie kręcić na twardych biegach. Za to zaczyna brakować mi picia, w bidonie Sahara, wylewam ostatnie krople. Znów podejście pod zamek, tutaj na górze pojawiają się już mroczki w oczach. I ponownie zjazd oraz zapamiętany z pierwszej pętli podjazd po grząskiej trawie. Przypomina mi się w tym miejscu Kościelisko gdzie również był fragment zdawało by się, że płaskiej trasy po trawie, która stawiała ogromne opory wręcz zasysając koło. Tutaj jest podobnie, trudno się jedzie, pomimo smarowania napęd zaczyna strajk i brak możliwości zrzucenia na małą koronkę z przodu. Robi się jednak tak ciężko, że pomagając sobie butem jakoś redukuję i już naprawdę na oparach pokonuję ostatnie metry podjazdu.

Kamienistą i twardą drogę na górze witam jak wybawiciela i łapczywie łapię hausty powietrza. Już nie te przyspieszenia, już wolniej się rozpędzam, pomimo dobrej i płaskiej nawierzchni rower nie za bardzo wykazuje ochotę do odlotu. Krótki zjazd i przede mną ostatnia ścianka przed zjazdem na metę, sięgam po najgłębsze rezerwy energii i pokonuję przeszkodę. Na górze doganiam pilota zamykającego trasę jadącego za ostatnim zawodnikiem (zawodniczka) Na trasie wprawdzie jeszcze sporo osób jadących drugą pętle ale ta pani była dzisiaj najwolniejsza co nie umniejsza jej sukcesu jakim niewątpliwie jest przejechanie ciężkiej trasy. Jeszcze grząskie podejście i już wyskakuję na główną drogę prowadzącą na start. To już koniec na dzisiaj !

Na mecie już Lesław – po minie i wyglądzie widać mocno sponiewierany.

Po chwili podchodzi do mnie Jarek Nikiel – nie było mu dane dojechać do mety dzisiaj, sprzęt nie pozwolił. Chwilę czekam na kolejnego zawodnika, w końcu gonił mnie ktoś. Po kilku minutach rezygnuję jednak i idę do bufetu.

Tym startem udało się wskoczyć na pudło. Z czasem 4.27 zająłem drugie miejsce w kategorii M3 (13 OPEN). Trzeba dodać, że nie było by tak gdyby Szumiec nie urwał haka. Jednak nawet w takim przypadku był bym trzeci co jest dla mnie dużym sukcesem. Do zwycięzcy straciłem 36 minut, sporo ale to i tak dobry wynik jak na mnie. Tyle samo straciłem do pierwszego miejsca w kategorii gdyż Marcin Kasprzyk, który je zdobył był właśnie najszybszy w OPEN. Zrobiłem 23 minuty przewagi na zawodnikiem z trzeciego miejsca (Kuba Zbiegień z JSC). Okazało się, że rywal w czerwonym stroju którego widziałem w połowie drugiej rundy nie był tym samym, którego goniłem w Przemyślu i od czasu gdy go dostrzegłęm w połowie 2 rundy i przyspieszyłem zdołałem nadrobić około 15 minut. To świadczy, że potrzebna była taka motywacja.

Lesław również zajął drugie miejsce w M4(10 OPEN), długo walczył z Krzyśkiem Gierczakiem jednak dosyć poważny upadek pozbawił go szans na dalszą rywalizacje, a pod koniec doszły jeszcze problemy ze sprzętem. Przemo pojechał mega i wywalczył 12 miejsce M3 (44 OPEN). Marcin przejechał jedną rundę i nie zdecydował się wjechać na drugą co zgodnie z regulaminem spowodowało dyskwalifikację.

Trzeci maraton w Krośnie przeszedł więc do historii i przez te trzy lata mocno ewoluował od rodzinnego pikniku do prawdziwego górskiego maratonu MTB. Było naprawdę ciężko i jadąc go często myślałem o mecie. Dobrze pojechałem, w końcu uniknąłem kłopotów technicznych i wychodzi na to, że to najlepiej przejechany maraton w tym sezonie. Co będzie dalej ?
Zobaczymy już za kilka dni w Szczawnicy.

Strona organizatora - www.cyklokarpaty.pl
Galeria - rowerowanie.pl GALERIA
Track GPS - rowerowanie.pl TRACK GPS