Mój Transalp - czerwiec 2010
Dodane przez Andrzej Łopata 'Andy' dnia 13 lipca 2010 08:12:45
Pierwsze myśli o wyjeździe w Alpy miałem już w ubiegłym 2009 roku, kiedy w trakcie luźnych rozmów, Dziczek – zielony ekspert w eksplorowaniu różnych zakątków Europy zasiał we mnie ziarenko ciekawości jak to jest podjeżdżać alpejskimi trasami takimi jak np. Gross Glockner Hochalpen Strasse.
Kiedy na początku 2010 r. forumowicz Outsider zaproponował przejechanie trasy Transalpu (z austriackiego ST. Anton/Flirsch na znajdujące się we Włoszech jezioro Garda) uznałem ze jest to wystarczający impuls i okazja żeby swoją ciekawość zaspokoić.
Był styczeń, kilka m-cy do lata, a ja nie lubię planować takich wyjazdów z dużym wyprzedzeniem, bo w takich sytuacjach jakimś trafem, po drodze coś stanie na przeszkodzie w realizacji planów. Swoją decyzję jednak podjąłem i należało wszystko poukładać tak, aby w ostatniej dekadzie czerwca być gotowy na wyjazd.
…minęło kilka miesięcy, przyszedł czerwiec, nadeszła pora na mój Transalp.
Przed samą wyprawą pojawiły, się w głowie wątpliwości czy czerwiec nie jest za wczesną porą na wyjazd w wysokie Alpy, czy moje przygotowanie, a właściwie nieprzygotowanie kondycyjne pozwoli na kilkudniową wspinaczkę rowerową. …nie pozostało nic, tylko przekonać się na miejscu.
19 czerwiec 2010
We Flirsch, skąd wyruszamy w trasę, pojawiliśmy się około godz.11 i było jeszcze dużo czasu na to żeby pokonać jeden z zaplanowanych etapów. Chyba jednak nic z tego, pogoda okropna, pada deszcz, chmury zawieszone jakby na nitkach nad domami, my zmęczeni nocnym dojazdem. Robimy tylko samochodem krótki rekonesans po okolicy, a rozpoczęcie wyprawy odkładamy na następny dzień. Wspólnie z Outsiderem ustalamy, że jazdę rozpoczynamy bez względu na pogodę. Rozmowa z właścicielką kwatery nie jest dla nas budująca, bo prognozy na następne dwa dni zapowiadają deszcz, śnieg i niskie temperatury. No cóż, ubierzemy grubsze bluzy…
20 czerwca 2010 – dzień pierwszy – Flirsch –St.Anton – Verbellener Winterjochl- Galtur- Matron
Pobudka. Prognozy były precyzyjne, pada deszcz. Pakujemy plecaki i pojawia się dylemat co włożyć, żeby nie było za mało, a jednocześnie nie za ciężko. Najgorzej z ubraniami, bo w drugiej części wyprawy powinno być już ciepło, ale zimne pierwsze dni wysoko w górach trzeba jakoś przetrwać, żeby nie wychłodzić się zbytnio.
Wyjeżdżamy ok. 9 rano ( tak będzie codziennie, dziewiąta to umowna godzina wyjazdu), ciągle pada deszcz, najpierw mocno, później trochę słabiej. Po kilku kilometrach docieramy do St. Anton, kilka fotek i ruszamy dalej główna trasę wychodzącą z miasteczka. W trakcie tych pierwszych pokonanych kilometrów dowiedziałem się dwie rzeczy: plecak jest lekko przeładowany i trochę ciąży, a po drugie Outsider jest mocniejszy i będę musiał przyzwyczaić się do widoku jego pleców. Przejeżdżamy kilka serpentyn i wjeżdżamy w las, gdzie w dalszym ciągu droga pokryta jest asfaltem. Już zaczynam czuć klimat Alp, dookoła las, szumiący potok, a obok ogrom skał, które stanowią zaporę jakby nie do pokonania. Po za tym cisza i spokój, brak ludzi. Pasące się bydło jest przyjaźnie nastawione do nas, chociaż niektóre osobniki, chętnie sprawdziłby zawartość naszych plecaków. Kiedy kończy się las i asfalt, zaczynają się szutry i odsłonięta rozległa dolina, pokryta cienką warstwą śniegu. Z nieba zaczyna padać śnieg.
Po kilku kilometrach kończą się szutry, a my nie wiemy dokładnie, co dalej, bo znaki szlaku są przysypane śniegiem. Wiemy, że gdzieś w kierunku południowo-zachodnim 300 metrów wyżej znajduje się „gwóźdź programu” czyli przełęcz Verbellener Winterjochl i schronisko Heilbronner Hutte.
