Pogórze Przemyskie - rowerowa włóczęga - czerwiec 2005

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 13 stycznia 2006 06:49:56


Wyjazd w Pogórze Przemyskie chodził mi po głowie już od bardzo długiego czasu. Pagórki, lasy, szutrowe drogi, nieistniejące wioski, czyste rzeki, bujna przyroda .To wszystko spodziewałem się tam zastać i nie zawiodłem się. Podczas planowania przebiegu tej wycieczki napotkałem wiele problemów, które w pewien sposób miały wpływ na jej charakter. Głównym okazały się noclegi. Wspomniana okolica jest bardzo uboga w infrastrukturę turystyczną ( i bardzo dobrze ) więc siłą rzeczy zmuszony byłem do zabrania namiotu.Co za tym idzie na rowerze wyposażonym w bagażnik zawiesiłem sakwy gdyż stwierdziłem, że nie warto obciążać pleców. Sakwy oczywiście zostały załadowane w minimalnym stopniu lecz i tak tył roweru zrobił się ciężki i jazda terenowa była bardzo utrudniona. Było nas dwóch na tej wycieczce, razem ze mną jechał kumpel z CYKLOKRAKA(Pit), z którym wspólnie startujemy w maratonach.Mieliśmy tydzień czasu lecz już od początku było wiadome, że najpóźniej w czwartek kończymy wycieczkę gdyż przed nami był najcięższy maraton w sezonie ...Kościelisko.

Niedziela

Dla mnie wyprawa zacząła się w w niedzielę o świcie. Budzik nastawiony na 5.30 zadzwonił gdy już niespałem. Z ciężkim sercem wyciągałem rower z garażu, powietrze przesiąknięte wilgocią wywoływało gęsią skórkę, a oczy wciąż kierowały się na wschód w nadziei, że zasnute burymi chmurami niebo jest tylko złudzeniem , które pryśnie po wschodzie słońca. Tak jednak się nie dzieje, a porywiste podmuchy wiatru tarmoszącego dorodne brzozy dawały znaki o nadchodzącej burzy. Z niepokojem zjadłem sniadanie, spakowalem ostatnie rzeczy, ubrałem długie spodnie, do kieszeni włożyłem kurtkę przeciwdeszczową i wyszedłem przed dom. I stałem tak przez chwilę niczym John Wayn przed pojedynkiem. Przeciwko sobie miałem niczym nieokiełznaną naturę.
Jeszcze tylko żona macha mi ręką na pożegnanie i już rozpoczyna się walka. Gnam polną drogą pełną kamieni i powoli nabieram pewności siebie.

Pierwsze podjazdy przekonują mnie o mojej sile, zdecydowaniu i niemożności odwrotu. Kieruje mną teraz desperacja, nie po to cały rok czekałem na ten dzień, żeby teraz marna burza czy kilka chmurek na niebie zniweczyło moje zamiary. Wzrasta we mnie agresja, którą wyładowuję na pierwszych podjazdach. Krople potu spływajace po plecach przynoszą ulgę i poczucie siły. I tak po 90 minutach jazdy docieram do Pilzna, skręcam tutaj do Debicy i jadę ruchliwą szosą . Pobocze jest szerokie, wiec jedzie się przyjemnie, słońce już dawno wzeszło i daje mi wyraźne znaki iż
jest po mojej stronie. Niebo nadal zasnute chmurami lecz te burzowe, burego koloru zostały gdzieś daleko, przegrane czają się teraz pewnie na kolejnego kowboja na swoim rumaku.W Dębicy jestem kilka minut przed godziną 8.OO.

