Złoty "Błotny" Stok

Dodane przez Łukasz Łakomski 'spinoza' dnia 15 lipca 2009 08:59:08


Dość przewrotny tytuł został wymyślony na naszym forum ale i cały maraton okazał się dla nas pełen niespodzianek. Jeszcze przy samochodzie gdzie przygotowujemy się z Mjn, Andym i Szbiker’em do startu dostajemy informację że ekipa Lesława złapała kapcia. Jakoś to do mnie nie dotarło na początku, pomyślałem zmienią "dętkę" i dojadą. Dopiero Pocio tuż po starcie uświadamia mnie że zostało nas na Giga tylko trzech bo reszta drużyny nie zdążyła dojechać. Nie mamy rezerwy, wszyscy muszą ukończyć jeśli chcemy przywieźć punkty.

Ruszam dość żwawo do przodu, ponieważ startowałem raczej z końca staram się małym kosztem wyprzedzić jak najwięcej zawodników. Zaczyna się długi podjazd, pierwsza weryfikacja mojej dyspozycji na tym maratonie. Nie jest źle, noga nawet podaje i co chwila przechodzę po kilku zawodników. Zaczynam poznawać znajome twarze i sylwetki. Odrobiłem trochę strat ze startu ale pracować trzeba dalej. Równe mocne tempo, z minuty na minutę przynosi efekty, przesuwam się w stawce i pilnuję żeby nie przekraczać "magicznej" strefy na pulsometrze. W końcu szacuję że na trasie spędzę 5-5,5 h więc nie można przeginać na początku. Pierwszy szybki szutrowy zjazd i pierwsi pechowcy na poboczu zmieniający dętki. Jest i Miki któremu nie udał się eksperyment pt." 2.0 bar dla Pythona z tyłu".
Zapatrzony w tylne koło zawodnika zjeżdżającego przede mną nie zauważam strzałek w lewo i centralnie zagradzającej taśmy na ziemi. Obaj wylatujemy za trasę i zaczynamy hamować dopiero po interwencji ustnej jednego z pechowców stojącego na poboczu. Kurcze jak mogłem zignorować tak wielką taśmę, z lekkim niedowierzaniem robię odwrót i zaczynam się gramolić pod nowy podjazd. Zawodnik który jechał z przodu pojechał jeszcze dalej i teraz on jest za mną. Dojechało też kilku wcześniej wyprzedzonych bikerów ale nie daję się wyprzedzić i szybko robię bezpieczną przewagę. Początek tegorocznej trasy jest bardzo podobny do tej z przed dwóch lat. Z zadowoleniem stwierdzam że w tym roku jedzie mi się dużo lepiej na podjazdach. Kiedyś wydawały się znacznie dłuższe, ale po tegorocznej Szczawnicy ciężko będzie znaleźć coś porównywalnego. Znajomy single track zaczyna szybko opadać w dół, pierwsza techniczna sekcja, dość błotnista i śliska. Poprzednio pamiętam że było sucho a i tak ciężko było tam wyhamować. Teraz nie jest wcale łatwo a slalom miedzy sprowadzającymi zawodnikami nie może zakończyć się sukcesem. W krytycznych momentach zmuszony jestem ratować się podpórką i ześlizgami na ramie . Pewnym zaskoczeniem są ostre wystające z ziemi kamienie między którymi trzeba dość mocno pracować, "oby nie za mocno" przeleciało mi w pewnej chwili przez myśl. Bez większych problemów udaje się zyskać kilka pozycji i odskoczyć już na mniej technicznym odcinku.

