Prawdziwe MTB czyli maraton w Szczawnicy 30 maj 2009

Dodane przez 'pocio' dnia 31 maja 2009 22:08:30


profi trasy
To jest skandal, żeby organizować tak trudne maratony. Biedny niczego nie spodziewający się uczestnik musi się napocić, namęczyć, wytaplać w błocie, pojeść błota, pojeździć po śniegu, a na koniec wykąpać w strumieniu by dotrzeć do mety . A przecież można było wypuścić na trasę batalion wojska by pozamiatało to błoto, zrobiło odpływ wody z kałuż, lub wytyczyć trasę po asfalcie, najlepiej świeżo ułożonym, by biedni uczestnicy nie mogli się zmęczyć?

Krótko podsumowując był to jeden z trudniejszych, o ile nie najtrudniejszy maraton MTB jaki udało mi się przejechać na dystansie giga. Porównywać można go do Krynicy 2007 lub Istebnej 2008. Ale warto było. To jest kwintesencja tego co nazywa się kolarstwo górskie...

Galeria z maratonu MTB w Szczawnicy cz.1
Galeria z maratonu MTB w Szczawnicy cz.2

Jeżeli ktoś chciałby otrzymać zdjęcia w najwyższej dostępnej rozdzielczości, proszę pisać na e-mail ew.sportowo@gmail.com


