Z wizytą u Łemków.

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 28 lipca 2009 17:26:41


Zapowiadał się szybki i łatwy maraton. Dystans Giga tylko 52 km, z informacji na forum wyłaniała się asfaltowo-szutrowa wizja maratonu z krótkimi terenowymi epizodami. Phi – co to dla mnie. Myknę nawet nie będę wiedział kiedy.

Po 2 tygodniach upałów i kanikuły, jak przystało na cyklokarpaty pogoda postanowiła podtrzymać tradycję i już w piątek zachmurzyło się oraz znacznie ochłodziło. W sobotę lało już na całego, a żeby nie było wątpliwości poprawiło rano w niedzielę kilka godzin przed startem. Oczywiście jak zwykle problem z oponami. Za dużo ich mam, trzeba będzie zostać przy jednym komplecie i nie będzie problemu. A tak to – Pythony szybkie i odporne na przebicie ale bywają niebezpieczne na błotnistych i miękkich zjazdach. Bulldogi - pancerne i pozwalające nie martwić się o przebicie ale ciężko jadą po asfalcie, a w błocie jakoś też nie spisują się tak rewelacyjnie chociaż lepiej niż te pierwsze.
Trzeci komplet to Speed Kingi – lekkie i szybkie oponki ale bardzo delikatne. Jak sama nazwa wskazuje dobrze się toczą, w błocie zachowuję się rewelacyjnie lecz cały czas nie pozwalają zapomnieć o niebezpieczeństwie kapcia. Wobec informacji jakie zebrałem należało domniemywać, że te pierwsze będą najbardziej optymalne co też stało się faktem. Inna sprawa, ze miałem je już na kołach o nie chciało mi się za bardzo przekładać.

Tak więc będąc gotowy pojawiłem się w deszczowy, niedzielny poranek w Gorlicach. Sporo wiary, chyba rekordowa frekwencja ( ponad 300 osób). Pojawiło się sporo znajomych – Maciu, Buli, Pit. Start nastąpił o 11 – najpierw rundka honorowa po mieście czyli powtórka z Sanoka, bezwładny przejazd kupą przez miasto, okrążenie rynku gdzie głowa peletonu zostaje zastopowana przez jego ogon, chwila szamotaniny i dopiero po chwili ogień !

Czołówka peletonu jedzie szybko ale nie na tyle aby zaczęło się od samego startu coś rwać.
Początek faktycznie po asfalcie, kilka górek gdzie udaje mi się jednak utrzymać kontakt z czołówką. Dopiero po wjechaniu na gruntową drogę trochę zwalniam i widzę jak czub zaczyna znikać za wzniesieniem. Kilkanaście metrów z przodu Maciu, po chwili wyprzedza mnie Buli. Ciągnie nie za szybko ale bardzo równo do góry. Tuż przede mną Mariusz Sychowski z mojej kategorii. W drugiej części sezonu złapał formę i czuję, że dzisiaj również mnie objedzie..

Docieramy do lasu i teraz fragment grzbietem. Kałuże, koleiny, zarośla, bardzo nieprzyjemna część trasy. Maciu tuż przede mną, Mariusz też w zasięgu wzroku. Buli jak można było się domyślać już zniknął w oddali. Po pokonaniu błotnistej drogi wyskakujemy na łąkę. Tutaj wyprzedzam Macia i szybko pokonuję kamienisty zjazd. Dobrze, że mam Pythony, jadę szybko i ryzykownie ale czuję się bezpiecznie. Ta taktyka opłaca się gdyż dochodzę Mariusza i nadal mam szansę powalczyć. Jednak już kolejny fragment działa na moją niekorzyść. Błotnista i rozmiękła droga wznosi się ostro do góry. Nachylenie nie jest jedynym problemem. Opony buksują i nie pozwalają na swobodną jazdę. Trzeba delikatnie naciskać i kontrolować zachowanie się tylnego koła. Tutaj wyprzedza mnie Maciu, a Mariusza odjeżdża do przodu. Tracę na tyle, że już nie dostrzegę go na trasie.

Gdy tylko nawierzchnia się poprawia próbuję podciągnąć lecz zaczynam odczuwać trudy mocnego początku i nie jestem w stanie wykrzesać więcej sił. Z doświadczenia wiem, że to ten moment gdy wchodzę w swój rytm. Raczej trzeba się tego trzymać. Dziesiątki przejechanych maratonów potwierdziły, że ta taktyka sprawdza się. Nie pojadę szybciej niż mogę, a równa i średnio mocna jazda dobrze sprawdza się na długich trasach. W międzyczasie kilka razy niebo zsyła nam deszczyk dla ochłody. Temperatura do jazdy optymalna i w zasadzie można powiedzieć, że przyjemnie się jedzie.

Tymczasem zbliża się punkt kulminacyjny trasy. Przeskakujemy przez drogę na przeł. Małastowskiej i przed nami najdłuższy podjazd na tym maratonie. To wprawdzie tylko Beskid Niski, a szczyt Magury Małastowskiej wznosi się niewiele ponad 800 m.n.p.m lecz podjazd jest dosyć długi, do tego stromy i kamienisty. W moim przypadku dochodzą jeszcze kłopoty z napędem. Po raz pierwszy od kiedy założyłem XTR-a mam takie problemy. Widocznie swoje już go przytyrałem, a i dzisiejsze warunki nie należą do łatwych. Cały napęd oblepiony błotem tworzy jednolitą, brązową bryłę. Chwilami jadąc, chwilami prowadząc mozolnie wspinam się do góry. Dochodzi mnie Kuba Gryzło i Wojtek Wantuch z Jasła. Do tego jeszcze 2 bikerów, których nie znam. Zaczyna się robić wesoło bo wyzwala się w nas rywalizacja.

