MTB Trophy 2009
Dodane przez Piotr Pisarek 'PePe' dnia 22 czerwca 2009 15:47:51
Tak jakoś i mnie zebrało się na pisanie relacji. Nigdy tego nie robiłem, kiedyś musi być jednak ten pierwszy raz (może nie ostatni). A więc po kolei.
Najpierw rower. Zgromadziłem sprzęt zapasowy umożliwiający w zasadzie złożenie drugiego roweru: kilka opon (niestety każda kolejna zapasowa gorsza od wcześniejszej), kilka dętek – tutaj lepiej są dwie nowe, kierownica, mostek, korba, etc. no i na dokładkę coś, co służy nam za trzeci rower tzw. do miasta....
Sprawa druga to jedzenie, czyli coś do picia w proszku, zestaw żeli, batony, makarony, i co tam jeszcze organizm będzie przyjmował, cała wielka torba się tego nazbierała. Trzeci obowiązkowy punkt to medykamenty, coś od bólu, maści rozgrzewające oraz inne. Na koniec ubranie. Oczywiście coś takiego aby przetrwać deszcz, jak też i na upał...
Dzień 0 - dojazd
Po zgromadzeniu wszystkiego od razu pytania – co zapomniałem, czego mi braknie, jak ja to wszystko zniosę i zapakuję do samochodu, tak aby zdążyć na 21:00 po numerek. Plan jest taki, aby załatwić to w środę, co znacznie upraszcza przygotowania do startu pierwszego etapu.
To już mój trzeci wyjazd na Trophy, więc mam trochę doświadczenia w logistyce, dodatkowo będę mieszkał u rodziców, co znacznie ułatwia całą procedurę, nie jest jednak pozbawione wad. Do centrum zawodów mam ok. 15km i tę odległość będę musiał codziennie podjechać. Dwa lata temu rozważałem pokonanie tej trasy w ramach tzw. rozgrzewki, teraz nawet o tym nie myślę. Przy takim charakterze zawodów, spokojnie zdążę rozgrzać się po starcie, a kto wie czy to nie lepsza strategia, w końcu rozgrzewka też zabiera siłyJ. Po dwóch godzinach walki ze zgromadzoną materią w końcu wszystko jest zapakowane, pożegnanie z rodziną i można ruszać. Godzina 18:20, środa przed długim weekendem, ja w centrum Krakowa a ten zakorkowany maksymalnie, wszyscy chcą gdzieś wyjechać. O 21:00 miałem być w IstebnejL… Godzina 21:05 – zgłaszam się po numerek (proszę bez pytań jak to było możliwe). W szkole gdzie mieści się biuro zawodów już powoli wszyscy się pakują. Pojawia się GG, który pertraktuje coś z jakimiś Czechami, chyba mówili na temat drugiego dnia, bo usłyszałem: „…to przecież będzie ponad 3000m…”. Jakoś wtedy przed startem nie specjalnie załapałem o co biegało, bo pewnie spróbował bym włączyć się do dyskusji, że jak to 3km? To nie jest do przejechania? Żaden maraton nie miał tylu przewyższeń. A tak okazało się, że i owszem można – szczegóły za chwilę.
W zestawie startowym widać kryzys. Wcześniejsze edycje miały więcej gadżetów, trudno, przecież nie po to tutaj przyjechałem. Jest koszulka, więc nawet jak nie będzie tej z finiszerem, to jakaś pamiątka pozostanie. Czas jechać, zjeść znów jakiś makaron, szybki przegląd roweru i do spania. Oczywiście leje, jak by mogło być inaczej, przecież jutro startujemy. Po drodze pod Ochodzitą (tutaj trzeciego dnia będzie meta) jeszcze tylko spotkanie z Kubą i Kasią (których mijałem wczesnej) i krótka dyskusja jak mokro będzie jutro…
Godzina 23:00 już pojadłem, rower podróż zniósł bezproblemowo, wygląda że wszystko gotowe, powinienem spać, ale jakoś nie umiem zasnąć. Podstawowe pytanie to czy tym razem dam radę? To już trzeci raz, więc w zasadzie jestem weteranem, ale z drugiej strony dokładnie wiem, co mnie czeka i to chyba bardziej mnie przeraża. W końcu zasypiam. Nie jest dobrze, budzę się kilka razy w nocy, dobrze, że jestem wyspany, oraz że start do pierwszego etapu jest o 12:00.