Dzień 30 maja zaczął się jak każdy, w którym mam wystartować w maratonie. Pobudka, śniadanie, montaż bagażnika i pakowanie samochodu oraz wycieczka krajoznawcza po Krakowie, by zapakować pozostałych uczestników wycieczki. Odmianą był padający deszcz. Zapowiadał się trudny maraton, tym bardziej, że przygotowanie trasy trwało co najmniej cała noc.
Zbliżając się do Myślenic przed nami roztaczał się widok gór. Tworząca się nad nimi mgła z parującej wilgoci zapowiadała dalsze opady, których chwilowo nie było. Niebo, które widzieliśmy po minięciu Ochotnicy napawało optymizmem, a pojawiające się słońce zepsuło do końca humor pitowi (liczył na opady deszczu).
Start dystansu giga odbył się zgodnie z planem i wkrótce 200 osobowa grupa zapaleńców rozpoczęła mozolne wspinanie w Beskid Sądecki. Już na początku grupa megowców (Axi, RB) usiłowała wprowadzić mnie w błąd podając rzekomą stratę do Andrzeja Kaisera (który akurat nie wystartował). Nie dałem się podpuścić i swoim tempem poruszałem się pod górę. Na 9 km minąłem mjn wymieniającego dętkę, a na 10 kubaka, który miał problemy z napędem.
Na pierwszym bufecie smarowanie łańcucha i dalej w górę. Jakoś wydawało mi się, że w tym miejscu mega jedzie razem z mini i spokojny, że nikt już nie będzie mnie wyprzedzał pojechałem dalej. Jakie było moje zdziwienie kiedy parę km dalej o drogę prosił mnie Paweł Urbańczyk. Na szczęście jeszcze tylko Romek Pietruszka i Michał Jemioło i byłem na rozjeździe mega giga. Akurat to miejsce wybrał sobie dziczek, który w tym dniu robił za fotografa. Chwile po tym dojechał a w zasadzie usiłował dojechać mnie kubak. Widziałem, że się pojawił za mną i po chwili usłyszałem ... Było jasne, że nie uporał się ze swoim napędem.
Droga czerwonym szlakiem w kierunku Złomistego Wierchu (najwyższy punkt na trasie) była pokryta pośniegowym błotem. Trochę mnie zdziwił śnieg o tej porze roku w tym miejscu. Spowodował on powstanie dość nieprzyjemnej mazi, po której jazda wymagała dużej uwagi.
Na rozgałęzieniu szlaków czerwonego i niebieskiego krótka rozmowa z jednym z Goprowców na temat zjazdu do Rytra. Najistotniejsze było jego pytanie o stan moich hamulców. Na szczęście jeszcze je miałem.
Zjazd niebieskim szlakiem do Rytra należy do trudnych i wymagających. Jechałem go w zeszłym roku w sierpniu ale było wtedy sucho. Teraz po opadach stał się on zdecydowanie trudniejszy. Trzeba było uważać na podstępne korzenie i luźne kamienie. Po chwili na pierwszym niebezpiecznym fragmencie przy ognisku siedział jeden z zawodników, który nie docenił trudności tego zjazdu. Był w towarzystwie goprowców.
Na tym dość długim zjeździe okazało się, że nie tylko ja sprowadzam rower. Wielu nie ryzykowało jazdy. Na szczęście dość dobrze opanowałem zbieganie w dół i zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Pomyślałem sobie, że nie jest źle. Na jednym z fragmentów ślizgnęła mi prawa noga i zaliczyłem spektakularna glebę. Oczywiście wylądowałem w kałuży. Na szczęście nic mi się nie stało i dalej pobiegłem w dół.
Po sforsowaniu rozlatującego się mostku mogłem poprawić fryzurę i makijaż oraz trochę się odżywić korzystając z dłuższego kawałka asfaltu w Roztoce Ryterskiej. W między czasie miałem okazję na krótką rozmowę z rywalami z drużyn Maruderów i Jasielskiego Stowarzyszenia Cyklistów. Po dłuższym postoju na bufecie postanowiłem wykorzystać moje atuty i nadgonić trochę miejsc na podjeździe pod Wielki Rogacz.. Niestety rozpędziłem się na tyle, że przegapiłem strzałkę nakazująca skręt w prawo. Kosztowało mnie to pobłądzenie i forsowanie podejścia na skróty dość ostro pod górę. Podejście to zabrało mi resztki sił i ochotę do dalszej walki. Po powrocie na trasę okazało się, że jestem w tym samym miejscu stawki co na bufecie. I tym sposobem cały mój wysiłek poszedł na marne. Następnym razem muszę bardziej uważać na wydawało by się oczywistej drodze.
Wielki Rogacz odsłonił przepiękną panoramę. Widok zapierający dech w piersiach tym bardziej, że widać było miejsce gdzie za chwile pojedziemy.
Zjazd ten zapamiętałem jako łatwy. Taki był on w lecie jak było sucho. W czasie maratonu woda przemieniła go w dość trudną błotna rynnę. I znowu poniosłem na nim duże straty. W końcu Jaworki i chwila wytchnienia na asfalcie by za 3 bufetem przez krótki odcinek XC wjechać na drogę pod Durbaszkę. Kolejny podjazd ,a ja już nie mam sił. Na szczęście nie tylko mnie siły się kończą. Na horyzoncie pojawiają się inni uczestnicy maratonu. Jak miło zauważyć, że ktoś męczy się równie ciężko jak ja, a nawet odnoszę wrażenie, że u mnie pozostało więcej sił. Tym bardziej, że mijam tez uczestników dystansu mega. Na mojego pecha po szczycie był dość trudny kamienisty zjazd z płynącym po nim strumieniem. Tu znowu ponoszę straty.
Do mety coraz bliżej sił coraz mniej, a tu jeszcze podjazd po płytach. Nagle mam wrażenie że coś jest nie tak. Guma? Zsiadam i sprawdzam. No cóż organizm ma chyba dość i objawia się to złudzeniem. Resztę podjazdu pokonuje na butach i wsiadam by zjechać ostatni już zjazd do mety. Jeszcze tylko forsowanie Grajcarka i meta.
Dojechałem i to jest mój największy sukces. Nie było po drodze tak źle. Mam wrażenie, że jechało mi się lepiej niż w Międzygórzu.
Dostaje od hostess butelkę Powerade i bloczek na posiłek. Zjadam go ze smakiem tym bardziej, że jest on bardzo dobry i ciepły.
Przy jedzeniu podsumowujemy maraton. Nie był on zbyt udany dla zielonych. Lesław, Maciu i Axi DNF , kubak przyjechał po mnie. Nie zawiedli furman, Spinoza, MiśQ i Roza. Ukończyli również pit, mjn, Andy, Marcin i Elawinia.
A miało być tak pięknie.
Tym razem trasa i problemy zdrowotne i techniczne nie pozwoliły zakończyć nam jako teamowi maratonu z sukcesem. Ale nie ma co się martwić To dopiero 4 maraton.
Wypada dodać też niezadowolenie pita bo liczył na deszcz. Dla niego było za łatwo. I pomyśleć, że rano z furmanem nabieraliśmy go, że nie jedziemy bo deszcz pada.

Jechałem na bordowym Kellysie Magnusie z numerem 4029 w stroju B&K Herbapol rowerowanie.pl Mój czas to 7,21.
Pozdrawiam kolegów Marcina Wiącka, Łukasza Skorego, Krzysztofa Łojka i Mariusza Wojciechowskiego, z którymi tasowałem się cały czas na trasie. Obiecuję, że na następnym maratonie nie pójdzie wam już tak łatwo i Tym, którzy byli przede mną pokażę plecy.

Pozdrawiam

pocio