Jak zleszczyłem maraton, czyli co nie robić przed i w czasie maratonu.. Moje wrażenia po Krynicy.
Dodane przez 'pocio' dnia 10 lipca 2009 21:55:33
Krynica 2009-07-04.
Ten maraton przegrałem na długo przed jego początkiem. Wszystko zaczęło się od zmiany terminu jego organizacji i nałożyło na problemy osobiste. Do tego doszła analiza trasy na mapie i wspomnienia maratonu z 2007 roku. Że będzie, aż tak tragicznie nie myślałem. Ale po kolei.
Od zimy miałem zaplanowane wakacje i w maju w końcu dograłem rezerwację pobytu na Roztoczu. Kiedy już miałem wpłacona zaliczkę ustalone, co i jak w firmie jak cios z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, że maraton jest w sobotę a nie w niedzielę. Niby niewiele, ale dla mnie oznaczało to ruinę misternie uknutego planu startu w Złotym Stoku i Krynicy.. W zasadzie zawalił mi się cel jaki stawiałem na ten rok Krynica. Miała wypaść w optymalnym momencie sezonu gdzie powinienem być wypoczęty po urlopie i jednocześnie wyjeżdżony. Pierwsza decyzja koniec z maratonami. Po rozmowie z Grzegorzem Golonką złagodziłem ją do startu w Złotym Stoku i próby przesunięcia wakacji. Nie było to, aż tak trudne i w konsekwencji innych wydarzeń wręcz zbawienne. Niestety przez zmiany terminu tydzień przed wyjazdem, a jednocześnie tydzień przed Złotym Stokiem zabrakło czasu i sił na trening. Efekt w Złotym Stoku był bardzo widoczny mimo, że był to mój najlepszy maraton bo zdobyłem punkty dla teamu. Na znak protestu (przeciwko zmianie terminu krynickiego maratonu) metę w Złotym Stoku przekroczyłem na piechotę zamiast przejechać rowerem.
Po maratonie w rozmowie z Grzegorzem Golonką padła sugestia bym może jednak jeździł mega i postanowiłem to zrobić w Krynicy. Był to kolejny błąd, a jednocześnie protest przeciwko wspinaczce na Ostry Wierch. Do całości klęski w czasie pobytu na urlopie przeczytałem w bB artykuł Piotra Zarzyckiego pt.. Haczyk przerzutki, czyli Piotr radzi.. W pełni usprawiedliwiony zamiast ostro trenować wylegiwałem się na urlopie delikatnie kręcąc na rowerku. Zapomniałem o starej zasadzie im więcej potu i łez na treningach, tym łatwiej na zawodach. W końcu na mega nie potrzeba aż ta wiele sił. Reszta to już prosta konsekwencja tych działań. I zleszczenie maratonu właśnie wtedy się dokonało. To informacja dla bulego, który nie wiedząc o tym naskoczył na mnie po mojej wypowiedzi po maratonie w Krynicy.
Po tym przydługim wstępie przejdę do moich spostrzeżeń i obserwacji z Krynicy.
Jadąc na ten maraton wiedziałem, że będzie trudno. Trasa była od dłuższego czasu skutecznie przygotowywana przez deszcz. W lesie pojawiło się błoto, którego o tej porze roku w Beskidzie Sądeckim zawsze jest pod dostatkiem. To, że Grzegorz zdecydował się w ostatniej chwili skorygować trasę świadczyło o jednym, może być powtórka z 2007 roku.
Ja od rana nie mogłem się obudzić. Nie wiem jakim cudem dojechałem do Krynicy, ale po miasteczku zawodów plątałem się śpiąc na stojąco. Do startu miałem bardzo dużo czasu bo tradycyjnie przyjechałem tak by dało się wystartować na giga. Czułem się trochę nie swojo słysząc start tego dystansu. Zaczynałem żałować, że nie wystartowałem na tym dystansie. Wypiłem napój energetyczny ale i to nie wyrwało mnie z marazmu. Spokojnie ustawiłem się na starcie i cierpliwie czekałem na sygnał startera. Plan był prosty. Zacząć powoli wkręcając się stopniowo na obroty, by pod Jaworzynę zająć swoje miejsce w stawce. Niestety wyszedł brak doświadczenia z dystansu mega i na pierwszym podjeździe przeżyłem szok.
Teraz już wiem dlaczego chcę jeździć na giga. Tylko na tym dystansie i tylko w tym cyklu maratonów można od startu do mety jechać swoim tempem. Jechać to co się chce jechać i iśc to co się chce iść. Niestety w Krynicy pierwszy podjazd z rowerzysty przemianował mnie w pielgrzyma. Co prawda próbowałem jechać, ale kiedy stało się to już tak wolne, że bardziej od jazdy był to trening techniki zsiadłem, a po kilku krokach zacząłem bieg pod górę by poprawić trochę pozycji. Niestety w tym momencie zadziałał następny demotywator czyli głowa. Nie darmo Furman powtarza, że to głowa jedzie. U mnie siadła psycha i poczułem się usprawiedliwiony więc odpuściłem. Zacząłem turystyczną przygodę na trasie maratonu.
