Sport to zdrowie – czyli jak zaplanować niepowtarzalnego sylwestra.

Dodane przez 'pocio' dnia 07 stycznia 2010 17:21:35


miejsce wypadku
Kiedy w dniu 30 grudnia 2008 roku czołgałem się do pracy zgięty niczym „stary dziadek chory na korzonki” jeden z moich kolegów stwierdził z przekąsem: „Sport to zdrowie”. Wtedy wynikiem urazu była siłownia. W tym roku postanowiłem siłownie odpuścić by spędzić atrakcyjnie sylwestra.


W dniu 29 grudnia (wtorek) 2009 po godzinie 11,00 wybrałem się na przejażdżkę rowerem szosowym. W założeniu miał to być tlen na dystansie 50 km i około 2 godziny jazdy. Z racji pory dnia i roku wybór padł na trasę do Tyńca. Już na pierwszych fragmentach (dojazd do strefy technologicznej) zwróciłem uwagę na fragmenty lodu pozostałe na suchej drodze w miejscach kałuż.
Jazda przebiegała spokojnie bez większych stresów ale nie dawała osiągnąć zbyt wysokiej prędkości z racji "wmordewindu". W zasadzie bez większych przygód dotarłem do Mostu Dębnickiego i tradycyjnie skręciłem w prawo na kierunek ul. Włóczków by chodnikiem przejechać na drugą stronę Wisły. Na końcówce podjazdu znowu pojawił się lód. Nie przeszkodził mnie on za bardzo i skręciłem w prawo by jak najszybciej dotrzeć do mostu. Pierwsze obroty korbą na płaskim wzbudziły dodatkową moją czujność, że jest ślisko. Nie rozpędzałem się więc zbytnio i kontynuowałem jazdę. Idący z naprzeciwka człowiek zaczął głośno krzyczeć bym uważał bo jest bardzo ślisko. Odruchowo sięgnąłem do hamulców. Następnie rower gwałtownie przyspieszył, a ja wykonując piruet w lewo po uślizgu tylnego koła zaliczyłem szybkie spotkanie z matką ziemią lewym półdupkiem. W oczach idącego gościa widziałem przerażenie. Ja ze spokojem nie robiłem nic i czekałem na zatrzymanie się mojego ciała i roweru na asfalcie. Tyle razy upadałem już przy okazji nauki jazdy w spd’ach czy też na zjazdach więc i tym razem nie przeczuwałem zagrożenia.

W momencie przyziemienia poczułem ból (nie pierwszy raz i zapewne też nie ostatni). Odczekałem, aż zestaw się zatrzyma i postanowiłem szybko wstać by kontynuować jazdę dalej. Nagle mój organizm przeszył niewyobrażalny ból. Uświadomiłem sobie, że jest źle. Powoli dociera do mnie, że chyba coś sobie złamałem. Walcząc z bólem usiłuję wstać by usunąć się z chodnika i dotrzeć w bezpieczne miejsce gdzie mógłbym wezwać pomoc. Z pomocą przechodnia docieram do trawnika i układam się na prawym boku w pozycji help. Zauważam, że w rowerze nie kręcą się koła. Wyciągam telefon i wybieram numer 112. Po uzyskaniu połączenia podaję bardzo precyzyjnie moją lokalizację i krótki opis wypadku. Pani po przyjęciu zgłoszenia informuje mnie, że teraz połączy mnie z pogotowiem. Wywołuje to we mnie furię. Znowu będę musiał od nowa wszystko tłumaczyć, a ja leżę na ziemi i nic nie mogę zrobić. Rzucam jeszcze przed rozłączeniem by powiadomiła odpowiednie służby Policją lub Straż Miejską i zaciskając zęby czekam na zgłoszenie dyspozytora pogotowia. Powtarzam spokojnie co się stało oraz swoje dane potwierdzając numer telefonu do kontaktu. Po skończonej rozmowie wybieram numer do Lesława i proszę by podjechał i zaopiekował się rowerem.

Po około półgodzinie oczekiwania i telefonie z pogotowia pojawia się ambulans. Dokładnie pojawiają się ratownicy, a następnie dojeżdża karetka. Okazało się, że szukali mnie poziom niżej na ścieżce rowerowej. Wywiązuje się miła dyskusja, w czasie której ciągle zwracam im uwagę, by uważali na śliski chodnik. Pani ze zdziwieniem stwierdza, że jestem ubrany na cebulkę. Mierzy mnie ciśnienie i podaje morfinę. Następnie przymierzają się do podłożenia pode mnie deski ratowniczej. W międzyczasie dociera Lesław.
Przed położeniem na helpdesce muszą jeszcze pozbawić mnie camela. Jest to dość ciekawa zabawa tym trudniejsza, że znajdował się on pod kurtką. Po szczęśliwym zakończeniu tej operacji, oddaję plecak Lesławowi, proszę o wyłączenie GPS’a i zabranie go razem z rowerem.
Następnie ratownicy wraz z Lesławem zanoszą mnie na desce do karetki.
Odjeżdżamy do szpitala wojskowego. Jeżeli ktoś uważa, że stan krakowskich dróg jest idealny, to polecam mu wycieczkę po nich karetką z urazem. Jest pewne, że bezbłędnie zlokalizuje każdą nierówność.