Mam niewyraźną minę, a na dodatek w międzyczasie zaliczam upadek boczny w lodowatą kałużę – to w wyniku problemów z pedałami spd, które nie chcą łatwo wypinać butów. Moje morale upada… Po kilkunastu minutach błądzenia udaje się natrafić na ślady, ale nie szlaku, tylko rowerów i butów – widocznie ktoś przed nami obrał taki sam cel podróży. Dzięki temu, zasypanym szlakiem pieszym powoli wspinamy się w górę. Dla mnie cholernie ciężko wpychać rower do góry z balastem na plecach, czasami zapadając się po kolana w śniegu. Kilkadziesiąt metrów przed sobą mam przed sobą Outsidera, który jest dla mnie wyznacznikiem gdzie powinienem się znaleźć. W końcu w oddali widzę schronisko, co wyraźnie poprawia moją motywację do szybszego prowadzenia roweru. Osiągamy Neue Heilbronner 2320 m n.p.m., ale o tej porze roku jest jeszcze zamknięte - otwierają 25 czerwca. Długo nie zamierzamy tam pozostawać, bo jest zimno, mocno wieje wiatr, pada lodowaty śnieg z deszczem. Teraz przed nami praktycznie cały czas zjazd, chociaż nie jest zbyt przyjemny, bo śniegiem sypie w oczy. Po drodze mijamy przełęcz Zeinisjoch i jezioro Kops Stausee. Przy dobrej pogodzie na pewno dobre miejsce na przystanek i zrobienie kilku zdjęć, ale tego dnia dookoła były tylko chmury, przez które nie wiele dało się zobaczyć. Ok. 16.30 docieramy do miasteczka Galtur. Na ulicach prawie pusto, kilka samochodów, kilka osób. To miejsce wygląda tak, jakby dopiero skończył się sezon, wszyscy goście wyjechali przed południem. Dla nas najwyższa pora, żeby coś zjeść. Nasze ubrania są mokre, ale w restauracji nie widzą problemu, dostajemy coś na krzesło i możemy usiąść na czymś szerszym niż sidełko roweru. Gorąca czekolada już dawno tak nie smakowała, a jedząc obiad miałem wrażenie jakbym był po kilku dniach głodówki.
Po godzinnej przerwie wsiadamy na rowery i jedziemy do Mathon czyli miejsca naszego noclegu. Jest z góry, więc w 15 minut jesteśmy na miejscu.
Dzień pierwszy okazał się ciężki, przede wszystkim ze względu na warunki pogodowe. W moim przypadku pozwolił na zahartowanie się w boju, rozruszanie zastanych mięśni ( przed wyjazdem miałem mało czasu na jazdę na rowerze) i nabrania szacunku do siły natury i potęgi Alp.
21 czerwca - dzień drugi – Mathon –Ischgl- Gampenalpe- schronisko Heidel berger Hutte-Gampenalpe Zeblasjoch-Samnaun-Martina- Ramosch.
Bogaci w doświadczenia z poprzedniego dnia wyruszamy w kolejny etap naszej wyprawy. Pogoda na pierwszy rzut oka niewiele lepsza niż dzień wcześniej, ale okazuje się że deszcz jest tylko mżawką i nie pada śnieg. Zobaczymy jednak, co będzie na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Na ten dzień najwyższe miejsce do pokonania to przełęcz Fimberpass na wysokości 2608 m. Spodziewamy się jednak, że może to być przeszkoda nie do pokonania przy tych warunkach pogodowych, więc na wszelki wypadek przygotowaliśmy objazd.
Z Mathon dojeżdżamy do Ischgl, gdzie w miejscowym sklepie uzupełniamy nasze bidony i kupujemy coś słodkiego na trasę. Z Ischgl poprzez BodenAlpe aż do GampenAlpe prowadzi asfalt. Trasa cały czas osłonięta lasem, początkowo bardzo ostro do góry, chyba za chwilę zabraknie mi przełożenia żeby to podjechać. Później podjazd trochę łagodniejszy, a ja z minuty na minutę wkręcam się w rytm jazdy. Za Gampenalpe kończy się asfalt, zaczynają się co raz bardziej ciekawe widoki, pomimo wszechogarniających chmur. Muszę przyznać, że jedzie mi się całkiem przyjemnie. Taka sielanka trwa aż do do Heildelberger Hutte czyli do wysokości 2260 m n.p.m. Tutaj powinno się zacząć nasze podejście do przełęczy Fimberpass. Chyba jednak się nie zdecydujemy. Nie ma szans na odnalezienie szlaku pieszego, zbyt dużo śniegu. Na Heilderbeger spotykamy ludzi, chyba przygotowujących schronisko do nowego sezonu - na razie pakują na ciężarówkę puste kegi. My robimy odwrót i zjeżdżamy kilka kilometrów do Gampenalpe żeby przekonać się czy przygotowana przez nas alternatywna trasa będzie do pokonania. Początkowo nie możemy natrafić na szlak więc podchodzimy stokiem narciarskim. W butach robi się mokro od wody, dookoła słychać, a nawet widać świstaki, a my wspinamy się co raz wyżej i co raz bardziej zanarzumy się w scenerię zimową. Mijamy