Maraton w Wiśle - 14.05.2005

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 23 stycznia 2006 22:31:52


Początek standartowy, jedynie problemy z samochodem wytrąciły mnie z odpowiedniego rytmu. Otóż tuż przed Bielskiem okazało się, że pedał hamulcowy zrobił się jakiś miękki ,a skuteczność hamowania ogromnie spadła. Jakoś jednak doturlikałem się do Wisły i starałem nie zaprzątać sobie głowy w jaki sposób auto z czterema facetami i 4 rowerami na dachu wróci do Krakowa. Na miejscu formalności. Pomimo że wpłaciłem kasę dopiero w czwartek pani w kasie nie zażądała dopłaty 10 zeta. W reklamówce fajna koszulka, tylko ten wzór mi nie pasuje. Wolałbym żeby zamiast Gatorade było coś bardziej ogólnorowerowego. Poza tym bidon, jakiś baton i trochę pierdołów. Ciekawe chipy, mocowane do lewego golenia.

Osoby z hamulcami tarczowymi miały trochę problemów z ich montażem gdyż przewód trochę się z nim gryzł. Sprawdzenie odczytu chipa i już stoimy na starcie. Sporo osób ale bez przesady. Start szybki i już po chwili pierwsza kraksa. Dwóch gości leży na asfalcie. Jeden z nich w przypływie złych emocji zdecydowanym ruchem kopie rower drugiego. Peleton od razu reaguje i ludzie krzyczą numer tego kopiącego co by umieścić go na forum. Niestety w tej chwili nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć co to za numer więc w obawie przed pomyłką nie będę go przytaczał. Wracamy do trasy, start jest szybki lecz już po chwili podjazd pod Trzy Kopce skutecznie zwalnia towarzystwo. Asfaltowy podjazd jest stromy i długi. Nie lubię takich , nie jestem rozgrzany, przeżywam tu ogromne katusze, z jednej strony chcę szybko jechać lecz zadyszka i wskazania pulsometru sprowadzają mnie na ziemię. Zdobyte doświadczenie też podpowiada, że maraton to długi wyścig i jak się rozkręcę to zdołam odrobić to co teraz stracę.

Kręcę więc spokojnie, mija mnie Radar, a po chwili Michał, który przyjechał ze mną autem. Podjazd ciągnie się bardzo dlugo , na pewno ma 5-6 km. Już pod szczytem zaczynają pękać pierwsi ściganci , którzy przeliczyli się z siłami. Ja jakoś nie podkręcam tempa ale już czuje się lepiej i pomału lecz zdecydowanie wspinam się do góry. Kilka km. pofałdowanej trasy i już zaczyna się zjazd do Brennej. Robi się przyjemnie, nie oszczędzam sprzętu, na zjazdach staram się odrobić to co straciłem wcześniej i nawet udaje mi się łyknąć sporo osób. Końcowy zjazd do Brennej wiedzie wąskim asfaltem i pozwala rozwinąć prędkości powyżej 6 dych. Wylatuję na główną drogę i asfaltem kręcę przez wieś.

Taka jazda to prawie odpoczynek pomimo, że utrzymuję tempo około 30km/h. Tym razem ja dochodzę Michała ,kilka słów i zostaje w tyle. Mijam drugi już bufet, kubek picia, połówka banana i lecę dalej. Po chwili zaczyna się długi podjazd. Najpierw po betonowych płytach, potem dobrą szutrówką. Podjazd jest długi i miejscami bardzo stromy. Coraz więcej osób daje z buta. Ja nie poddaję się łatwo i udaje mi się wjechać bez zsiadania z roweru. Stawka już się wyrównała i każdy jedzie swoim tempem. Podjazd wyprowadza w końcu na obszerną łąkę. Wydaje się że jest płasko ale jakoś strasznie ciężko się tu jedzie. Potem jeszcze tylko kilkaset metrów i już
pojawia się rozjazd na drugą pętlę.

Nawet się nie zastanawiam, rozkręciłem się już i jedzie się bardzo przyjemnie. Znów zjazd do Brennej , tym razem z przygodą. Urywa się torebka podsiodłowa ,na szczęście kieszeń w koszulce jest obszerna i spokojnie udaje się tam ją zmieścić. Dopiero po kilku minutach okazuje się, że brakuje również bidonu. Znów przejazd przez Brenną , tym razem zatrzymuję się na bufecie i uzupełniam płyny. Nie mają niestety małych butelek, które mógłbym wziąć ze sobą. Znów zaczyna się ten długi podjazd. A mi jedzie się już teraz super. Nie szaleję jakoś ale jadę zdecydowanie i bez przerw. Po drodze mijam dużo ludzi. Duża część to osoby z pierwszej pętli. Widać to po nich, jak prowadzą rowery, a gdy tylko usiłują usiąść to kończy się na gwałtownym ruchu kierownicy i koniec jazdy.

Znów łąka, i zaraz rozjazd na metę. Fajny zjazd wąską ścieżką, łykam tutaj dużo osób, które czują strach przed stromymi zjazdami. Wyjeżdżam na ulice Wisły, daję ostro po pedałach, wyprzedza mnie jeden twardziel, który nie wiem skąd się wziął za mną i już jestem na deptaku. Po przejeździe przez metę gościu z obsługi pyta się jaki dystans. Zatrzymuję stoper, który wskazywał 2,59 . Dystans tylko 43 km. To taki minimaraton , raczej wyścig XC. Trasa miała liczyć 60 km lecz została z niewiadomych powodów skrócona. Nie ma takiej satysfakcji jak prawdziwy maraton ale i tak przyjemnie stać sobie teraz na mecie i dzielić ze znajomymi wrażeniami z trasy. Wynik nie najgorszy, ocieram się o pierwszą setkę. Trzeba powiedzieć jednak, że konkurencja jest chyba mniejsza niż na drugiej lidze.

Sporo przypadkowych osób, skuszonych wizją udziału w maratonie. Widać to po czasach, sporo ludzi na dystansie mini ( około 20 km) ma czasy ponad 3 godziny. Mój czas to równe 3 godziny według organizatorów. To dobrze świadczy o metodzie pomiarów. Początkowo jestem 89 ale po weryfikacji wyników ląduje na 105 miejscu OPEN oraz 21 w kategorii M3. Bardzo dobrze wypadł RADAR - 26 miejsce, a biorąc pod uwagę, ze startował z tyłu i dużo stracił na wyprzedzanie to dobry wynik. Mój kumpel Pit dojechał 9 minut przede mną chociaż spodziewałem się, że dołoży mi więcej. Ogólnie impreza bardzo udana, przyjemna.

Myślę że pan Grabek stworzył ciekawą konkurencję dla swojego byłego wspólnika. Wprawdzie wydaje mi się, że z uwagi na dystanse impreza ta adresowana jest do innej grupy osób lecz warto przejechać się tym bardziej, że kolejne lokalizacje tych maratonów są bardzo atrakcyjne

Piotr Furmański