Kupuję bilet, upewniem się przez komórke, że Pit wsiadł do pociagu w Krakowie i spokojnie czekam na przyjazd składu.Do Przemyśla dojeżdżamy bez przygód jadąc w służbowym przedziale jaki odstąpili nam konduktorzy.Na miejscu zjadamy ostatni ciepły posiłek i już lecimy w stronę Birczy. Droga wąska, pełna zakrętów, za Krasiczynem robi się konkretnie pofalowana.
Ruch niewielki, jedzie się bezpiecznie. Przed Birczą pierwsze konkretne podjazdy i coś w rodzaju serpentyn. Sama Bircza to ni miasteczko ni wieś, senny ryneczek , mały sklepik ,kilka ławek, dwie kamienice, jakiś pomnik i tyle. Spędzamy tu kilkanaście minut w promieniach ostro już świecącego słońca.

Dalsza droga robi się jeszcze bardziej wymagająca, podjazdy robią się coraz dłuższe i bardziej strome. Rekompensują to coraz ładniejsze widoki. Połykamy kolejne kilometry, w miejscowości Kuźmina dopada nas gwałtowna ulewa, chronimy się przed nią w pobliskim przystanku PKS.Trwa to około 15 minut ,w końcu chmury rozbiegają się po niebie i cały okolica zaczyna tonąć w oślepiających promieniach słońca. Asfalt paruje, znad okolicznych wzgórz również unoszą się kłęby mgieł. Jedziemy dalej i docieramy do Tyrawy Wołoskiej i tutaj napotykamy przeszkodę nie do pokonania. Policyjny samochód zastawia drogę i kieruje wszystkich na objazdy. Okazuje się, ze
trwa właśnie jakiś wyścig samochodowy i nie ma możliwości wjazdu wyżej. Tym sposobem nasze plany dotarcia do czerwonego szlaku wiodącego głównym grzbietem Gór Słonnych spalają na panewce.

Po chwili namysłu wracamy kawałek i jedziemy szutrową drogą do miejscowości Rakowa. Początkowo mamy zamiar wjechania czerwonym szlakiem w góry lecz nie możemy go odnaleźć i kierujemy się do Wańkowej. Trochę szkoda ale i tak jest bardzo przyjemnie. Droga pusta, szeroka, piękne widoki, super się jedzie i naprawdę odczuwam dużą przyjemność z tego, że mam mozliwość tutaj być. Znów atakuje nas deszczowa chmura lecz tym razem kończy się na lekkiej mżawce trwającej kilka minut. Gdy docieramy do Wańkowej znów świeci słońce i przyjemnie spędzamy czas pod miejscowym sklepem.

Dalsza droga wiedzie przez Leszczowate, tutaj widzimy stare, pewnie nieczynne już szyby naftowe. Jest ich tutaj mnóstwo i zadziwiające jest to połączenie. Z jednej strony przemysł naftowy, kojarzący się z ropą, dymem, smrodem, zanieczyszczeniem środowska, z drugiej strony właśnie dzika i bujna przyroda wdzierająca się pomiędzy szyby naftowe. Pustka, dziurawa droga i tylko zaginione wsród pól, gór i lasów żródła gazu i ropy. Na główną szosę wyskakujemy tuż przed Krościenkiem. Nie jedziemy tam jednak lecz wjeżdżamy w bezludną dolinę rzeczki Łodyna. Wiedzie tędy wąska szutrowa droga. Z początku dolina jest bardzo wąska i wilgotna. Już jest dosyć późno i intensywnie szukamy już miejsca na biwak. Jednak przemierzamy doliną wiele km za nim robi się ona szersza. Po bokach coraz wiecej płaskich fragmentów, lecz nadal nie ma odpowiedniego do rozstawienia namiotu.W końcu docieramy do miejsca ścinki drzewa. Wokół mnóstwo powalonych drzew, teren płaski, ubity przez cięzkie pojazdy, Odnajdujemy na jego krańcu skrawek trawy i tutaj rozbijamy namiot. Kilka metrów dalej rzeczka pozwalająca w miarę komfortowo dokanać zabiegów higienicznych i tylko komary uprzykrzają życie.Ten dzień już dla nas dobiega końca. Jedzenie, rowery przykryte płachtą spoczywają obok namiotu. Jeszcze jasno ale już robi się senno. Pit jeszcze walczy z piwkiem gdy ja już pochrapuję..