Mija pierwsza godzina, czas coś wrzucić na ruszt. Teren o dziwo dość mocno się wypłaszcza, wpadamy na jakieś pola, przelatuję przez duże gruzowisko (widać nie tylko w Krakowie można). Znowu jakiś niepokój wewnętrzny, coś mi mówi "uważaj bo tu łatwo o gumę". Na szczęście nic się nie dzieję i jadę dalej. Płaskie odcinki kończą się wraz z wjazdem do lasu. Nie pamiętam z tamtego fragmentu za dużo, punkt pomiaru czasu a chwilę później mega błotnistą kałużę. To taka z typu że wszystko zaczyna chrzęścić po wyjechaniu z niej. Zaczynam się zastanawiać po co w nią wjechałem, przecież można było ją jakoś ominąć, a teraz trochę potrwa zanim rower się wyczyści. Nie mam zbyt dużo czasu na rozważania bo zaczyna się podjazd a tu coś rower zaczyna dziwnie jechać. A jednak guma, ... w najmniej odpowiednim momencie. Nie dość że organizm mocno rozhulany na podjeździe to jeszcze rower niesamowicie brudny po tej kałuży. Staję gdzieś z boku, zaczynam ściągać tylne koło, wszystko oblepione tak że nie wiadomo za co chwycić. Przez pierwszą chwilę mam problem ze znalezieniem miejsca gdzie kończy się opona a zaczyna obręcz. Po chwili szamotaniny udaje się w końcu ściągnąć połowę opony. Zaczynam się zastanawiać nad przyczyną defektu. Na pewno nie dobicie, a na szukanie jakiegoś wbitego kolca nie mam najmniejszych szans. Decyduję się założyć zapas i zobaczyć co się stanie. Małe problemy z odkręceniem docisku wentyla by po chwili zacząć uzupełnianie brakującego ciśnienia. Kątem oka widzę mijających mnie zawodników, jestem gdzieś w połowie pompowania kiedy mija mnie Mjn. "Kilka minut straty powinienem to odrobić" - przelatuje mi w myślach. Wsiadam na rower i zaczynam gramolić się pod ten podjazd. Wystudzone mięśnie niezbyt są skore do współpracy. Na domiar złego robi się coraz bardziej stromo i błotniście. Niezbyt dobry fragment żeby się z powrotem rozruszać. Końcówkę podbiegam ale nie czuje się zbyt dobrze. Rzut oka na zegarek, minęła druga godzina wyścigu nie licząc postoju, powinienem już dawno coś zjeść. Decyduję się na krótki postój i szybko zjadam batona. Po paru minutach czuję że wracam do gry, powoli zaczynam odrabiać straty.