ostatnie budynki obsługujące stację narciarską w tym miejscu i trafiamy jakby na wyraźniejszy ślad, który ma nas doprowadzić do przełęczy Zeblasjoch. Od czasu do czasu odnajdujemy czerwone oznaczenia na skałach, ale trudno nabrać przekonania, że ta ścieżka doprowadzi na do celu. Dla pewności sprawdzamy mapę i wydaje się, że nie ma alternatywy. Minęło trochę czasu, zrobiliśmy kilka małych postojów, ale w końcu osiągnęliśmy Zeblasjoch na wysokości 2539 m n.p.m., a tym samym granicę austriacko-szwajcarską. Po drugiej stronie widać dolinę, a także wijącą się, miejscami zasypaną śniegiem szutrówkę. Jest dobrze, nie trzeba będzie sprowadzać. Zjeżdżamy do miejscowości Samnaun – kurortu z licznymi luksusowymi sklepami w strefie wolnocłowej. Po drodze spotykamy wędrujących w górę Holendrów, którzy po krótkiej rozmowie życzą nam powodzenia i dobrych zakupów. Dopiero kiedy zjechaliśmy do centrum miasta zrozumiałem, co mieli na myśli mówiąc o zakupach. Nam jednak nie w głowie zakupy, przed nami jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do przejechania w związku z przymusowym objazdem. Decydujemy, że dojedziemy do miejscowości Ramosch, która jest kilka kilometrów od miejscowości Vna, która była zaplanowana jako miejsce noclegu po drugim dniu. Jadąc asfaltem mijamy kolejne tunele, podziwiamy widoki, zachwycamy się szwajcarskimi drogami przyklejonymi jakby do górskich zboczy. Mijamy miejscowość Martina i przejście graniczne z Austria. Chyba z rozpędu i lenistwa ( mapa w plecaku) przejeżdżamy Ramosch o kilka kilometrów, więc trzeba później wracać po górę. Miejscowość sam w sobie niczym nas nie zachwyca, a w miejscowym sklepie przekonujemy się również, że Szwajcaria jest krajem, który się ceni.
Drugi dzień pozwolił nam okrzepnąć w trudnych warunkach górskich i dał nadzieję na lepszą pogodę na kolejne dni.
22 czerwca – dzień trzeci – Ramosch – Sur En –Val D,Uina –Schlinigpass- schronisko Sesvennahutte- Laatsch.
Początek kolejnego dnia to zjazd do miejscowości Sur En (1120 m n.p.m.). Znajduje się coś w rodzaju pola biwakowego, gdzie podróżując -, w dużej mierze motocykliści- mają porozbijane namioty.
Przejeżdżając widzimy chyba miejscowego rzeźbiarza, która ciosa kilkumetrowy kawałek drzewa. Nie czekamy jednak na efekt jego pracy tylko wjeżdżamy w dolinę Val D’Uina. Droga wije się przez las, więc szybko tracę z oczu Outsidera, który podąża w kierunku miejsca, które było inspiracją do tego wyjazdu, czyli wykutą w skale ścieżkę prowadzącą na drugą stronę góry. Momentami podjazdy stają się bardzo strome i pokonuję je z trudnością, ale nie zsiadam z roweru, bo kiedy wydaje się że nie dam rady, nagle jest trochę łagodniej. W trakcie dalszego podjazdu dojeżdżają do mnie inni rowerzyści, którzy najwyraźniej chcą zobaczyć ten cudowny wąwóz i niesamowitą ścieżkę. Właściwie razem docieramy do polany Uina Daidant znajdującej się 1764 m n.p.m., gdzie czeka już na mnie Outsider. Spotkani bikerzy to grupa z Niemiec, za chwilę dojeżdżają kolejni. Wygląda, że jest to zorganizowany wyjazd, bo ich plecaki są mniejsze. Pewnie ich bus asfaltami przed nimi dotrze na miejsce kolejnego noclegu i tam zorganizuje wszystko co niezbędne.
Po przerwie na „drugie śniadanie” ruszamy dalej, ale już nie drogą szutrową, ale wąską ścieżką. Przed opuszczeniem polany dotykam „elektrycznego pastucha”; całkiem przyjemne porażenie, które uznaję jako tzw. kop na dalszą część drogi. Kawałkami próbujemy jechać, ale głównie prowadzimy rower wykutą w skałach scieżką. Dolina Val D’Uina kończy się głębokim wąwozem. który jest poniżej naszej drogi. Idąc ścieżką wygląda to tak, że za chwilę staniemy przed pionową ścianą skalną i nie będzie możliwości kroku na przód. Widoki naprawdę oddające potęgę gór - w dole głęboki wąwóz, z przodu i z boku potężne skały, a tył co raz mniejsza polana, na której kilkanaście minut temu odpoczywaliśmy. Wędrując wzdłuż zbocza, wykutą w skale ścieżką nogi trochę się uginają , na szczęście są łańcuchy, więc od czasu do czasu można nabrać pewności przytrzymując się. Można tak iść i zachwycać się tym miejscem bez końca. Opuszczając wąwóz odniosłem wrażenie, że przed chwilą z trudem przecisnąłem się wąskim przejściem pomiędzy skałami.