Dzień 1 – Skrzyczne
Wstałem o 9:00. O dziwo nawet wypoczęty mimo wielu przebudzeń. Luksus, jeszcze 3 godziny do startu. Rower błyszczy i kapie z wszystkich wrażliwych miejsc jakimś mazidłem. Napsikałem wieczorem wszędzie gdzie się dało z myślą, że rano ładnie powycieram to co zbędne. Koncepcja jednak zmieniona, przecież to Beskidy, i tak będzie błoto, nawet jak będzie sucho (jakie sucho – wczoraj lało). Wszystko z pewnością i tak zachlapie błoto, rower będzie nadawał się jedynie pod Karcher. No i nie pomyliłem się. Ilość błota przywożonego przez poszczególnych rowerzystów w tym i mnie, do mety każdego dnia była ogromna, szkoda czasu na drobiazgowe czyszczenie roweru z jakiegoś mazidła.
Wracając do przygotowań, jedzonko, picie, kontrola temperatury, wybór ubrania itd. Potem dojazd do miejsca startu. O 11:30 jestem na miejscu. Ostatni baton zagryzany bananem, wszystko popite izotonikiem i jestem gotowy do walki, czy jak to tam się mówi. Atmosfera znana z wielu startów, gra głośna muzyka, w sektorze starzy i nowi znajomi. Jest Kuba, mignęła gdzieś Kasia. Koledzy z zaprzyjaźnionego forum Bikeholików: Szaman i Buli. Każdy żartuje, niby luźna atmosfera, jednak w głębi oczu u każdego widać jakąś niepewność. Każdy wie po co przyjechał. Dla wielu to pierwszy start, dla innych kolejny, niepewność jednak wspólna. Na szczęście czekanie na start krótkie. Punktualnie o 12:00 – poszli! Znaczy się ruszamy za terenówką orga. Asfalt, trochę pod górę, jadę razem z Kubą – taki plan. Kuba bardzo dobrze przygotowany do sezonu, kilometrów w tym roku nabił już niesamowitą ilość, przy nim to jestem prawie niedzielnym rowerzystą. No ale on regularnie startuje, ja mam w roku tylko jeden występ – właśnie ten, więc wszystko przygotowane tylko na niego. Zobaczymy więc na ile będzie mnie stać.
Asfalt powoli zaczyna się wznosić, ale o bok mnie jak by nikt tego nie zauważył, wszyscy kręcą tak samo mocno, jak nie mocniej. Kuba zostaje trochę z tyłu, ja trzymam się w stawce. Zaczyna się pierwszy teren, pierwsze błoto, rzut oka na pulsometr, a tam prawie maks z tego roku (po późniejszej analizie okazało się że to jednak był maks). Coś jest nie tak, to pierwszy dzień, miałem się oszczędzać. Zaczynam więc zwalniać, mijają mnie poszczególni zawodnicy. Cały czas mniej więcej pod górę. Trasa znana – do góry aż w okolicę Stecówki, następnie będzie zjazd do Przysłopu, a potem trawers Baraniej Góry i mijając Malinowską Skałę aż do kulminacji na Skrzycznym. Prawie jak rok temu ostatni etap. Najpierw mija mnie Pirx, znajomy z forum, też dużo jeździ, to że mnie dopiero teraz mija tylko potwierdza że chyba za mocno wystartowałem. Za jakiś czas mija mnie Kasia, pytam się o Kubę, jest podobne tuż za mną. Tętno wraca do normy. Jest i Kuba, pierwszy bufet.
