Kralova Hola..ponad chmury.. 15.08.2004

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 19 stycznia 2006 12:55:48


Ta górka od dawna mnie nęciła więc teraz gdy tylko nadarzyła się okazja nie zastanawiałem się długo i wraz z kumplem skoro świt wyruszyłem na południe. Granica w Łysej Polanie to już praktycznie bezużyteczny rekwizyt. Rola panów tam pracujących ograniczyła się do zerknięcia w paszporty i powiedzenia - Do Widzenia. Na Słowacji cudowne widoki na Tatry. Lecimy na Poprad, a potem odbijamy na Bańską Bystrzycę. W dali już widzimy nasz cel. Dzięki ogromnemu przekaźnikowi zbudowanemu na szczycie Kralova Hola jest łatwo rozpoznawalna. Nie dodaje to jej uroku ale za to widoczna jest z daleka. Szczerze pisząc to nie sprawia wielkiego wrażenia i nie wygląda na te swoje 1984 m. No ale jesteśmy jeszcze daleko, zobaczymy co będzie dalej.

Kralova
Wąska droga wije się między górami i prowadzi przez wioski, które swoją egzystencję zawdzięczają obfitości grzybów i jagód. Stojący na poboczach cyganie wręcz wchodzą pod samochód eksponując swoje towary. Istne oblężenie, nawet nie ma się gdzie zatrzymać aby zerknąć na mapę bo zaraz by nas otoczył tłum grzybiarzy. Mijamy misteczko Telgart i rozglądamy się za miejscem na zostawienie auta. Już jesteśmy u podnóży Kralovej Holi. Z bliska robi jeszcze mniejsze wrażenie. Szeroka trawiasta kopuła wydaje się blisko, dosłownie o rzut kamieniem. Wysokość też nie powala na kolana. Zostawiamy auto w Cervena Skala na placyku obok stacji szynobusu i jedziemy asfaltową drogą w kierunku wioski Sumiec.

Podjazd jest stromy i szybko zaczynamy nasiąkać potem. Błękitne niebo zapowiada fajną pogodę. W Sumcu zatrzymujemy się na chwilę na ryneczku i studiujemy stojącą tu mapę. Nie ma problemów orientacyjnych, w górę prowadzi wyraźna droga. Cały czas wspina się w górę, nie jest bardzo stromo ale nie ma chwili wytchnienia. Szutrowa nawierzchnia biegnącą przez las to jest to co lubię. Uwielbiam takie podjazdy. Im wyżej tym coraz szersze widoki ukazują się naszym oczom. Powietrze jest przejrzyste i już mlaskamy na myśl o panoramie czekającej nas na szczycie. Na przełęczy Predne sedlo węzeł szlaków i " Wóz Drzymały" Nawierzchnia drogi zmienia się na asfaltową i bez przerwy wznosi się w górę.

Coraz częściej mijają nas samochody z lotniami na dachach. To już prawie epidemia, co kilka minut terenówy zakłócają ten sielski nastrój i rykiem silnika mącą błogą ciszę.Wokół nas zmienia się krajobraz gdyż właśnie wyjeżdżamy ponad granicę lasu. Słońce zaczyna konkretnie świecić ale nie idzie za tym ciepełko. Podmuchy zimnego wiatru smagają nas niczym biczem. Pomimo tego z dużą przyjemnością korzytamy ze źródełka wypływającego ze stoku. Mozolnie kręcimy korbami i co chwilę zerkamy na doskonale widoczny już maszt przekaźnika. Już niedługo powinniśmy zobaczyć Tatry. Na razie są jeszcze zasłonięte ale przed nami zakręt w lewo za którym spodziewamy się zobaczyć postrzępione tatrzańskie szczyty.

Kręcimy żywiej i niestety czeka nas rozczarowanie, jeszcze jesteśmy za nisko. No cóż trzeba obejść się smakiem i dalej dawać w galerach. Przed nami znów zakręt, jeszcze tylko kilka depnięć, chwila niepewności i w końcu naszym oczom ukazują sie ośnieżone szczyty. Aż milej jedzie się w takiej scenerii. Jest wspaniale, stromo wznoszące się serpentyny, w dali potężne góry, czuję się jak na Tour de France. Do szczytu pozostało w lini prostej jakieś 200-300metrów ale droga wije się i wymalowane na niej znaki informują nas, ze pozostało nam jeszcze 1000 metrów do celu. Już blisko, wstępują w nas nowe siły i energicznie posuwamy się w górę. Jeszcze 500, 300, 100 metrów i w końcu meldujemy się na górze. Zerkam na licznik, dobija do dwóch godzin efektywnej jazdy.

Na szczycie sporo ludzi, jest też kilku rowerzystów. Wyjaśnia się zagadka z samochodami wiozącymi lotnie. Cały szczyt usiany jest kolorowymi lotniami wokół których krzątają się ludzie. Wygląda to na jakieś zawody. Wrzucamy coś słodkiego na ruszt i robimy małą sesję zdjęciową. Widoki są zarąbiste, Tatry widać jak na dłoni, robią stąd piorunujące wrażenie. Stygniemy i zaczyna się robić zimno pomimo operującego non stop słońca. Pakujemy się w nasze kurteczki rowerowe i ruszamy zwiedzać okolice. Kawałek od szczytu efektowne skałki. Stąd widzimy jak pierwsze lotnie zaczynają wzbijać się w powietrze i chociaż zdaje się, że krążą cały czas na tej samej wysokości to po kilku minutach widać wyraźnie jak nabierają wysokości i po chwili zmieniają się w mały punkcik na niebie. Zafascynowani idziemy bliżej obserwować z bliska moment startu. Nie wygląda to na strasznie skomplikowaną sprawę ale chyba bym się nie odważył. W pewnym momencie przyczepia się do nas jakiś gostek, smęci coś o parku narodowym i pokazuje na nasze rowery. Wiemy, że to park i jest zakaz jazdy po szlakach ale przecież my nie jeździmy tylko podeszliśmy z rowerami kilkadziesią metrów obserwować lotniarzy, rowery leżą sobie spokojnie na trawie. Tłumaczymu to facetowi ale ten cały czas bredzi coś o "pokutu ". W końcu ignorujemy gościa i wracamy do obserwacji zawodów. Facet stoi jeszcze chwilę i w końcu odchodzi.

My też długo tu już nie bawimy i pomału zaczynamy naszą wspaniałą przygodę ze zjazdem w dół. Wiatr szumi w uszach, droga która wydawała się płaska nagle zmienia się w dziurawy trakt pełen nierówności i pułapek na pędzace rowery. Puszczam wodze fantazji i klamki hamulcowe, ciary chodzą mi plecach, rozsądek nakazuje uruchomić mechanizm hydrauliczny ale dłonie robią się sztywne i nie poddają się woli mózgu. Cyfry na liczniki zmieniają się w błyskawicznym tempie, łańcuch uderza po zębatkach, a opony jęczą poddawane próbie sił. Łykam kolarza na soszówce, który na swych cienkich oponkach nie ma szans z nami na tej drodze. Sporo osób jedzie na rowerach pod górę. Fajnie tak teraz obserwować ich zlane potem twarze podczas gdy my łykamy kilometry z adrenaliną we krwi. Ufff... już Sumec. Dosłownie kilkanaście minut i już jesteśmy na dole.

Dystans - 31 km.
Średnia - 12,28
Czas jazdy - 2godz.32 min.


Galeria z wyjazdu