Chwilę później roztacza się przed nami widok na rozległą łąką, co jest również niesamowite, bo z wąskiego leja trafiamy na wielkiego kotła. Miejscami jadąc, miejscami idąc pokonujemy przełęcz Schlinigpass, a następnie docieramy do schroniska Sesvennahutte. Krótki przystanek i w dół najpierw szutrówkami, później asfaltem. Tutaj odnotowuję swój rekord prędkości, ponad 72 km/h, chociaż być może w trakcie całego wyjazdu było szybciej. Tego się nie dowiem, bo mój bezprzewodowy licznik, może z powodu niskiej temperatury działał rzadko, a później nawet wygrzewanie w słońcu mu nie pomogło.
Kilkunastokilometrowy zjazd kończymy w miejscowości Laatsch, gdzie spędzimy kolejne popołudnie i noc. Jesteśmy na miejscu stosunkowo wcześnie, a Włosi mają coś w rodzaju sjesty i w tym przyjemnym miasteczku nie wiele się dzieje, więc pijąc piwo, oglądając mundial czekamy na powrót właścicielki pensjonatu.
Z ciekawostek; w tym regionie Włoch starsi ludzie używają tylko języka niemieckiego, młodzi uczą się w szkole włoskiego, choć nie widać u nich przekonania do bycia Włochami. Wszystko to wynika ze zmiany granic po pierwszej wojnie światowej.
23 czerwca – dzień czwarty – Laatsch- Schartalpe –Furkelhutte – Trafoi
Ten dzień można podzielić na dwie części ze względu na dwa czekające nas dłuższe podjazdy. Zanim to nastąpiło wcześniej czekała nas kilkukilometrowa rozjazdówka, lekko w dół w kierunku miejscowość Lichtenberg przez małe miasteczko Glurns, do którego wjeżdża się poprzez bramę w baszcie.
Od Lichtenberg zaczyna się solidny podjazd najpierw asfaltowy, później szutrowy. Ponieważ jedziemy przy upalnej pogodzie ( od poprzedniego popołudnia zaczęło dominować słońce ), trochę potu wylewamy zanim osiągamy pierwszy cel czyli Schartalpe znajdujący się na wysokości 1829 m n.p.m ( zaczynaliśmy podjazd z poziomu poniżej 1000 m n.p.m.). Później zjazd, po drodze slalom pomiędzy spacerującymi szutrówką krowami, w kierunku miejscowości Stifls. Zaczynamy drugi podjazd tym razem celem jest schronisko Furkelhutte znajdujące się na wysokości ponad 2100 m. W międzyczasie spotykamy niemieckiego bikera, który krąży po okolicy samotnie ze względu na kontuzję kolegi. Towarzyszy nam przez cały podjazd lokując się w środku pomiędzy Outsiderem, a mną. Na górze doświadczamy przyjemnego widoku na ośnieżone szczyty powyżej, m.in. majestatyczny Ortler. Dojeżdżamy jeszcze do górnej stacji narciarskiej znajdującej się na Furkelhutte i powoli zaczymy myśleć zjeździe do Trafoi czyli dzisiejszego przystanku końcowego. Mamy dwie możliwości i wybieramy wariant, w którym więcej będzie schodzenia niż zjeżdżania, chociaż kolejny napotkany Niemiec, miłośnik mtb postanowił zjeżdżać na rowerze z pełnym zawieszeniem. Prosił o ewentualną pomoc, gdyby wypadł z trasy, ale nie było okazji, więc albo zjeżdżał/schodził z rozwagą albo spadł głęboko w dół ;).
Końcowa część to już zjazd, częściowo stokiem narciarskim, częściowo szutrówką i ok. 1 km asfaltem, który będzie stanowił początek naszego kolejnego etapu.
Ten dzień oprócz doznań estetycznych na trasie, to zapowiedź jazdy przy upalnej pogodzie przez następne dni, a co za tym idzie sugestia, aby zabrać w trasę większą ilości picia.