W kolarstwie górskim bardzo ważny jest "tlen". Szczególnie istotnym jest żeby nie brakowało go w płucach , amortyzatorze i ogumieniu. O ile pierwsze dwa warunki były spełnione o tyle zatrzymanie go na dłużej w dętkach nie wychodziło tym razem za dobrze. Na jednym ze zjazdów słyszę znienawidzone ... psssss ... i zmuszony jestem do wymiany kolejnej dętki. Byłem prawie pewien że druga guma jest z dobicia. Zwaliłem to na karb zbyt niskiego ciśnienia uzyskanego zbyt małą pompką. W przekonaniu utwierdził mnie wgniot na obręczy. No tak, tani Mavic gnie się jak plastelina ale co on robi w moim rowerze startowym ?? Dochodzi do mnie myśl że ciągle jeżdżę na kole od zimówki i nie miałem jeszcze czasu przepleść koła właściwego. Zabieram się do zmiany. Teraz idzie dużo szybciej, rower na zjazdach wyczyścił się z błota a i polanka na której się zatrzymałem jest lepiej doświetlona. Ostanie oględziny czy aby przypadkiem dętka gdzieś nie wystaje, już mam zakładać koło gdy wzrok mój przykuwa poprzeczne rozcięcie na bocznej ściance oponki przez które nieśmiało wygląda nowo założona rezerwa. Wszystko powoli staje się jasne oto przyczyna obu gum. Musiałem rozciąć oponę gdzieś na pierwszych sekcjach z ostrymi kamieniami. Chwila zastanowienia i już spuszczam pieczołowicie nabite powietrze. Postanawiam skleić oponę łatkami. Idzie całkiem sprawnie. Ostatnio kleiłem Pythona więc z Rocket Ronem też powinienem sobie poradzić. Przecierka papierem ściernym … kurcze ależ to ma delikatny oplot trzeba uważać żeby jeszcze większej dziury nie zrobić. Podczas rozprowadzania kleju mija mnie Pocio. Krzyczę za nim że rozciąłem oponę ale postaram się dojechać. Próba generalna, chce uzyskać ciśnienie które pozwoli mi w miarę komfortowo zjeżdżać ale nie mogę przegiąć bo klejenie może nie wytrzymać. Nie ma też gwarancji że rozcięcie się nie powiększy. Patrzę na licznik, prawie połowa dystansu, próbuję oszacować ile straciłem na wszystkie postoje i naprawy - nie mam zegarka tylko czas jazdy. Decyduję się ukończyć maraton ale w tempie wycieczkowym, zbytnio nie szarżując na zjazdach. Postanawiam odwiedzać też bufety, bo czuję, że może być krucho z jedzeniem. Za długo będę na trasie a cześć żeli i batonów zjadłem podczas napraw i dodatkowo część energii poszło na grzanie wystudzonego organizmu. Dotarło też do mnie że jestem już daleko z tyłu stawki - zaczynam spokojnie znowu wchodzić na właściwe obroty. Ale pusto, nikogo przede mną nie widać, jest mi zimno i nie jestem pewien klejonej opony. Może się wycofać ??
Jest i pierwszy bufet a na nim chyba z 15 bikerów. Nie wygląda jakby im się spieszyło. Szybkie uzupełnienie i już pociskam dość sztywnym asfaltem w górę. Próbuję oszacować na ile odjechał mi Pocio i czy mam szansę jeszcze z nim zawalczyć. Właściwie to nie pamiętam gdzie dokładnie był ten zjazd na którym przeżyłem chwile grozy. Z założenia miałem już jechać ostrożnie i asekuracyjnie żeby oszczędzać oponę. Na założeniach się skończyło, takich technicznych szybkich zjazdów nie sposób odpuścić. Dodatkowo mijam tutaj dwóch marudzących zawodników. Przy próbie minięcia trzeciego ten nagle zajeżdża mi drogę. W ostatniej chwili udaje się przelecieć obok niego jakoś bokiem. Nie długo cieszę się z jazdy gdy gruby konar blokuje mi tylne koło. Udaje się uratować przednim hamulcem przed kompletnym zmieleniem przerzutki. Szybkie oględziny i na szczęście wózek oraz hak wydają się być w miarę proste. Próbuję przerzucać - chodzi ale indeksacja przesunęła się jeden bieg do góry. Pewnie na skutek naciągnięcia linki. Olewam to i jadę dalej.
Znowu udało się rozkręcić i noga coraz fajniej zaczyna podawać. Mijam kolejne bufety i zawodników. Udaje się dojść Pocia i Bikeholika Borysa z którym w tym sezonie zdarzało się toczyć ciężkie boje. Zaczynam żałować że tak potoczył się dla mnie ten wyścig jednocześnie cały czas modlę się żeby opona wytrzymała. Teren wybitnie w tym nie pomaga, na całej trasie jest sporo ciężkich odcinków. Scenariusz ich pokonywania jest bardzo podobny, po wybronieniu się na śliskich korzeniach zazwyczaj ląduje się wprost na ostrych kamieniach. Wylajtowane opony tylko jęczą. Oj, ależ w tym roku Złoty Stok zaskoczył.