dystans 123 km
średnia 18,37
czas 6,41


Poniedziałek

Ranek jest rześki, noc minęła bez przygód, poranna toaleta w lodowatej rzeczce odgania resztki snu i krew zaczyna żwawiej krążyć w żyłach. Po sniadaniu dosiadamy naszych rumaków i jedziemy dalej doliną. Już niedługo dostrzegamy pierwsze zabudowania. Spotykamy tutaj starszego pana na szosówce. Kilka słów, o tym co czeka jego cienkie gumki na dalszej trasie i
już każdy jedzie w swoją stronę. Skrzyżowanie w Ropience jest bezwzględne i kieruje nas na stromy podjazd wiodący do Wojtkówki. Robi się całkiem ciekawie, podjazdy stają się naprawdę konkretne, za Wojtkówką skręcamy w lewo i bezludnymi okolicami kierujemy się w stronę Arłamowa. W miejscowości Kwaszenina tylko przez przypadek unikamy jazdy w stronę granicy. Droga prowadzi prosto ale akurat zachciało mi się zerknąć na mapę. W lewo odchodzi jakaś inna droga i z ciekawości patrzę gdzie ona biegne. Jakież jest moje zdziwienie, że to właśnie tam powinniśmy jechać. Droga prosto prowadzi wprost ku granicy i aż zachęca żeby nią jechać. Według mapy przecina granicę i wiedzie dalej w głąb Ukrainy. Szkoda , że nie ma tutaj
przejść turystycznych, ciekawe czy jest tam szlaban chociaż jakiś. Ale sprawdzimy to kiedy indziej, a teraz mozolnie wspinamy się w górę w kierunku Arłamowa.

Teraz jednak nie odwiedzamy hotelu w którym mieszkał Lechu lecz zjeżdżamy z szumem
wiatru w uszach do Makowej, a potem robimy sobie przerwę obiadową w Huwnikach. Mój obiad to dwa lody, dwa pomidory, sok Kubuś, pasztet drobiowy i bułki. Pit odżywia się bardzo podobnie chociaż preferuje kiełbasę zwyczajną, no i nie obejdzie się bez piwa. Nasyceni i ociężali zbieramy się leniwie do Kalwarii Pacławskiej. Czeka nas prawie legendarny podjazd pod klasztor.
Początkowo jest spoko, koło żródełka robi się jednak wesoło, a końcowy fragment gdy zaczynają się pierwsze zabudowania to już walka o przetrwanie. Na górze obiektywnie oceniam podjazd jako ciężki ale nie jakoś ekstremalnie. Nawet nie jechałem na najniższym biegu, gdybym był bez bagaży to być może zrobił bym go na średniej tarczy z przodu. Ale lekko też tam nie jest,
daje nieźle w kość. Teraz tym bardziej miło jest położyć się na kalimacie wśród klasztornych drzew i odpoczywać po ciężkiej pracy.

Później zwiedzamy okolicę, a w jadalni wcinamy bigos. Niemrawo zbieramy się dalej i niebieskim szlakiem jedziemy znów do Arłamowa. Kalwaria żegna nas kropiącym deszczem i wąską drogą powoli zamieniającą się w ścieżkę.Później i ona ginie w powodzi traw sięgających pasa. Trudno tu odnaleźć właściwą drogę i zbaczamy w niewłaściwym kierunku. Droga wprowdza w las, ogromne koleiny wypełnionę wodą uniemozliwiają jazdę. Pojawia się błoto, droga ginie w krzakach i stoimy
bezradni nie wiedząc co robić dalej. Postanawiamy wrócić do miejsca gdzie było ostatnie oznaczenie szlaku. Tutaj nasze humory nie poprawiają się zbytnio, a to za sprawą ciemnej chmury jaka okryła wzgórze na którym położona jest Kalwaria. Nasilające się opady deszczu niedobrze wróżą na przyszłość. Odwracamy się jednak tyłem do burzowej chmury i kontunuujemy maszą
jazdę. A plenery robią się cudowne. Na wschodzie skąpane w słońcu niziny Ukrainy, przed nami zalesione góry wśród których wiedzie nasz dalsza droga. Za nami ciemna, deszczowa chmura, a na zachodzie górska kraina z niezliczonymi wierzchołkami wystającymi ponad otoczenie.