Za bufetem dłuższy kawałek z buta – wszyscy idą, to my też. Spokojnie razem z Kubą robimy kolejne kilometry i w końcu zdobywamy Skrzyczne. Zaczęło padać, do tego wysoko i zimno. Łapią mnie skurcze, to dziwne, bo nigdy mnie nie łapały. Jak później wywnioskowałem to właśnie ochłodzenie organizmu. Pod Skrzyczne jechałem dosyć mocno i nagłe zimno musiało spowodować te dolegliwości. Tylko spokojnie, bez mocnego naciskania i powinienem dać radę. Magnez niestety został w samochodzie. Nagle jakiś wypadek, ktoś wygląda na bardzo potłuczonego, a tu nie ma trudności, trochę w dół, tylko że duże luźne kamienie. Zatrzymali się już jacyś rowerzyści przed nami, pomoc wezwana, ofiara pod folią NRC– niektórzy jadą z właściwą wyprawką, chyba trzeba o tym pomyśleć na przyszłość, folia jest bardzo mała i lekka, a przydatna może być bardzo. Z tego wszystkiego Kuba znów gdzieś został z tyłu. Trudno, postanawiam jechać własnym tempem. Cały czas bardzo dobrze i wydaje mi się, że mocno.
Jest drugi bufet, w tym samy miejscu co pierwszy – robimy pętelkę. Teraz w zasadzie tylko w dół do mety – z małymi wariantami podjazdów jak się okazało. Zrobiło się cieplej i skurcze jakoś przestały przeszkadzać. Są też goście z pomiarem czasu. Na swoje nieszczęście zadaję pytanie, który jestem, pada odpowiedź: dwusetny. Jak to dwusetny? Jeśli wyprzedzę jeszcze jednego to będę miał jedynkę z przodu. Rok temu zamykałem stawkę, a teraz mając szansę na dobrze w środku stawki miałbym odpuścić. No i puściłem się w dół. Nie trzeba było długo czekać. Droga z koleinami, chwila nieuwagi i potężna gleba, rower położył się na boku, ja oczywiście z nim i jedziemy, a w zasadzie suniemy po ubitej glinie. Za mną krzyki, Czeszka będąca z tyłu ma problem wyhamować. Uf, przeleciała obok, ale zaraz kolejny gość. Też przeszedł. Zbieram się, jakiś potężny skurcz lewej łydki, coś musiałem krzywo zapodać, dalsze straty: obtarta noga i ręka, skrzywiona kierownica i to chyba wszystko. Próba wyprostowania kierownicy niestety nie udana. Trzeba jechać na takiej, okazuje się że można. Teraz na zjazdach już ostrożnie. Skurcz niestety dalej trzyma, do mety już blisko więc nie kombinuje z tym za bardzo, zresztą i tak ktoś by mi musiał pomóc to rozciągnąć (na mecie Szaman zrobi dopiero z tym porządek). Jeszcze jakiś sztywny podjazd, przejazd przez czyjeś podwórko i ścianka z korzeniami na wykarczowanym kawałku lasku, jest też gość ze Sportgrafu – oni zawsze wiedzą gdzie się ustawić. Trzy wykrzykniki – to znak, że spokojnie można zejść z roweru, w końcu glebę już zaliczyłem.
Bez dalszych przygód dojeżdżam do mety. Jak się okazuje to faktycznie mogłem być w okolicach 200 miejsca. Rzut oka zna czas – niecałe 4 godziny (3:59J), a zastanawiałem się, czy dam radę w 4,5h. Jestem bardzo zadowolony, i zaniepokojonym czy nie za mocno pojechałem, to dopiero pierwszy dzień. Jest też kolejna zmiana w stosunku do wcześniejszych moich startów. Wtedy zamykałem stawkę, na mecie w zasadzie wszyscy się już zbierali do domu, a teraz cały czas przyjeżdżają jeszcze ludzie. Tak ku mojej uciesze będzie również w kolejne dni. Jest już też Kuba, czas na zasłużone piwo od sponsora, trzeba coś przegryźć i jechać do domu. Żegnam się, i umawiam na jutro. W domu już znany rytuał: rower – mycie plus smarowanie i przegląd, jedzenie, uzupełnienie płynów, rzut oka na mapę jutrzejszego etapu. Godzina 21:00, jeszcze tylko sprawdzić wyniki, słowo dla wiernych kibiców forum i należy udać się na zasłużony odpoczynek.