24 czerwca – dzień piąty – Trafoi – Stilsferjoch( Passo dello Stelvio) – Bocchetta di Forcola – Lago di Cancano – Premadio
Byłem ciekawy tego etapu, szczególnie ze względu na czekający nas ponad 15 kilometrowy podjazd asfaltem do przełęczy Passo dello Stelvio, w trakcie którego pokonuje się 46 ponumerowanych serpentyn. Jazda od serpentyny do serpentyny z prędkością ok.7-8 km/h. Właściwie przez większość część podjazdu widać miejsce do którego należy dojeżdżać, ale wymaga to trochę wysiłku i cierpliwości żeby ten cel osiągnąć. Najbardziej denerwujące podczas takiego podjazdu są motocykle, które grupami wyprzedzają, mijają nas na każdej prostej pomiędzy serpentynami. Przed ostatnią prostą czeka na mnie Outsider, aby razem wjechać na Stilsferjoch. Jest tłoczno, pełno motocykli i innych pojazdów, które mogą zwrócić uwagę innych. Można powiedzieć, że wymarzone miejsce do lansowania się w słońcu. My też robimy tu postój, aby trochę schłodzić się zimnym piwem. Powyżej widać ośnieżone góry i zjeżdżających narciarzy. Hmm.. narty w czerwcu to już ekstrawagancja.
Będąc na wysokości 2757 m, podchodzimy jeszcze wyżej na wysokość 2843 m na szczyt Dreisprachenspitze. Stamtąd planowaliśmy zjazd w kierunku kolejnej przełęczy Passo Umbrail, ale ze względu na śnieg jest to niemożliwe. Schodzimy więc z powrotem dół i korzystamy z asfaltu. Niedługo później rozpoczynamy kolejny podjazd tym razem wyeksponowaną na słońce ścieżką w kierunku przełęczy Bocchetta di Forcola. Nie wszystko da się jechać, a my znów przypominamy sobie pierwsze dni, kiedy niektóre odcinki pokonywaliśmy brodząc po kolana w śniegu. Na dzisiaj to już wszystkie podjazdy za nami, więc pora delektować się zjazdami. Ale nie będzie tak prosto. W dole widać dolinę, znamy kierunek, ale najpierw w śniegu trzeba odnaleźć właściwą ścieżkę, która nas tam zawiedzie. I tym razem korzystamy ze śladów pozostawionych na śniegu przez innych rowerzystów, którzy byli tutaj przed nami. Kilkaset metrów niżej już da się zjeżdżać, chociaż nie jest to przyjemne, bo jazdę utrudniają drobne, luźne kamienie, które przy większej prędkości i braku wyczucia w operowaniu przednim hamulcem mogą wyprowadzić rower na manowce lub ułatwić lot przez kierownicę. Zjazd ciągnie się niemiłosiernie długo, co w palącym słońcu już przestaje mi się podobać. Przed dotarciem do jeziora Cancano spotykamy grupkę Szwajcarów, którzy za kilka dni również chce dotrzeć nad jezioro Garda. Na rozjeździe dróg kierują się jednak w kierunku Bormio czyli miejscowości sąsiadującej z Premadio, w którym zaplanowaliśmy kolejny nocleg. My mamy jednak jeszcze w planach zrobić rundę wokół Lago di Cancano, sztucznego jeziora znajdującego się na wysokości 1884 m.. Okazało się, że na ten etap zabrałem za mało wody i czułem już lekkie przegrzanie, a na rękach i nogach objawy delikatnego poparzenia od słońca. Nad jeziorem robimy więc kolejny postój i korzystamy z gościnności znajdującego się pobliżu schroniska.
Ostatnie kilkanaście kilometrów pokonujemy już praktycznie bez zatrzymywania się; w końcowej części asfaltem z licznymi serpentynami, z przyjemnymi widokami na okolice Bormio. Późnym popołudniem dojeżdżamy do Premadio, gdzie lokujemy się w hotelu obok kościoła. Będzie to kolejny dzień kiedy przed zaśnięciem będziemy co półgodziny mieli okazje wysłuchać bicia dzwonów kościelnych.
25 czerwca – dzień szósty – Premadio – Bormio- Passo di Gavia –Pezzo – Forcellina di Montozzo –Peio Fonti- Cussiano
Poprzedni etap był dla mnie męczący, w szczególności ze względu na nadmiar słońca. Dzisiaj zapowiada się krótka jazda, trzydzieści parę km, więc nie powinno być źle, tym bardziej że cały czas jedzie się asfaltem. 25 km podjazdu przez Bormio i Santa
Caterina do przełęczy Passo di Gavia, a później dalsze kilkanaście zjazdu. Podjazd dłuższy niż wczoraj, ale w dużej mierze w osłonie lasu, co skutecznie chroni przed słońcem. Scenariusz przy takiej trasie jest znany czyli Outsider - jaka sama nazwa wskazuje – z przodu, a ja na ogonie. Po kilku km czeka i kiedy dojeżdżamy do dwóch wolniej jadących rowerzystek, dopinguje mnie do bardziej energicznego manewru wyprzedzania :). Dalej można powiedzieć nuda, kilka samochodów, kilka motocykli, dopiero na ok. 20 km dojeżdżają do mnie szosowcy. Jadą zdecydowanie szybciej niż ja, aż zaczyna mi się marzyć „kolarzówka”. Ostatnie metry do przełęczy Passo di Gavia prawie po płaskim. Tu podobnie jak wczoraj trochę motocyklistów, ale więcej rowerzystów, może dlatego że to miejsce jest odwiedzane przez uczestników Giro di Italia. Podjeżdżając można użyć wyobraźni i na chwilę stać się uczestnikiem Giro.