W kropiącym deszczu kontynuujemy jazdę, docieramu już do wygodnej drogi i bez kłopotów
orientacyjnych po raz drugi tego dnia wspinamy się do Arłamowa. Tym razem jedziemy już pod hotel, trzeba przyznać, że zadbane to wszystko jest. Stąd wspaniałym zjazdem śmigamy w dół do doliny Jamnej. To chyba najpiękniejszy punkt naszej wycieczki. Wspaniała , długa i bezludna dolina. Super wygodna droga, piękne plenery, odludzie, cisza i tylko my. Napawamy się pięknem tej okolicy, jedziemy bez pośpiechu, żal stąd odjeżdżać. Jak gdyby natura czytała w naszych myślach i zatrzymuje nas zsyłając gwałtowne i obfite opady deszczu. Leje konkretnie, na szczęście to nie burza i chronimy się pod drzewami. Deszcz od odchodzi tak szybko jak nadszedł i wychodzimy na drogę. Nastrój jest wspaniały, nagrzany wcześniej asfalt paruje teraz gwałtownie. Słońce wynagradza nam ten incydent i teraz intensywnie ogrzewa nas swoimi promieniami, powietrze przesiąknięte wilgocią i zapachem lasu robi się rześkie. Oddychamy pełną piersią, aż miło wsiąść na rowery i pomału toczyć się do przodu..bez celu..bez pośpiechu..

Docieramy do kolejnej nieistniejącej wsi. Trójca to tylko kilka zabudowań, kierujemy się stąd po raz kolejny tego dnia do Rybotycz. Droga zdaje się być zapomniana przez Boga i ludzi. Asfalt dziurawy, pofałdowany, zero samochodów, dopiero w Posadzie Rybotyckiej mija nas jakieś auto. Z Rybotycz wspinamy się do Kopyśna. To kolejna nieistniejąca już wioska. Dzisiaj stoi tam jedno gospodarstwo oraz stara cerkiew. Kompletne bezludzie, na szczytowych łąkach porośniętych wysoką do pasa trawą postanawiamy rozbić biwak. Udeptujemy placyk na namiot, rowery przykrywamy płachtą, w wysokiej trawie są zupełnie niewidoczne. Rozpalamy ognisko i smażymy kupioną wcześniej w Huwnikach kiełbachę. To lubię, ciepło ogniska, skwierczenie smażonej kiełbasy, piękny zachód słońca w kolorze czerwonym. Śpiew zdenerwowanych naszą obecnością ptaków i szum wiatru w trawach...to lubię.

dystans 86 km
średnia 15,01
czas 5,30


Wtorek

Następny dzień wstaje od samego rana piękny i pogodny. Te ptaki to trochę przeginały w nocy. Może wieczorem to było przyjemne ale te krzyki przez całą noc trochę mnie wkurzyły. Przynajmniej nad ranem ochrypły i odpuściły sobie więc mogłem spokojnie pospać. Gdy wstaję i spoglądam na zegarek to od razu widać, że akurat teraz wypadają jedne z najkrótszych nocy w
roku. Jasno już od dawna, wydaje mi się, że już dosyć późno, a tu niespodzianka 6,30. No nieźle, na urlopie dawno o tej porze nie wstawałem. Ale nic, jak już wstałem to pomału krzątamy się przy porannych czynnościach. Toaleta niestety odpada gdyż brak wody.Po spakowaniu odnajdujemy czerwony szlak i gramolimy się po jego znakach na Kopystańkę. To najwyższe
wzniesienie na Pogórzu Przemyskim. Szlak trochę zarośnięty, dopiero ostatni podjazd na szczyt elegancko wykoszony.