Dzień 2 – Czechy
Dziś w planie wycieczka na Czeską stronę. Tych tras nie znam prawie w ogóle. Tylko dwie wizyty właśnie w kontekście wcześniejszych edycji MTB Trophy. Pamiętam że są długie szutrowe podjazdy i kilka, w tym kultowy z Jaworowego, zjazdy. Wstaję o 7:00, jedzenie, przygotowania – to już powoli rutyna. O 9:30 jestem na stadionie w Istebnej. Przyjechali zapowiadani zieloni: MiśQ i Maciu. Mają w planie jechać trasą do pierwszego bufetu, a potem skrótem do trzeciego. Ich pomoc na tych bufetach okaże się w trakcie dnia bardzo potrzebna. Chłopcy mają bardzo radosną wiadomość, dystans skrócony o 5km, czyli nie 95 a coś około 90 – jak by to robiło jakąś szczególną różnicę. Druga wiadomość niestety robi różnicę. Przypomina mi się zasłyszana w dzień przyjazdu rozmowa – przewyższeń ma, być ponad 3000m, jak się potem okaże nawet 3700m. Pogoda barowa, zimno i mokro. Nie pada, ale to tylko kwestia czasu.
Ruszamy, koło Kuby, jednak szybko zostaje jakoś w tyle. Normalne kręcenie, pod górę i z góry. Chwilę jadę na kole Macia, ale to chyba ślepa uliczka, to nie moje tempo, lepiej zwolnić. Jadę swoje. Startowałem dosyć z tyłu i pewnie dlatego teraz mijam kolejnych bikerów. Zielone koszulki Macia i MiśQa cały czas majaczą mi kilkadziesiąt metrów przede mną. Skoro jadę ich tempem nie jest źle. W końcu na zjeździe jakąś rynną pełną kamieni dochodzę do Macia. Rynna się kończy i powietrze w moim tylnym kole też. Trudno, trzeba zmieniać. Maciu zostaje i pomaga. Mijają mnie watahy rowerzystów. Dziwne, zawsze myślałem, że zamykam stawkę a tu tyle ludzi jeszcze za mną. Pojawia się i Kuba, będę go gonił następną część etapu. W końcu koło gotowe, krótki zjazd i jestem na pierwszym bufecie, serwis smaruje napęd przy udziale MiśQa, trochę jedzenia, dużo picia, i dalej w drogę. Gość z bufetu rzuca krótką informację: teraz to będziecie mieli trzy podjazdy na ponad 1000m – to pewnie dla dodania otuchy.
Zaczyna się mozolne wspinanie. Z tego odcinka trasy nie pamiętam zbyt wiele, długie podjazdy, długie zjazdy. Jedyny nieciekawy moment to przed szczytem Jaworowego gdzie był kilku kilometrowy odcinek na wysokości ponad 1000m. Ze względu na wysokość i temperaturę, chyb nawet jakiś deszcz, zacząłem bardzo się wychładzać. Ale po każdej zdobytej górce następuje zjazd. Ten zjazd akurat jest, jak już pisałem wcześniej, dosyć trudny, żeby nie powiedzieć najtrudniejszy, na jakim byłem. Bardzo ciasne agrafki, na prawie pionowej ścianie w gęstym lesie. Wcześnie trochę kamienistych, pionowych odcinków w jakichś młodnikach. Jak na ten kilometr trasy to dla mnie zdecydowanie za trudno. Większość po prostu zbiegłem na przełaj, co obserwując zjeżdżającego obok zawodnika było porównywalne prędkościowo. Po zjeździe trzeci bufet, są dwie zielone postaci, znów nieoceniona pomoc. Rzut oka na zegarek (normalnie nie patrzę, aby się nie denerwować) w końcu tu jest limit, mam jakieś 35 minut w zapasie.
