Tropami Żbików - po raz trzeci.

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 05 sierpnia 2009 12:01:12



Zła passa została złamana. Złamana tam gdzie miewała swoje apogeum. Bo w Komańczy pogoda zawsze stawiała trudne warunki. Zawsze było ciężko - mokro, deszczowo, zimno i błotniście. Cyklokarpaty i Komańcza pomału stawały się synonimami złej pogody, trudnych maratonów, startych klocków i wysoko ustawionej poprzeczki dla bikerów. Tym razem było jednak inaczej.

Tym razem Komańcza przywitała nas słońcem i wysoką temperaturą. Nie padało od tygodnia wobec czego można było spodziewać się suchej i komfortowej trasy. Dodatkowo według zapewnień organizatorów trasa po raz kolejny została zmieniona w celu uniknięcie błotnistych fragmentów. Zapowiadało się bardzo przyjemnie.

Dla mnie osobiście Komańcza była już ósmym startem w Cyklokarpatach. Do tej pory zaliczyłem wszystkie edycje, wszystkie giga i właśnie tutaj miałem jechać sobie na luzie dla odmiany trasę mega. Jednak największa atrakcja jakim niewątpliwie na tym maratonie był wjazd na Chryszczatą znajdowała się tylko na trasie giga. Byłem niezdecydowany, stałem chwilę przed biurem zawodów i dumałem co robić. Bo z jednej strony chciałem sobie przejechać na lajcie ten maraton, wjechać wcześniej na metę, poobserwować finiszującą czołówkę giga i zwyczajnie jechać wcześniej do domu. Na walkę jakoś specjalnie się nie nastawiałem bo starty do generalki mam już pozaliczane i właśnie teraz można sobie było trochę poluzować uzdy. Z drugiej strony Chryszczata jednak kusiła. Dla niezorientowanych to zalesiona góra w zachodniej części Bieszczadów. Porośnięta gęstymi i pięknymi lasami od dawna była moją rowerową Mekką, którą odwiedzałem zawsze gdy byłem w pobliżu. Pamiętam sprzed kilku lat. Był koniec września, właśnie zaczynało się rykowisko, wiał wiatr, na niebie żadnej chmurki, a rano znad gór unosiły się gęste mgły. Na drzewach można było zauważyć już czerwono-żółte barwy, a droga z Rabego na przeł. Żebrak była przesiąknięta wilgocią i intensywnym zapachem lasu. Na szczycie wiatr przybrał monstrualnej siły,a szum lasu stał się tak przejmujący, że aż ciarki przechodziły po grzebiecie. Było wspaniale, mogłem tam siedzieć i siedzieć...bez końca.

Czy tym razem więc odpuścić sobie tą górkę? Gdy tak stałem i myślałem nadeszli chłopaki z Bike Team Jedlicze i szybko rozwiali moje wątpliwości. W ten sposób lajciarski w zamyśle maraton stał się tym gdzie stoczyłem jedną z cięższych walk w tym roku.

Strat poszedł szybko, dosyć spory kawałek po asfalcie. Kilka niewielkich podjazdów rozciągnęło peleton i wjeżdżając na szutrową drogę nie groziły nam korki. Wśród łąk wznosiliśmy się wolno do góry. Pierwsze przetasowania, ktoś wyprzedza, kogoś wyprzedzają, trwało to chwilę i na górze stawka już się ustabilizowała tworząc między kolejnymi maratończykami kilka metrów odstępu. Po pokonaniu górki jedyny błotnisty fragment trasy. Przez około 2 km jedziemy górskim grzbietem porośniętym krzakami. Nawierzchnia miękka i błotnista, ze sporymi kałużami. Tutaj łapiemy w zasadzie jedyną porcję błota. Potem zjazd po łące i kolejna przeszkoda - tym razem rzeka. Pamiętam ją sprzed 2 lat, wtedy przejechałem chociaż po opadach była dużo większa. Tym razem spokojnie pokonuję ją przez mostek. W oddali dostrzegam Mariusza Sychowskiego, który jest moim konkurentem w kategorii. Nasza walka w tym roku bywała różna. Objechał mnie w Przemyślu na początek. Zrewanżowałem się w Sanoku i Nowym Żmigrodzie. Ja zrobiłem go w Szczawnicy, a on oddał mi w Wierchomli. Ostatnio jednak pojawiła się wyraźna tendencja i zacząłem coraz mocniej przegrywać. Studiując przed startem listę zgłoszonych zawodników wynikało, że razem będziemy rywalizować o trzecie miejsce w kat. M3. Nie czułem się na siłach więc z góry założyłem przegraną jednak teraz widząc go kilka metrów przed sobą uwierzyłem w siebie.