Na izbie przyjęć zostaję częściowo rozebrany i jadę na prześwietlenie. Tam okazuje się, że mam złamanie i dodatkowo robią mnie zdjęcie klatki, przed którym muszę zdjąć pasek pulsometru. Wracam na izbę i tam jestem rozbierany dalej pod moim czujnym okiem, przy kategorycznym sprzeciwie by nie używać do tego celu nożyczek. Okazuje się, że zdjęcie ochraniaczy z butów; butów szosowych z szosowymi blokami; skarpety z windstoperem i zwykłej skarpety rowerowej dla przeciętnego Kowalskiego nie jest takie proste. Ale największy ubaw mam kiedy dochodzą do zdjęcia rowerowych spodni zimowych. Lojalnie uprzedzam, że pod tymi spodniami nic już nie mam. Budzi to najpierw irytację, potem niedowierzanie i niezrozumienie. W końcu przy mojej pomocy i wskazówkach udaje się zdjąć ostatni rowerowy ciuch . Ląduję na sali numer 14 oddziału urazowego. W końcu leżę na łóżku. W międzyczasie powiadomiłem rodzinę. Całe to zamieszanie trwało ponad 2 godziny. Wypadek miałem około 11,47 (tak wygląda z odczytu z gps), a już po 14,00 byłem na oddziale.

Rozmowa z lekarzem i pierwsza jego propozycja endoproteza. Przeżywam szok. Ja chcę jak najszybciej wrócić na rower, a tu co? Powoli zaczyna docierać do mnie, że zakończyłem już sezon 2010. Wcześnie.
W końcu lekarz postanawia założyć mnie wyciąg. Wtedy to on przeżywa szok nie mogąc przewiercić się przez moją kość. Czyli jest dobrze. Kości mam zdrowe.
W międzyczasie konsultuję się z Leszkiem, który półtora roku temu przechodził to samo.
Podpisuję zgodę na operację i z niepokojem czekam kiedy ona będzie. Przede mną noc w szpitalu. Jedyna pozycja którą mogę przyjąć to leżenie na wznak. Bolą mnie mięśnie, o których istnieniu właśnie się dowiedziałem.
Noc jakoś mija i na drugi dzień rozpaczliwie walczę w czasie wizyty lekarskiej, o jak najszybszą operację. Ostatecznie mam ją mieć w sylwestra. No cóż lepsze to niż czekanie do nowego roku.
Zamiast obiadu dostaję ekstra prezent - lewatywę. Muszę przyznać, że jest to niezłe przeżycie szczególnie, kiedy leży się na łóżku na basenie w ośmioosobowej sali..
Ostatkiem woli utrzymuję dobry humor przez całą noc.
Rano życie toczy się błyskawicznie. Wizyta i kiedy jeszcze dobrze nie zdążyłem po niej odsapnąć zabierają mnie na blok operacyjny. Wyłączam komórkę.

Bardzo sympatyczna rozmowa z pielęgniarką, która mnie przygotowuje do zabiegu. Jej okularów nie da się zapomnieć. Jestem ułożony na prawym boku i przywiązany. Urywa mi się film.
Kiedy dochodzę do siebie jestem na sali pooperacyjnej podpięty do monitora EKG z cyklicznym pomiarem ciśnienia, w nosie mam rurki z tlenem, a do rąk za pomocą igieł podpięte są kroplówki. Najbardziej traumatyczne jednak jest inne odczucie. Od pasa w dół nic nie mam? Nic nie czuję. Każdy, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Na szczęście po chwili czucie wraca. Powoli, bardzo powoli. Zaczyna przeszkadzać pikanie monitora i „okulary tlenowe”. W końcu udaje mi się wypertraktować wyłączenie dźwięku i zdjęcie „okularów”. Pielęgniarka, co prawda straszy, że będę się dusił, ale dzięki swojemu wytrenowaniu oddycha mi się dużo lepiej. Piję bardzo dużo. Pilnuje by codziennie wypijać całą butelkę 1,5 litra wody mineralnej niegazowanej. Zaczynam się czuć coraz lepiej. Oczywiście cały czas jestem „przymulony”.

Drugi dzień pobytu na sali pooperacyjnej jest zdecydowanie bardziej kryzysowy. W sobotę zmieniają opatrunek; zciągają dren i przenoszą na normalną salę.
Poprawia mi to zdecydowanie samopoczucie, a ponowna możliwość odwiedzin rodziny przywraca normalność. Czytam książkę by czas szybciej uciekał.
W niedzielę odwiedzają mnie MisQ i Maciu przynosząc banany i zbiór magazynów rowerowych.
W poniedziałek (4.01.2010) zaczynam naukę chodzenia o kulach i po raz pierwszy mogę załatwić potrzeby fizjologiczne w przeznaczonym do tego pomieszczeniu. Energia tak mnie rozpiera, że wybieram się na zwiedzanie oddziału na którym leżę. Skoro o kulach chodzą ludzie starzy, to ja młody wytrenowany powinienem sobie z tym spokojnie poradzić. Kiedy jestem dokładnie w najdalszym punkcie wycieczki słyszę pytanie: czy aby nie na zbyt długi spacer się wybrałem?
Po powrocie padam do łóżka i śpię po raz pierwszy od wypadku nieprzerwanie ponad 2 godziny. Ten krótki spacer kosztował mnie więcej sił niż mój rekordowy podjazd pod zoo w ubiegłym roku.

We wtorek wychodzę do domu i tym samym kończę pierwszy etap mojego leczenia. To stosunkowo szybko. Zaledwie tydzień po wypadku wracam do swojego ulubionego fotelu, do swojego łóżka.

Pragnę podziękować mojej żonie Agnieszce za opiekę; lekarzom i personelowi medycznemu Szpitala Wojskowego w Krakowie, oraz wszystkim koleżankom i kolegom z grupy rowerowanie.pl jak i nie zrzeszonym za zainteresowanie moim przypadkiem i miłe słowa na naszej stronie. Dziękuję również Grzegorzowi Golonce za osobiste porady i sympatyczny telefon. Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Wszystkie osoby starałem się wymienić na swoim blogu gdzie postaram się opisywać moje dalsze osiągnięcia z dziedziny rehabilitacji.

Pozdrawiam

pocio