Szczyt też ładnie przystrzyżony. Z góry fantastyczne widoczki. Pogoda sprzyja, po błękitnym niebie wolno przesuwają się białe chmurki. Widoczność dobra, wokół nas roztaczas się górska kraina. W dali majaczą Bieszczady, całkiem niedaleko znane nam już Góry Słonne. Niziny ukrainy przyciągają wzrok, a gdzieś tam daleko wyłaniają się chyba zabudowanie Birczy. Trudno
opuszczać to piękne miejsce. Nasza dalsza trasa wiedzie nadal czerwonym szlakiem. Teraz jest on już totalnie zarośnięty. Trawa sięga powyżej pasa, a ledwo widoczna ścieżka miejscami zupełnie ginie w jej gąszczu. Gdy wjeźdżamy do lasu dochodzi jeszcze błoto. Często trzeba schodzić z roweru, spotykamy turystów, obie strony są zaskoczone tym spotkaniem. Gdy docieramy w końcu do lepszej drogi staramy się nadrobić stracony czas. Widoczny w dali zjazd kusi i zachęca, ruszamy nim chociaż już wiemy, ze nasze czerwone znaki już zginęly powędrowały w innym kierunku.

Jednak śmigamy w dół, grzechem by było nie wykorzystać takiej fajnej drogi. Wylatujemy na asfalt kawałek przed Posadą Rybotycką.Stąd kierujemy się na Łodzinkę Górną, a dalej leśnymi drogami w stronę Leszczawy. Jesteśmy zaskoczeni gdy jadąc jakąś zagubiona drogą wylatujemy nagle na ogromne lotnisko. Gładki, doskonałej jakości asfalt robi duże wrażenie. Rzadko udaje się trafić ni z tego ni z owego na taki obiekt w lesie. A przed nami jeszcze jadna atrakcja, zjazd do Leszczawy zaczyna się niewinnie, jednak już po chwili robi się stromy, kręty i nie widać końca. Zza kolejnych zakrętów wyłaniają się dalsze odcinki drogi opadającej w dół. Trwa to ładną chwilę, na tyle długo, że gdy na dole zatrzymujemy się już przy głównej drodze wiatr jeszcze długo szumi nam w uszach.

Tutaj przeżywamy chwile rozterki, włóczyć się jeszcze po tych pięknych okolicach i wracać pociagiem do domu czy już teraz skierować się na zachód i podjechać bliżej domu , a przy okazji zaoszczędzić kilka złotych na transporcie. Przekonuję Pita, że może warto zobaczyć jak prezentuje się Pogorze Dynowskie. Ruszamy więc w stronę Birczy i skręcamy na Dynów. Już tutaj widać jak bardzo okolica rózni się od tej sprzed kilku godzin. Lasy jakieś przerzedzone, wzdłuż drogi pola uprawne, wioski gęściej zabudowane, ciagną się przez wiele kilometrów. Tylko podjzady nas nadal nie oszczędzają, a nawet odnosimy wrażenie, że dają nam jeszcze bardziej po kości. Są też serpentyny, droga do Dynowa dłuży się, a jeszcze na dodatek gubimy trasę i kosztuje nas to co najmniej 20 dodatkowych km.