Na górze zasłużona przerwa, gdzie po kilkunastu minutach od naszego przyjazdu pojawiają się napotkani dzień wcześniej Szwajcarzy. Panowie dotarli o własnych siłach, a Panie korzystając z pojazdów niekoniecznie napędzanych siłą mięśni. Trochę odpoczęliśmy, więc dalej jazda w dół. Kiedy ok.13.30 jesteśmy w miejscowości Pezzo, 5 km od zaplanowanego noclegu mam niedosyt. Za wcześnie na zakończenie rowerowego dnia, tym bardziej że czuję jeszcze moc w nogach. Męska decyzja i jedziemy następny etap pierwotnie zaplanowany na kolejny dzień. Wąska droga asfaltowa doprowadza nas do miejsca zwanego Case di Viso. Jest to ciche spokojne miejsce z kilkoma kamiennymi domkami. Dla nas to punkt zaopatrzeniowy – uzupełniamy wodę w bidonach i kupujemy batoniki. Właściwie jesteśmy gotowi, żeby pokonać następne 7,5 km, ponad 850 metrów w górę. Jedyne, co mnie niepokoi to ciemne chmury nadciągające z południowej strony, co w niedługim czasie może oznaczać burzę. Przed sklepem siedzi starszy człowiek – może on coś powie? Mówi tylko po włosku, używam języka migowego i pokazuję palcem na niebo. Kręci głową jakby chciał powiedzieć, że może być różnie. Nie mamy czasu na dalsze zastanawianie się i zaczynamy jazdę, biegnącą od tego miejsca szutrówką.
Po drodze na Forcellina di Montozzo ( 2613 m n.p.m.) pojawia się kilkuminutowy deszczyk, ale szybko wraca czyste niebo i mocno grzejące słońce. Większość tego odcinka podjeżdżamy, chociaż pod koniec zsiadam z roweru i podprowadzam. Przed samym szczytem leży śnieg, co nie jest już dla nas wielkim zaskoczeniem i dosyć sprawnie pokonujemy ten odcinek. Do Cusiano ponad 25 km, teoretycznie zjazd, ale pierwsze ok. 5 km do jeziora Pian Palu schodzimy, bo właściwie nie da się jechać. Od tego miejsca robimy jeszcze tylko przerwę na obiad w Peio di Fonti, a stamtąd żwawo asfaltem do Cusiano di Ossana. Wyszedł całkiem długi odcinek, ponad 80 km, co daje nam obraz tego co nas czeka w dwóch ostatnich dniach jazdy.
26 czerwca – dzień siódmy – Cussiano – Dimaro- Madonna di Campiglio- Lago di Val d’Agola – Passo Bregn de l’Ors - Zuclo
Kolejny upalny dzień. Godzina 9 rano, lekki podjazd, a we mnie już lekko „się gotuje”. Pierwszy kilkunastokilometrowy odcinek do Dimaro to droga lekko w dół, ale w międzyczasie udało nam się zboczyć i zrobić przypadkowo trochę podjazdu.
W tej okolicy, osoby aktywne nie mogą się nudzić, w zimie narty, w lecie rowery, rafting - po prostu raj.
Gdyby nie było tak parno, to my w tym raju właściwie jesteśmy. Z Dimaro kierujemy się do Madonna Di Campiglio, miejscowości o której już wiele razy słyszałem, ale przede wszystkim jako ośrodku sportów zimowych. Droga przez las - można dojechać asfaltem, ale lepiej drogą szutrową. Niedługo potem spotykamy kilku rowerzystów MTB. W pierwszej chwili myślę, że to zorganizowana grupa transalpejczyków, ale trochę dziwne bo jadą z numerami! Po krótkiej rozmowie okazało się, że to uczestnicy ekstremalnego rajdu Naturaid (www.naturaid.com) Mają do pokonania 400 km, w ciągu 60 godzin. Patrząc na tempo, z jakim się poruszają wydaje się to niemożliwe… Od razu też myślę o Dziczku, który zaliczył już niejedne ekstremalne zawody, więc i tutaj mógłby się sprawdzić. Uczestników Naturaid zostawiliśmy z tyłu i jadąc dalej w górę dotarliśmy najpierw do przełęczy Campo Carlo Magno, a póżniej do Madonna di Campiglio. Przejazd przez centrum, gdzie po jednej i drugiej stronie drogi znajduje się mnóstwo hoteli, pensjonatów. Teraz to miasteczko wygląda na spokojne, w którym niewiele się dzieje, ale nietrudno wyobrazić sobie to miejsce w okresie zimowym, w trakcie sezonu narciarskiego.