Na całe szczęście zjazd w kierunku Czarnego Potoku wyrwał mnie z marazmu i wróciłem do ponownego ścigania. Jak to wynika z analizy zdjęć straciłem na tym odcinku tylko 5 minut. No cóż szkoda, że wtedy tego nie wiedziałem bo wynik byłby lepszy.
Podjazd na Jaworzynę. W zasadzie wiedziałem co mnie czeka. Stopniowo wyprzedzałem kolejnych zawodników i zacząłem czuć się jak wycinak. Niestety głowa podpowiedziała w pewnym momencie, że może lepiej podejść jak i inni podchodzą i w tym roku nie podjechałem w całości tego podjazdu. Co ciekawe analiza porównawcza tracków z tego roku i zeszłego nie wykazała różnicy w czasie podjazdu pod Jaworzynę.
Po zjeździe z Jaworzyny przekonałem się dlaczego trasa została skrócona. Pojawiło się błoto. O tej porze roku nie jest ono dla mnie już przeszkodą niestety pozbawia mnie siły wsysając w swoje czeluści. Niby jadę niby nie jest źle ale sil ubywa. Czułem się miejscami jak zawodnik na żużlu. Miałem wrażenie, że jadę bokiem
Na zjeździe do Krynicy niedaleko lodowiska dziewczę pyta mnie czy da się coś z tym zrobić. W pierwszej chwili wygląda, że spadł jej tylko łańcuch ale po chwili dociera do mnie, że to chyba złamany hak przerzutki. Radze jej spacer do mety.
Drugi bufet w tym roku dość szybko zregenerował moje siły i poczołgałem się w kierunku na Huzary Nie było co prawda źle, ale niestety znowu porażka. Rok temu spokojnie podjechałem na szczyt tym razem końcówkę podprowadzałem. Za to zjazd w kierunku Krynicy był moim małym sukcesem, bo w tym roku udało mi się go zjechać. W zeszłym zbiegałem go. Nie przeszkodził mi w tym nawet niezbyt miły okrzyk jednego z zawodników z giga, że jak mu nie ustąpię miejsca to we mnie wjedzie. Teraz żałuje, że nie sprawdziłem czy tak zrobi? Ciekawe kto ma lepszego prawnika ;)
Jadąc ciągle zastanawiałem się dlaczego mam ta mało kilometrów na Edgu . Pierwszy zjazd z Parkowej zbiegłem i ze zdziwieniem ale nie zaskoczeniem zacząłem wspinać się torem saneczkowym na powrót na Parkowa. Z początku jechałem, ale znowu pod wpływem tłumu spieszyłem się. Co prawda naprawie było tak ślisko, że nie dało się jechać ale chyba w przypadku większej determinacji dałbym radę. Drugi zjazd z Parkowej był do zjechania przeze mnie, ale wolałem nie ryzykować pamiętając, że na końcu jest osty zakręt w lewo. Od basenu do pijalni trasa dłużyła mi się niemiłosiernie i dopiero znajome schodki i wytaśmowany kawałek do mety przywróciły mnie do życia. Udało się dojechałem w całości bez przygód. Na trasie nie miałem żadnej gleby i przygód ze sprzętem. Byłem zmęczony ale nie zajechany.
Zacząłem żałować, że nie pojechałem giga. Pierwsza myśl by jechać giga była na Huzarach, gdzie trochę w żartach powiedziałem do ratowników, że odklejam naklejkę i jadę na giga.
Ze wstydu po przejechaniu mety odkleiłem niebieska naklejkę i szpanowałem z czerwoną. W tym czasie na mecie była tylko ścisła czołówka, nawet Lesław przyjechał po mnie.:)
Mój czas był tragiczny. Przejechałem 36kilometrów w czasie 3godzin 55 minut. Przewyższeń było1201metrów. Co ciekawe udało mi się uzyskać maksymalne tętno średnie 153 i max tętno maksymalne 175. Te liczby sugerowały by, że dałem z siebie wszystko ale wynik pozostanie wstydem.
Jechałem na bordowym Kellesie Magnusie w zielonym stroju B&K Herbapol rowerowanie.pl z numerem 4029. Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się wymienić parę słów na trasie. Przyjechałem w 2/3 stawki i fakt, że dość dużo jak sam zauważył włożyłem Staszkowi Piątkowi nie może być dla mnie pocieszeniem. Pozostało mocne postanowienie. W Głuszycy na giga się odkuję.
pozdrawiam
pocio
p.s.
Pragnę pogratulować zielonym: Rozie wspanialej walki i bardzo dobrego wyniku w K3, MiśQ rewelacyjnego występu na mega, wytrwałości Maciowi w walce z przeciwnościami i odwodnieniem oraz dobrego miejsca na giga, Kubakowi rewelacyjnego występu na giga ( i pomyśleć, że w zimie to ja Ciebie objeżdżałem jak chciałem) i przede wszystkim Lesławowi, który na mecie giga stwierdził, że nie wie co się stało z jego rywalami w kategorii. Dzięki temu zdziwieniu zajął pierwsze miejsce w M4.
Do gratulacji dołączę Wacka Szwarca pierwszy na mega i Prixa 3 na mega w mojej kategorii.
Do zobaczenia w Głuszycy i oby nam noga podawała.