Nie jest dobrze gdyż nasza mapa kończy się w tych okolicach. Nadzieja, że w Dynowie coś kupimy gaśnie coraz bardziej w miarę upływania kolejnych godzin. Wiem dobrze, ze po godz. 15 t
akie miasteczka zamierają i w zasadzie tylko sklepy spożywcze kontynuują działalność.Moje obawy potwierdzają się, gdy docieramy do Dynowa jest 17 i miasteczko wygląda jak wyludnione. Pocieszamy się obiadem zjedzonym w knajpie, a o dalszą drogę rozpytujemy dobrych ludzi. Dostajemy cynk, żeby kierować się na Domaradz. Droga podobna ładna, mały ruch, górki,
lasy. No więc lecimy, trzeba pomału myśleć o noclegu. Na początku nie wygląda to zachęcająco jednak dalej rzeczywiście robi się przyjemnie. Okolica bardzo ładna, łagodne pagórki porośnięte lasami cieszą oczy i wyglądają bardzo zachęcająco. Nie możemy jednak wybrać się tam gdyż bez mapy to trochę ryzykowne. Tymczasem nadal nie ma dobrego miejsca na nocleg. Niby
mało domów ale już kilka lokalizacji przepadło z róznych powodów. W końcu po długim podjeździe wjeżdżamy w las. Za nim obszerna łąka otoczona z trzech stron drzewami. Z czwartej strony otwarta przestrzeń z widokiem na pola. W zasadzie jesteśmy tylko kilkadziesią metrów od drogi lecz las skutecznie tłumi odgłosy samochodów. To dobre miejsce, zostajemy tu.


Już po chwili jesteśmy zmuszenie odpierać zaciekłe ataki komarów i zgraji much. Muchy są upierdliwe ale przynajmniej niegroźne. Za to panie komarzyce daja nieźle popalić. I tak kończy się kolejny dzień.

dystans 104 km
średnia 17,13
czas 6,04


Środa

Noc mija bez przygód, rano leniwe pakujemy bety i wolno rozgrzewamy zastane mięśnie. Dalej jedziemy w ciemno.Co to jest ten Domaradz ? W naszych rozmowach urasta on do rangi ziemi obiecanej. W końcu jest DOMARADZ. Miasto to czy wieś.? W sumie nie wiadomo, widomo natomiast, że nadal nie mamy mapy. Błąkamy się po miasteczku i dopiero na stacji benzynowej kupujemy mapę samochodową woj. Podkarpackiego.No cóz, nie ma tu leśnych dróg ale przynajmniej te boczne asfalciki są zaznaczone. Teraz już bez przygód lecimy przez Strzyżów, Wiśniową w kierunku Frysztaka. Jeszcze tylko odbijamy na Stepinę, oglądamy bunkry kolejowe i kierujemy się na Brzostek.

Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Ja już po kilku km docieram do Błażkowej gdzie przebywa aktualnie moja rodzina. Natomiast Pit zmierza przez Pilzno do Dębicy. Jak się jednak później okazało zmienia plany i przez Czarną ( to tam gdzie bracia Bieniasze mieszkają ) dociera do Tarnowa skąd pociągiem odjeżdża do Krakowa.

dystans 75 km
średnia 20,95
czas 3,35




I to tyle, pozostał tylko niedosyt, że tylko 4 dni spędziliśmy na rowerach. Szkoda, że tak dużo asfaltów było na naszej drodze. Jednak szlaki Gór Słonnych nie są sprzyjające rowerzystom z sakwami. Teraz być może wybrał bym się tam bez namiotu, w każdej praktycznie wsi są jakieś gospodarstwa agroturystyczne i z noclegiem nie ma problemu. Teren jest dosyć rozległy ale
pocięty siecią gorszych lub lepszych dróg i dotarcie do nawet sporo oddalonej wioski nie stwarza problemów. A sakwy jednak ograniczają mobilność.

Wrażenia estetyczne znakomite, teren piękny, bezludny, miejscami dziewicza przyroda, często ślady tragicznej historii tych ziem. Bardzo podobne okolice do Beskidu Niskiego.

Bardzo polecam !!

Piotr Furmański

Galeria z wyjazdu