Tak sobie tłumaczyłem – skoro po dosyć długim i trudnym kondycyjnie podjeździe utrzymałem się tuż za nim to może jakoś poradzę na dalszej części trasy. Wiedziałem, że teraz czeka nas podjazd na przeł. Żebrak, a dalej na Chryszczatą. Już się zaczął, pojawiają się wspomniani wcześniej Łukasz, Sławek i Krzysiek z Jedlicza. Jakieś problemy techniczne, szybko sobie radzą i dojeżdżają po kilku minutach. Droga zaczyna mocno wznosić się do góry, Mariusz pomału zaczyna odjeżdżać i znikać za kolejnym zakrętami. Na przełęczy opuszczamy wygodną drogę i zagłębiamy się w las, aby już szklakiem turystycznym osiągnąć szczyt.

Znów z przodu prześwituje czerwona koszulka Mariusza i zaczynam się sprężać aby go dogonić. Trasa zaczyna mi sprzyjać gdyż lubię taką jazdę przez las gdy na drodze co chwilę stają krótkie lecz strome zjazdy i podjazdy. Do tego ścieżka mocno kluczy i straszy korzeniami i kamieniami. Coś mnie przetkało i łapię drugi oddech. Zaczyna mi się naprawdę dobrze jechać i mocno naciskam na Mariusza. Każdy kolejny zakręt i czerwona sylwetka staje się większa i wyraźniejsza. Na szczycie tym razem nie upajam się panującą tam atmosferą lecz szybko pomykam na dół. Zjazd, który teraz jadę jest wręcz genialny. Trudno to opisać, trzeba go przejechać, przeżyć. Jest tam wszystko co oczekujemy od gór. Jest szybko i wygodnie, jest wolno i technicznie, są zakręty i są proste kawałki, zdarzają się zdradliwe korzenie,a niekiedy trzeba mocno się gimnastykować aby wyrobić kierownicą między drzewami. Lubię takie odcinki, pokonuję je dosyć sprawnie i szybko pojawiają się efekty takiej jazdy. Mijam jakiegoś rywala i siadam na kole Mariuszowi. Ostatni fragment zjazdu z Chryszczatej wiedzie po łące pełnej muld i czających się na chwilę nieuwagi garbów. Docieramy do asfaltu gdzie uzupełniamy na bufecie zapasy płynów i szybko pokonujemy kolejne kilometry. Znów pojawiają się chłopaki z Jedlicza, Sławek narzuca mocne tempo, Łukasz zaczyna robić bokami i pomału zostaje w tyle.

