XII Cracovia Maraton
Dodane przez 'szbiker' dnia 02 maja 2013 11:05:22
Mój pierwszy maraton krakowski za mną.
Po przybyciu na miejsce startu maratonu uderzyła mnie ilość osób – w imprezie wystartowało ich ponad 4500. Przyjechało bardzo dużo obcokrajowców. Usłyszeć o niej można było potem w wiadomościach sportowych na TVP1 . Spikerem na Błoniach był zapalony maratończyk znany z TVP Maciej Kurzajewski.
Jedna z największych imprez sportowych w naszym mieście odbywająca się na głównych ruchliwych zazwyczaj ulicach Krakowa tym razem wyłączonych z ruchu, rzecz jasna :-). Powodowało to ciekawe wrażenie – człowiek biegnąc takimi traktami czuł się w pewien sposób wyjątkowo. Tą wyjątkowość zapewniał jednak przede wszystkim gorący doping publiczności. To naprawdę pomagało w chwilach kryzysu. Wielkie podziękowania dla tych wszystkich zwariowanych kibiców i wolontariuszy obstawiających trasę, podających kubki z wodą - brawo!
Oczywiście w tym zamieszaniu przed startem za pierwszym razem nie trafiłem do szatni i depozytu :-) – IMHO organizatorzy powinni lepiej zadbać o oznaczenia (wyraźne i duże strzałki i oznaczenia! a nie na kartce papieru). Powinny być również wyraźnie oznaczone kilometry na trasie - a czasami niestety tego brakowało.
Dyskusje przedstartowe były zdominowane przewidywaniami :-) „planuję czas X:XX”, bądź też „zejść poniżej trójki, czwórki, …”, czy „pokonać dystans”. Większość zawodników wyglądało profesjonalnie: wypasione buty, taśmy na ścięgna mięśni (niektórzy byli nimi dosłownie oblepieni od stóp do głów :D), skarpety kompresyjne, jakieś smary do różnych części ciała :-), czy też zaklejanie sutków przylepcem tkaninowym to był widok na porządku dziennym.
Po przebraniu się i zdeponowaniu bambetli, zrobiłem rozgrzewkę biegając po przyjemnym Parku Jordana. Miałem w głowie jeszcze wczorajsze wykłady i to co powtarzał trener o bieganiu własnym tempem i rzadkim przyspieszaniu ze względu na zakwaszenie mięśni (przynajmniej do jakiegoś czasu, :D o czym dalej). Zacząłem więc na początku spokojne a gdy stawka wstępnie się uformowała podążałem w rytm pewnego dobrze zbudowanego Norwega :-) z wyższej kategorii wiekowej (nr 3508). Świetnie mi się za nim leciało bo pracował bardzo równo.
Biegnąc ul. Konopnicką przed rondem Mateczny ilość mijających nas z przeciwka zawodników sprowokowała mnie do podkręcenia tempa ;-P - Norweg nie dał rady, a ja dogoniłem i zaczepiłem się o jakąś 7 osobową grupkę z dwoma Włochami. Nadała ona jednak bardzo wysokie tempo – wtedy zacząłem wspominać z utęsknieniem tego Norwega ;-P. To że zabrałem się z tą grupką było jednak największym błędem jaki zrobiłem podczas tych zawodów. Ambicje na wynik poniżej 3h doprowadziły do tego że odpuściłem dopiero jak już byłem mocno „wyeksploatowany” :/ na wysokości nowo budowanej Hali na Czyżynach. Zaczęły mnie wyprzedzać tabuny osób a morale nieco podupadło.
Na około 23km na Alei Jana Pawła II jeszcze przed Placem Centralnym widziałem po przeciwnej stronie jezdni biegnącą czołówkę z przewagą około 6km - dwóch czarnoskórych zawodników, potem trzeciego też czarnoskórego :-) a tuż potem pierwszego z białych :-) ... hmm znana sylwetka – wow, tak to on Andrzej Lachowski – prowadzący treningi Salomona w Krakowie na których od czasu do czasu się pojawiam.
Przez Hutę biegło mi się dosyć ciężko (przez ten wcześniejszy zryw z Włochami :-) ). Warunki też nie były najlepsze ze względu na wiatr (pewnie stąd taki czas zwycięzcy) aczkolwiek temperatura i wilgotność była moim zdaniem idealna.
Na 32km w okolicach C.H. Plaza dopadła mnie jakaś para. Wykrzesałem więc wszystkie możliwe siły i zacząłem bieg razem z nimi, a w pewnym momencie nawet zostawiłem ich z tyłu . Przy stopniu wodnym na bulwarach znowu jednak z za pleców wyskoczyła mi pewna tajemnicza Pani z tej pary. Zacząłem więc biec jej wysokim tempem na jakiś „oparach paliwa”. Od zgromadzonych przy trasie kibiców słychać było od tej pory: „jest Pani pierwszą z kobietą na trasie maratonu!”, „brawo dla tej Pani!”. Okazało się więc że prawie całe bulwary przebiegłem sobie z najlepszą z kobiet Emilią Zielińską :-). Odcięło mnie dopiero przy moście Dębnickim i to na całego. Kolejny zryw który nie przyniósł oczekiwanego efektu ;-).
Zostało „tylko” 3km do mety. Nogi, zwłaszcza uda, odmawiały posłuszeństwa, nie wspominając już o mięśniach brzucha - ból jak diabli :-). Od tej chwili do upragnionej linii mety biegła tylko głowa w której odbywała się również swoista walka :). Niejednokrotnie przychodziły myśli o tym by chociaż na chwilę zatrzymać się i odpocząć a z drugiej strony o tym by nie zawieść zgromadzonej publiczności, tych co trzymali kciuki i siebie. Wzdłuż ostatnich 200m 300m do mety zdobyłem się jeszcze na finisz – nie wiem jakim cudem (chyba dzięki tej wspaniałej publiczności brawo!) Udało się – 3:03:41 – pamiątkowy medal na piersi, folia termoizolacyjna na plecach i maraton krakowski pokonany! Ledwo żyję ale i tak jest pięknie :-)
Gratulacje dla zielonych Spootnicka, Lukiego i wszystkich forumowiczów którzy zdecydowali się na start w tych zawodach, nie dali za wygraną i dobiegli – brawo!