Sprawdzamy mapę i ruszamy dalej w kierunku wodospadu Cascata di Mezzo. Obowiązkowe zdjęcia i dalej dwa kilometry w dół, żeby na nowo przypomnieć sobie jak się kręci na młynku i rozpocząć podjazd kierunku przełęczy Passo Bregn de l’Ors. Kolejny podjazd nie robi wrażenia, co nie znaczy że łatwiej się jedzie. Powoli i mozolnie do góry. Przy takich podjazdach przypomina się niewygodne siodełko, na którym czasami już nie mogę wysiedzieć. Zanim zdobędziemy przełęcz, robimy postój nad jeziorem di Val d’Agola, gdzie zbieramy siły na ostatnie kilometry w górę. Niestety tylko trochę da się jechać a póżniej już tylko podejście do przełęczy Passo Bregn de l’Ors i przejazd do niewiele dalej położonej przełęczy Passo del Gotro.
Przed nami zjazd czyli właściwie odpoczynek, ale kiedy jest to kilkanaście km, to też można się zmęczyć, przede wszystkim od hamowania. Ostatnie km zjazdu pokonujemy asfaltem i docieramy do Ragioli. Jest bardzo blisko do Zuclo, ale jesteśmy już wygłodniali i postanawiamy poszukać coś do zjedzenia. Na mapie Ragioli wygląda na małe miasteczko, więc w najgorszym wypadku pizzeria powinna być. Jest tylko kawiarnia, ale to nie o to nam chodziło. Pizzę „z budki” zjeść udało się kilka km dalej, w Tione. Na koniec jeszcze tylko zakupy w miejscowym supermarkecie i dojazd do Hotelu.
Tam na tarasie przywitało nas kilku bikerów pijących piwo, ale nie mieliśmy już ochoty i energii na dłuższą rozmowę. Ten etap kończyliśmy myśląc głównie o potrzebach pierwszego rzędu czyli coś zjeść i znaleźć nocleg. Najwyraźniej 80 km wczoraj i ponad 70 dzisiaj dało nam w kość. Outsider, który nie zwykł narzekać na zmęczenie, tego dnia również czuł się mocno wyczerpany.
27 czerwca – dzień ósmy – Zuclo –Storo –Tremalzo – Passo Nota –Pregasina – Riva del Garda
Ostatni dzień, od celu dzieli nas ok. 80 km. Trochę się stresuję, ale zawsze tak mam na chwilę przed czymś ważnym – po prostu nie lubię chwili oczekiwania. Trzeba wsiąść na rower i wszystko minie. Na początek do góry, drogą prowadzącą na skraju lasu. Kiedy widzimy w dole zabudowania zjeżdżamy w dół do miejscowości Bondo. Dalej asfaltem, lekko w dół i tak prawie po 30 km dojeżdżamy do miejscowości Storo znajdującej się na wysokości 408 m n.p.m. – jesteśmy najniżej od początku wyprawy. Na odcinku pomiędzy Bondo, a Storo towarzyszy nam dziewczyna na szosie i …wiatr prosto w twarz. Biker’ka nie przeszkadza w jeździe wręcz motywuje do szybszej jazdy, ale delikatnie hamuje nas wiatr.
Ze Storo skręcamy w lewo na drogę prowadząca przez ok. 30 km asfaltem do Riva del Garda. Na drodze większy ruch, w szczególności znów dają o sobie znać motocykliści na swoich „ryczących maszynach”. Jezioro jest na wysokości 66 m n.p.m., ale żeby tam się znaleźć najpierw trzeba jeszcze trochę podjechać w górę i dopiero później rozpocząć zjazd. Mamy dwie możliwości jechać główną drogą z podjazdem na ok. 700 m lub wybrać ambitniejszą wersję z piękniejszymi widokami. Po głowie chodzą mi myśli, aby odpuścić podjazd do Tremalzo na wysokość 1863 m n.p.m. i spokojnie dojechać do Riva, ale to chyba kuszenie szatana. Kiedy pojawia się możliwość skrętu i drewniane tabliczki wskazujące Passo di Tremalzo, nie mamy wątpliwości jak jechać. Co prawda cały czas asfalt, ale przy niewielkim ruchu samochodowym jedzie się przyjemnie, a pokonując kolejne serpentyny nie czuć monotonii. Docieramy do przełęczy Passo di Tremalzo, gdzie w pobliżu schroniska na rozległej łące turyści oddają się czynnościom niewymagającym wysiłku czyli wylegiwaniu się w słońcu. Ponieważ my przerwę mieliśmy chwilę wcześniej, robimy tylko kilka fotek i dalej szutrówką jedziemy do tunelu Tremalzo, który przeprowadzi nas na drugą stronę góry. Ma to być ostatni punkt przełamania na naszej trasie, po którym pozostanie nam zjazd w kierunku jeziora Garda. Przejeżdżamy tunel i od razu zatrzymujemy się by zrobić kolejne zdjęcia. Widoki i wrażenia lepsze niż do strony Passo di Tremalzo, bo jedzie się wijącą się wśród skał szutrówką, z jednej strony przyklejoną do zbocza, mając z drugiej strony drogi przepaść. Od miejsca zwanego Passo Nota znajdującego się 1240 m n.p.m. już nie jest tak różowo, bo droga staje się wąską górską ścieżką. Początkowo jedziemy, ale w miejscach gdzie jest bardziej stromo, a podłoże to luźne kamienie lub wystające skały częściej prowadzimy. Na osłodę, od czasu do czasu pomiędzy skałami wyłaniają się cudowne widoki na jezioro Garda.