Teraz to już widać koniec – tylko Stożek Wielki. Jadę jak długo mogę, ale niestety większość podjazdu to podejście, końcowa ścianka, ciągnie się w nieskończoność (ostatniego dnia okaże się, że jest to do wyjechania), w końcu szczyt. Teraz już tylko 5km zjazdu do mety. Zmęczony niemiłosiernie, ręce odmawiają posłuszeństwa – w tym momencie pada ostatni bastion moich hamulców v-break, tarcze powinny pozwolić na większą kontrolę – tak przynajmniej mówią inni. Wyprzedzają mnie kolejni goście spadający w dół jak jastrzębie, ja jednak pomny wczorajszego upadku i niepewny hamulcom zachowuje dużo ostrożności. Meta. Znów są Maciu i MiśQ – gdybym wiedział, że znają skrót… Pomagają myć rower, nie mam nawet sił na piwo. Zaczyna się jakaś straszna zlewa, drżę z zimna, szybko do samochodu i do domu. Zmęczenie ogromne, a jutro wcale nie łatwy etap – Wlk. Racza, to on rok temu zdziesiątkował uczestników. Trzeba wypocząć i podjąć wyzwanie. Jeszcze tylko podklejenie i wymiana dętki, którą rozwaliłem przed pierwszym bufetem, ciśnienie nabite, chyba wszystko jest w porządku, można iść spać.
Dzień 3 – Wielka Racza
Pobudka o 7:00, coś mnie tknęło i idę do garażu – podklejona dętka nie zapracowała. Oby tylko poranna wymiana nie zwiastowała innych złych przygód. Podążając za porannym rytuałem o 9:30 jestem w Istebnej. Na starcie, jak słusznie zauważa Kuba jakoś nas mniej. Ruszamy asfaltem na Ochodzitą, podjazd znany mi bardzo dobrze. Załapuję się chyba do złego pociągu, gdyż dopiero po pierwszym bufecie dogania mnie Szaman, który wcześniejsze etapy jechał szybciej ode mnie. Również w tej okolicy dochodzi mnie Kasia. Ten pociąg to w ogóle był jakiś dziwny, bo zgubiliśmy drogę w okolicach kościoła w Koniakowie, ale z pewnością nie mieliśmy łatwiej, lub krócej, tam wszędzie było do góryJ. Po podejściu na Beskid Graniczny (oj, tutaj to podchodziłem już wiele razy, chciałbym zobaczyć, czy to w ogóle jest do wyjechania, moim zdaniem nie jest to możliwe) Szaman i Kasia odjeżdżają. Zaczyna się bardzo szybki zjazd szutrami w stronę Kolonii, znów dają znać o sobie v-break, bolą mnie dłonie i pewności w hamowaniu brak. Leje, ale to już normalka i przestaje człowiek zwracać uwagę. Na asfalcie znów znajoma twarz - Pirx. Też coś mówi, że słabo jedzie jeśli dopiero teraz mnie mija. Ale nie odpuszczam mu i na podjeździe na Wlk. Raczę cały czas w zasiągu mojego wzroku. Pojawia się znów Szaman. W tym roku cały podjazd w siodle – jednak można, rok temu jakoś nie wyglądało, aby to było możliwe. Na szczycie Szaman pomyka w dół, a Pirx zostaje z tyłu.
Zaczyna się najgorszy, jak dla mnie, kawałek całego MTB Trophy 2009. Powolny marsz w błocie, pomiędzy drzewami, przekraczając niezliczone ilości korzeni wraz z powalonymi drzewami, i tak przez 10km. Trwa to niemiłosiernie długo. Na mecie wszyscy będą strasznie narzekać na ten kawałek. Miały być piękne singletracki, a wyszedł jakiś koszmarek. Czołówka tak rozjechała ścieżki, że nie nadają się do jechania. Ale wszystko ma swój koniec, zaczyna się zjazd i w oddali pojawia się znów Ochodzita – dzisiejszy cel, gdyż meta nie jest na stadionie w Istebnej, ale właśnie u stóp tej góry. Wychodzi słońce i robi się przyjemnie, do tego piękne widoki na Beskidy. Tak to można się ścigać. Znów mi się dobrze jedzie, ale innym też. Dochodzi mnie Pirx, jest akurat kawałek asfaltu więc siadam mu na koło razem z jeszcze jednym kolegą. Chwila nieuwagi, coś tam kombinowałem jedną ręką z kaskiem i zaczynam ocierać się o tylne koło. Prędkość ponad 30km/h już widzę jak ląduję na asfalcie lub ewentualnie w rowie. Dziwnym trafem kończy się na stojąco. Boli tylko stopa, która mocno zapracowała w bucie. Będzie bolała jeszcze kilka dni. Chłopcy pojechali, może to i dobrze szaleństwa pod koniec etapu to nie jest dobry pomysł.
