Maraton w Nowinach k/Kielc - 28.05.2005

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 21 stycznia 2006 11:56:42


Było gorącą, bardzo gorąco, już jadąc autem o godz. 7.30 czujnik wskazywał temperaturę 22 stopni. W oczekiwaniu na start ustawiliśmy się w cieniu rzucanym przez bramkę startową. Start następuje kilka minut po 11. Początek wiedzie drogami asfaltowymi po odkrytym terenie. Tempo jak zwykle szybkie, fragment dziurawą drogą gruntową. Obłoki pyłu spod kół wciskają się wszędzie tam gdzie ich nie trzeba..usta, oczy, nos. Jak zwykle już po chwili mija mnie Radar, który z zupełną swobodą znika po kilkunastu sekundach z mojego pola widzenia. Zaczynam już pić, nie ważne, że jeszcze nie czuję potrzeby. Przy tej temperaturze trzeba pić ile wlezie czy się chce czy nie chce. Krótki podjazd asfaltem i wjeżdżamy w las. Tempo spadu, stawka się stabilizuje i wąż kolarzy przesuwa się wąską dróżką.

A dalej coś dla twardzieli. Podjazd pod stok narciarski nie jest może bardzo stromy ani bardzo długi. Jednak wystawiony na ekspozycję słońca okazuje się wręcz killerem dla bikerów. Zaciskam zęby i raczej siłą woli niż mięśni wdrapuję się na szczyt. Potem długi zjazd, sporo interwałów, kilka podejść, miejscami piasek. Na bufetach ograniczam się do tankowania bidonów i bananów.
Dziwne ale jedzie mi się dobrze, uzupełniam płyny w każdym nadającym się do tego miejscu. Uważam, że w tych warunkach to będzie miało decydujące znaczenie. Póki co średnia kształtuję się w granicach 18 km. Nie jest źle, jeśli mam być szczery to jestem zaskoczony gdyż ostatni tydzień raczej nie spędziłem w sportowy sposób. Mało jazdy, zamiast makaronukiełbasa z grilla i ogólnie tak trochę skapcaniałem.

Ale nic to , jak jest para w nogach trzeba smarować ile się da. Wrzucam na ruszt żelek o smaku truskawki ( paskudne te żelki ), obficie popijam wodą. Trasa bardzo podobna do tej z ubiegłego roku, poznaję szereg miejsc, m.in. hopki , mrowisko, fragment drogi o czerwonym kolorze oraz długi asfaltowy odcinek prowadzący przez jakąś wieś. Stok narciarski też był w ubiegłym roku ale tamtym razem śmigało się z góry. Tymczasem w kilka minut po zjedzeniu ohydy dostaję ogromnego powera. Do rozjazdu pozostało już tylko kilka km, a ze mną dzieje się coś dziwnego. Czuje wprawdzie zmęczenie ale nogi aż rwą się do kręcenia na twardych przełożeniach. Zaczynam jechać niczym w transie, mijam zmieniającego flaka Sławka, potem dostrzegam pomarańczową koszulkę Pita z Cyklokraka. Wciskam mocniej starając się go dogonić. Jedzie się naprawdę dobrze i nawet nie zauważam kiedy mijam Pita. Za to on mnie zobaczył lecz akurat w tym momencie furkot sflaczałej opony zastopował go na jakiś czas w tym miejscu.

A ja nadal go gonię, wypatruję pomarańczowej koszulki, już Nowiny, rzut oka na komputer pokładowy. Czas 2.58, godzina do zamknięcia wjazdu na PRO. Nie ma się co zastanawiać, szybko przemykam obok rozjazdu i lecę na drugą pętle. Trasa trochę skrócona, przejazd przez ciemny tunel gdzie panuje przyjemny chłodek. Potem znów podjazd asfaltem i wjazd do lasu. Zaczynam myśleć o podjeździe obok wyciągu. Tak raczej bez entuzjazmu do niego podchodzę no ale co zrobić. Trochę odpuszczam z tempem. Tuż przed podjazdem jacyś goście oferują zimny prysznic z węża. Korzystam skwapliwie i mokry o przyjemnie schłodzony zrzucam na młynek i atakuję podjazd. Tym razem jest zdecydowanie gorzej. To walka z górą, z upałem , z samym sobą. Nachodzą mnie wątpliwości czy warto tak się męczyć.