Zmęczeni, a jednocześnie źli na samych siebie, że z Passo Nota nie wybraliśmy łatwiejszego zjazdu docieramy do Pregasiny. To już tylko kilka km od Riva del Garda. Na zakończenie jeszcze jedna atrakcja, przejazd kilkoma tunelami. W końcu docieramy do celu, ale jeszcze nie cieszymy się. Najpierw znajdujemy nocleg, następnie obiad i dopiero wtedy, już bez plecków jedziemy nad brzeg jeziora. Szkoda, że tak późno bo chętnie zanurzyłbym się w wodzie, ale co tam -jesteśmy na jeziorem Garda. Cudowne uczucie. Osiągnęliśmy cel, który w trakcie pierwszego dnia wyprawy był tak niewyraźny jak widok schroniska Heilbronner Hutte schowanego w gęstych chmurach.
28 czerwca – Riva del Garda –Rovoreto – Brenner – Insbruck- St. Anton - Flirsch
Chętnie zostałabym na jeziorem jeszcze przynajmniej jeden dzień. Powrót do Flirsch, po osiągnięciu celu, następnego ranka nie był kuszącą propozycją i bardzo mi się nie chciało. Co prawda większość trasy do pokonania pociągiem, ale pomimo to trudno rano było się pozbierać.
Emocji związanych ze zdobywaniem kolejnych szczytów już nie będzie, jedyna adrenalina to niepewność co do godziny odjazdów pociągów z Rovoreto, a później z Insbrucka. Przed wyjazdem nie zdążyłem sprawdzić, a w trakcie wyjazdu nie było okazji i chęci do szukania internetu. Pozostało nam tylko opierać się na opisach znajdujących się na stronie Transalp.pl, który była naszym podstawowym źródłem informacji w trakcie przygotowań do wyjazdu. Do Rovoreto dotarliśmy przed godz. 8 rano, a pociąg do Brenner odjeżdżał o 8.36 czyli o tej samej godzinie co w 2005 roku -najwyraźniej Włosi są zbyt leniwi by robić jakieś zmiany.
Rowery umieszczamy w specjalnym przedziale, sami zajmujemy wygodne miejsca i tak trasą kolejową prowadzącą przez góry docieramy do przełęczy Brenner i granicy austriacko –włoskiej. Do Insbrucka jest 29 km, a droga prowadzi głównie w dół, więc zamiast pociągu wybieramy jazdę rowerami. Kilka km przed Insbruckiem kiedy droga się bardziej wypłaszcza zaczyna mi się ciężko jechać. To wina tylnego hamulca, który chyba od zbyt intensywnej pracy przestał pracować. Robimy krótką przerwę na serwis. W efekcie pozostał mi tylko przedni hamulec, za to mogłem jechać bez blokowania koła. Wjeżdżamy do Insbrucka i od razu szukamy drogi w kierunku dworca. Sprawdzamy rozkład jazdy i do odjazdu pociągu do St. Anton ok. pół godziny. Idealnie, lepiej nie mogliśmy trafić.
Z St.Anton znów rowerem, ale nawet nie chce nam się kręcić pedałami. Jest z góry więc bez wysiłku, leniwie zmierzamy do Flirsch. Tą samo drogą tylko w odwrotnym kierunku jechaliśmy kilka dni wcześniej, ale dopiero dzisiaj możemy podziwiać piękne widoki na góry. Pierwszego dnia było to niemożliwe z powodu nisko zawieszonych chmur.
Jesteśmy we Flirsch. Teraz to już naprawdę koniec rowerowania w Alpach, przynajmniej w trakcie tego wyjazdu.
Ogólnie wyjazd bardzo udany. Pomimo zmieniającej się pogody organizm spisał się na piątkę, sprzęt w trudnych warunkach poradził sobie bez zarzutu. Pomijam nie działające już na koniec hamulce i problemy z spd-ami.
Wrażenia z wyjazdu niezapomniane.
Zapraszam do oglądania galerii, ale bardziej zachęcam do przeżycia takiej wyprawy osobiście.