Ostatni sztywny podjazd i na parkingu jest meta. Fajna atmosfera, bo zgromadziło się kilkudziesięciu kibiców, obsiedli górkę i zagrzewali na podjeździe nieszczęśników, którzy kończyli. Chwila oddechu na górze. Czekam na Kubę, ale coś go nie widać, trzeba do domu, bo mimo że etap łatwiejszy od przewidywań, to jednak zmęczony jestem porównywalnie do dnia wcześniejszego.
Dzień 4 – Czantoria czyli koniec
Dzień zaczyna się jak poprzednie. Sam etap również – pod górę, aby potem z górki. Jedyna odmiana to piękne słońce oraz jakiś taki krótki dystans – 55km. Atmosfera bardzo radosna, w końcu to ostatni dzień. Jedzie się wyśmienicie („noga podaje” – jak mówią znawcy). Będzie podawać do końca. Piękne widoki na Beskidy, żeby tak w każdy dzień, było… Wszystkie podjazdy w siodle: i na Czantorie, jeden i drugi Soszów, oraz Stożek Wielki. W zasadzie bez większych historii, po prostu swoim tempem podjechałem i zjechałem wszystko. Ostatni zjazd do mety już bardzo asekuracyjnie, szkoda aby jakiś głupi wypadek zdarzył się w tym momęcie.
Na szczycie Kiczory spotyka mnie jeszcze tylko niespodzianka w postaci kałuży, która zakryła cały blat. Całe szczęście, że zdążyłem wypiąć nogę to się nie zmoczyłem. Kurcze, wszystkie wcześniejsze kałuże nigdy mnie nie zwiodły i każdą przejeżdżałem, a tutaj na końcu taka niespodzianka. Dobrze, że to koniec i tylko w dół, bo cały napęd w jakiejś strasznej czarnej mazi, a odgłosy dochodzące wskazują na szybki koniec. Znany już dojazd do mety i koniec. Czarna koszulka FINISZERA.
Olbrzymia radość, że znów się udało. Ten start jest najlepszy z wszystkich trzech. Za pierwszym razem to można powiedzieć, że uczyłem się jeździć w górach. Do tego pierwsza etapówka, błędy w odżywianiu i inne takie. Poszło tak sobie, ale doświadczenie zdobyte. Drugi start to niestety trochę przesadziłem. Pojechałem bez żadnego przygotowania, jedyny cel to sprawdzenie, czy faktycznie mam problem z kolanem, czy nie. Lekarze nie dawali mi dużo nadziei, rehabilitacja musiała jednak zrobić swoje. Przejechałem, nie poczułem bólu ani razu, więc nie może z nim być tak źle. Do tegorocznego startu już trochę pojeździłem, chciałbym o wiele więcej, ale czas nie pozwala. Jestem więc bardzo zadowolony z wyniku. Z drugiej strony jakaś pustka, jutro nie ma etapu. Jakoś nawet roweru nie chce się myć. Miła rozmowa z Kubą i Kasią, oraz innymi znajomymi i czas do Krakowa.
After…
W kolejny dzień podobnie jak już czułem na mecie czegoś brakowało. Jakoś tak dziwnie obudzić się rano i nie trzeba przygotowywać się do jazdy. Mimo wszystko biorę rower i jadę do pracy. Nogi jednak pracują dziwnie, przełożenia jakieś takie bardzo, bardzo miękkie. Również noc nie należała do łatwych. Cóż, organizm musi się zregenerować. We wtorek na całe szczęście pada, więc nie trzeba roweremJ, noc lepiej przespana, ale dalej czuję zmęczenie. Dopiero w czwartek zacząłem myśleć o jakiejś przejażdżce na rowerze. Pojawiło się zaproszenie orga na kolejną edycję, już chciałem powiedzieć, że mnie to nie dotyczy, ale, ale - zapowiadają Pilsko. To oznacza, że impreza beze mnie się nie odbędzie, mimo że z tą górą to będzie pewnie znów etap przechodzący do historii. Kończąc już, do zobaczenia za rok…