Na moim edge’u wyskakuje złowieszcze 66,6 km na liczniku 5h jazdy + z godzina stracona na naprawy. Zaczyna się zjazd. Z profilu pamiętam że do mety to już właściwie cały czas w dół przez około 11 km. Nagle psss … nie…, własnym uszom nie wierzę, to nie może się tak skończyć. A jednak, staję i oglądam oponę. Rozdarcie znacznie się poszerzyło, łatka już nie daje rady. Szybka kalkulacja, nie mam już rezerwowych dętek, a klejenie ponowne opony i dętki to już ładna chwila zabawy. Do końca około 1,5h szybkiego marszu. Decyduję się podawać dalej z buta. Mam dość napraw serwisowych na trasie, nie chcę się znowu wyziębić. Co chwila mijają mnie wcześniej wyprzedzeni zawodnicy. Większość oferuje pomoc ale nikt przecież nie wozi ze sobą zapasowej opony. Pomimo szybkiego marszu kilometry ubywają dość wolno. Długie szybkie szutrowe zjazdy, których pokonanie na rowerze zajmuje góra kilka minut ciągną się niemiłosiernie. Znudzony takim stanem rzeczy postanawiam biec, na ile buty i teren pozwolą. W głowie rodzi się szatański pomysł żeby dobiec przed Pociem który jeszcze mnie nie doszedł. Długie zjazdy przecinane są co jakiś czas krótkimi ściankami na które trzeba się wdrapać. To mój atut ucieczki przed kolegą klubowym. Słychać muzykę z mety i widać pierwsze zabudowania. Pomyślałem że może się uda wygrać cichy pojedynek o którym wiedziałem tylko ja. Jak to ktoś gdzieś ostatnio napisał „…na MTBMarathon jak słyszysz muzykę to do mety jeszcze pół godziny piekła…”. Tak jest i tym razem, nagle trasa robi zwrot o 180 stopni i dość stromymi podjazdami oddala się od miasta. Tym razem seria ścianek była mi bardzo na rękę, miałem nadzieję że im bardziej w górę tym moje szansę na ucieczkę rosną. Niestety zupełnie zabił mnie widok po wybiegnięciu na szczyt. Długie serpentyny w dół przez kamieniołom po twardym podłożu. Kurczę tutaj nie uda się uciec pomyślałem i wtedy właśnie minął mnie Pocio. Zostało samotne człapanie w dół. Dochodzę do miejsca „meta 300 metrów”. Słyszę z głośników że kończy się tombola zaraz będą losować X-boxa. Pojawia się nowy cel, może uda się zdążyć i mnie wylosują. Sprintem wpadam na metę i w momencie zapominam o tomboli widząc gromadkę Zielonych dopingujących mnie do skończenia tego maratonu. Maciu wymachuje pucharem (skąd on wziął puchar przeleciało mi przez myśl), reszta bije brawo , ktoś tam piątkę przybija – pojawia się jakiś fotograf i jeszcze kilku znajomych, pytają co się stało że kończę po 8h na piechotę.

Koniec, żyję i jestem cały, chociaż wymęczone stopy od sztywnych butów zwiastują niezłą jazdę na drugi dzień. Obiecuję sobie że to już ostatni raz biegam tyle na maratonie. Ileż można, w zeszłym sezonie pamiętna Istebna. Za Stożkiem większość zjazdów z buta bo skończyły się klocki. Teraz Złoty Stok i pewnie nie raz coś się jeszcze wydarzy. Jak wtedy zareaguję ???,... teraz już nie jestem na 100 % pewny :).

Szczególne wyrazy uznania należą się „ekipie Lesława” która uporawszy się z gumą w samochodzie uderzyła na mega gromiąc konkurencję w M1 i M4. M1 dla Macia okupione było zmieleniem tylniej przerzutki i hattrick’iem polegającym na wymianie całego osprzętu z ramy boblight’a ;). Mnie pozostał duży niedosyt, i chęć odwetu w Krynicy. Jak już wiadomo Krynica mi też nie poszła zatem w kolejce czeka Głuszyca. To właśnie tam 2 lata temu myląc się na rozjeździe zacząłem moją przygodę z dystansem Giga.