Tempo zdecydowanie wzrasta, puls skacze w górę i zaczyna się prawdziwe ściganie. Co chwile przetasowujemy się na trasie. Po pokonaniu Magury coś na deser. Bardzo stromy i kamienisty zjazd. Jest mokro i niebezpiecznie, trzeba sporo odwagi i umiejętności aby go sprawnie pokonać. Przydaje się również odrobina rozwagi. Jadę jako ostatni w grupie i nie czuję się komfortowo gdyż lubię widzieć trasę kilkanaście metrów do przodu. Pomimo tego udaje się sprawnie pokonać tą przeszkodę. Na takich zjazdach gdy opony „czują” twarde podłoże jedzie mi się dobrze i radzę sobie całkiem nieźle. Udaje się nawet wyprzedzić 2 rywali i siedzę już na kole Kubie, który przewodzi grupie. Bardziej płaski fragment pokonujemy lotem błyskawicy i kolejny zjazd. Tym razem to wąski singletrack z biegnącymi wzdłuż koleinami. Kuba jedzie bardzo szybko, pokonuje kolejne stromizny i zakręty, próbuję dotrzymać mu kroku lecz czuję, że przeszarżowałem.

Delikatnie operuję klamkami hamulcowymi i próbuję opanować sytuację. Już wiem, że jadę zbyt szybko, podłoże jest miękkie i gliniaste, o mocnym hamowaniu nie ma co myśleć, wpadnięcie w koleinę gwarantuje wywrotkę. Coraz szybciej pokonuję kolejne meandry ścieżki jednocześnie walcząc o wytracenie prędkości. Na prostych fragmentach delikatnie hamuję czując poślizgi tylnego koła. Tak to chwilę trwa aż w końcu przednie koło ląduje w jakiejś dziurze, rower kładzie się na boku, a ja ląduję w krzakach.

Reszta grupki przejeżdża obok upewniając się czy wszystko w porządku. Wsiadam na rower i już bardziej asekuracyjnie jadę nadal w dół. Po chwili w krzakach ląduje Wojtek Wantuch , a po kolejnej chwili biker jadący tuż przede mną kładzie się w poprzek ścieżki. Mocne hamowanie i zatrzymuję się na jego przednim kole. Z tyłu słyszę okrzyk rozpaczy – UCIEKAJCIE NIE MAM HAMULCÓW!!

Robię kilka kroków do przodu i już słyszę łomot lecącego z góry roweru, a po sekundzie ostry ból w łydce gdy blat Wojtka atakuje mnie swoimi zębami.

Jakoś zbieramy się wszyscy i gonimy Kubę. Wyskakujemy na łąkę i widzę go jakieś 100 metrów z przodu. Tutaj małe kłopoty orientacyjne ale pomaga GPS z trackiem trasy, którą organizatorzy udostępnili przed startem. Znów jedziemy razem, ostro pracujemy, na płaskim fragmencie udaje mi się wyjść na przód i mocno kręcąc usiłuję uciec towarzystwu. Zaczyna się dojazdówka do mety. Pojawiają się ludzie z mega. Dosyć sprawnie udaje mi się wyprzedzić kilka osób. Wyskakuję na kamienistej drodze gdzie mocno dokręcając wyprzedzam kolejne kilka osób z mega. Jadę już na całego. Rower trzęsie i podskakuje na kamieniach, przez głowę przeskakują myśli o „snejku”, ale przecież nie mam nic do stracenia. Jeszcze tylko przeprawa przez chyboczący się mostek i już wylatuję na ostatni podjazd.

Meta ! Pierwsza myśl. Dojechałem, lekko nie było ale jakoś strasznie zajechany nie jestem. Jak dla mnie trochę za krótko. Wynik raczej nie za specjalny. Forma z wiosny już odeszła i nie jest źle ale zauważalnie gorzej. Rywale się wzmocnili i różnica zaczyna się robić spora.

Gdyby tak jeszcze 20 km i kilka takich zjazdów jak ten z Magury to była by szansa odrobić kilka minut. Do Mariusza straciłem 7 minut. Dużo i mało. W zasadzie jeszcze wszystko może się zdarzyć ale łatwo nie będzie bo noga mu się bardzo ładnie kręci.
Co do opon to raczej dobrze wybrałem. Straciłem na błotnistym podjeździe i gliniastym singletracku jednak pozostała część trasy była wręcz stworzona pod Pythony. No może teraz wybrał bym Speed Kingi, musiał bym w dwóch miejscach zwolnić na zjeździe ale było by bezpieczniej, a lepsza trakcja zapewniła by mi większą prędkość w kilku miejscach.

Podsumowując – bardzo ciekawy maraton chociaż nie obeszło się bez wpadek. Pierwsza z nich to średnie, że tak ujmę oznaczenie trasy. Czołówka pobłądziła i nadrobiła kilka km.
Druga sprawa to posiłek regeneracyjny bez wkładki mięsnej. Jednak mnie osobiście wegetariańskie dania nie bardzo odpowiadają. Przeciąganie dekoracji to już tradycja i zastanawiam się kto w końcu zdecyduje się na usprawnienie tej całej zabawy.
Poza tym całkiem spoko. To pierwszy maraton w Gorlicach i oby zebrane przez orgów doświadczenie zaprocentowało w przyszłości.

Bo liczę na to, że to nie ostatni maraton w w tym mieście.

Strona organizatora - www.cyklokarpaty.pl
Wyniki zielonych - Nasze wyniki
Tracki trasy - http://rowerowanie.pl/gps.php?trackid=116
Galeria - niebawem :)