Gdzieś w połowie stoku widzę Expressa , który wyraźnie walczy z kryzysem. Jak się później okazało ma problemy z przyjmowanie płynów, a jak wiadomo bez nich dzisiaj nikt nie powalczy. Po podjeździe znów jazda leśnymi duktami. Jadę za dziewczyną w pomarańczowej koszulce. Udaje mi się ją wyprzedzić. Dopiero potem dowiaduję się, że to Kaśka Szczurek.

Na stromym zjeździe poprzecinanym dużymi korzeniami nie zachowuję należytej uwagi i wywijam klasyczne OTB. Podrywam się szybko, oceniam straty. Kierownica skrzywiona, szybko ja prostuję, w rowerze cos brzęczy ale jedzie, przełożenia działają. Pani z obsługi pyta się czy wszystko ok. Chyba tak, zbieram się i lecę dalej. Ale to już nie to, coś się stało. Stało się coś nie dobrego. Jak gdyby przy tym upadku uszła ze mnie para. Dopada mnie kryzys...potężny kryzys i nie zawaham się użyć słowa megakryzys. Nagle trasa zamienia się w usiany przeszkodami tor przeszkód. Przełożenia staja się strasznie twarde, nawet młynek sprawia wrażenie jak gdyby przybyło mu trybów. Mentalnie nie czuję się wcale lepiej, czarne myśli nachodzą i rujnują moją psyche.
Nogi zmieniają się w kłębki waty. Rozpaczliwie odczytuję wskazania elektroniki. Tętno nie ma szans wzrosnąć ponad 140 uderzeń. Do mety pozostała co najmie 90 minut jazdy,a znak minus przy wskazaniu prędkości informuje cały czas o zaniżaniu średniej.

To co się teraz dziej ze mną wykorzystują inny. Dochodzi mnie Kaśka Szczurek, potem dochodzi mnie Janusz z Cyklokraka. Muszę z tym coś zrobić, moje usilne próby mocniejszego depnięcia nie przynoszą efektów. Jeszcze strome podejściem walka z komarami. Nawet zjazdy nie przynoszą wytchnienia, maślane nogi nie podejmują walki z nierównościami i zaczynam nawet na zjazdach tracić tempo. Korzystam z płaskiego odcinka, szybko wlewam w siebie prawie cały żel. Potem w odstępie kilku minut wypijam prawie cały bidon wody. Na bufecie jak zwykle tankowanie ale wrzucam tez na ruszt kilka ciastek. Walczę dalej, dogania mnie grupka kolarzy wśród których widzę Sławka. Zmienił gumę i już mnie dogonił. Podrażniona ambicja mobilizuje mnie do działania. Staram się trzymać koło. Trwa to wszystko kilkanaście minut. O dziwo udaje mi się utrzymać za grupka, nawet czasami mam ochotę łyknąć co słabsze osoby ale rozsądek bierze górę. Dopiero co zwalczyłem kryzys nie zamierzam teraz szafować siłami. Jadę sobie spokojnie w ogonie tej grupki i docieramy tak na ostatni bufet. Widzę tutaj Janusza. Jestem trochę zaskoczony, że udało mi się zniwelować stratę do niego. Liczyłem się ze strata co najmniej kilkunastu minut, a tutaj niespodzianka, zanosi się, że nie powinna być większa jak 3-4 minuty.

Na bufecie ograniczam się tylko do zatankowania jednego bidonu i jakiegoś ciastka. Do mety jadę już spokojnie. Jestem już zmęczony, to nie kolejny kryzys, to już zwykłe wyczerpanie organizmy, nogi bolą, ręce cierpną od kierownicy. Wjeżdżam do miasteczka. Tablice reklamowe informują, że to już Nowiny. To już koniec, na asfaltowych drodze przyspieszam i oglądam się za siebie. Jest pusto, nie ma sensy zarzynać się na koniec. Tracę ducha walki i spokojnie wjeżdżam na stadion.

Piotr Furmański