Mariusz znów na co bardziej stromych podjazdach zaczyny się urywać i znikać za zakrętami. Jest ciężko, mocne tempo z początku i ciągła pogoń za rywalem zaczyna wchodzić mi w nogi. To nie kryzys ale czuję wyraźnie, że organizm zaczyna się buntować. Minęła już 2 godzina jazdy, a ja wyraźnie słabnę, jeszcze resztką sił dokręcam na co bardziej płaskich fragmentach i odrabiam straty. Sławek też słabnie, zostaje z tyłu, a do mety o 12 km. Ten fragment był zapowiadany przez organizatorów. Nie wszyscy wiedzieli o co chodzi i było trochę zamieszania. Otóż po przejechaniu 45 km wpadamy na metę i po przejechaniu jej robimy dodatkową 12 kilometrową pętlę wokół Komańczy. Nie wszyscy wiedzieli o co chodzi, zwłaszcza w błąd wprowadzało przejechanie mety ale trzeba przyznać, że prowadzący imprezę informował głośno o tym fakcie. Przynajmniej ja słyszałem, że po przejechaniu mety czeka nas jeszcze pętla na dobicie. Według organizatora miała być piękna widokowo lecz bardzo trudna kondycyjnie.

I rzeczywiście taka była. Poprowadzona po okolicznych wzgórzach oferowała kilka stromych podejść, asfaltową ściankę oraz mordercze podjazdy po trawie gdzie wystawieni na promienie słońca mozolnie zdobywaliśmy metr po metrze. Zaczynam już poważnie opadać z sił. Od dawna nie mam wody. Zatankowałem na ostatnim bufecie lecz cała woda wyciekła przez dziurę w bidonie jaka powstała po uderzeniu kamieniem na którymś ze zjazdów. Szybko wyczaiłem, że coś nie tak jest z tym piciem. Jakoś za prędko go ubywało, poza tym czułem na nogach krople wody. Gdy zorientowałem się co jest grane ¾ bidony zmieszało się już z bieszczadzkim kurzem, a ja oblizuję teraz spierzchnięta usta i kątem oczu widzę kropelki potu na czubku nosa.
Gdzieś na kolejnym zakrętem znów pojawia się Mariusz. Czyżby i on opadł z sił ? Może to moja szansa. Tymczasem śmiga koło mnie Magda Balana co nie ukrywam zaskakuje mnie mocno. Urażona męska ambicja uwalnia ze mnie resztki energii i zbieram się na ostatni zryw na tym wyścigu.

Jestem coraz bliżej, już dosłownie kilkanaście metrów, sporo zyskuje na kilku podejściach, dzieli nas zaledwie kawałek. Jadę już na oparach, ostatnie zjazdy pokonuję już dosyć ryzykownie, zmęczenie daje znać i kontrola nad rowerem zaczyna szwankować. Pierwsza gleba pojawia się znienacka, błąd techniczny i lecę już ponad kierownicą w las. Kurcze – tego mogę już nie odrobić !
Podrywam się błyskawicznie i daję na całego. Znów błąd tym razem za szybko wchodzę w zakręt i chociaż utrzymuję się na rowerze to wpadam w wysoką trawę. Prędkość spada prawie do zera, łańcuch na blacie, chwilę trwa zanim wygramoliłem się z tej pułapki. To kolejne sekundy starty. Meta już tuż tuż - przegrałem ! Co z tego, że udaje mi się wyprzedzić jeszcze Kamila Palucha jeśli ten którego goniłem całą trasę wjeżdża przede mną. Przegrałem 3 miejsce o 70 sekund.
Porażka to czy sukces ? Przegrałem ale trend zaczyna się zmieniać. Mariusz odjeżdżał mi coraz mocniej. W Gorlicach trochę się zbliżyłem, tuaj było jeszcze lepiej. Jest szansa, że kolejny maraton będzie należał do mnie. W klasyfikacji generalnej jeszcze wszystko jest możliwe. Jedno jest pewne – do końca Cyklokarpat zostały dwa starty. Walka będzie trwała do ostatniego metra. Zapowiada się, że każda minuta będzie miała znaczenie. Pierwsze 2 miejsca są już rozdane ale do 3 jest kilku chętnych. Może i ja włączę się w tą walkę.

Strona organizatora - www.cyklokarpaty.pl
Track GPS - http://rowerowanie.pl/gps.php?trackid=117
Fot. - Grzegorz Prucnal
Wyniki zielonych(zielonego) - http://rowerowanie.pl/scores.php