Maraton w Złotym Stoku - 11.06.2005

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 25 stycznia 2006 17:43:25


Ten maraton od początku był inny od dotychczasowych. Przede wszystkim ze względu na pogodę. Szarobure chmury przesłoniły całe niebo i nie pozostawiały wątpliwości co do tego jaka pogoda będzie przez najbliższe kilka godzin. Na miejsce przyjechałem wcześnie i po załatwieniu formalności zapadłem w drzemkę. Obudziły mnie intensywne uderzenia kropel deszczu o dach samochodu. Zapowiada się ciekawie....leje na całego. O godz. 10 opady zaczynają zanikać, a ja zaczynam pomału przygotowywać sprzęt i siebie.

Kilka rundek na rowerze po Złotym Stoku i ustawiam się na starcie. Chwilę przed startem zaczyna siąpić mżawka. Start.. jak zwykle, ciasno i niebezpiecznie. Już od razu trasa zbacza na błotnistą drogę o łagodnym nachyleniu. Jest mokro, ślisko i nieprzyjemnie. Jak zwykle niespecjalnie dobrze znoszę początki. Podjazd jest długi i nie szarżuję zanadto pozwalając aby organizm rozgrzał się w odpowiedni sposób. A podjazd ciągnie się i ciągnie, błoto jest na szczęście dosyć rzadkie i nie powoduje dużych utrudnień. Dopiero na zjazdach zaczynają się problemy. Trasa poprowadzona dobrymi i szerokimi szutrówkami zachęca do szybkiej jazdy. Kilka razy czuję jak przednie koło wpada w nieprzyjemny poślizg. Na szczęście udaje mi się wyjść z tych opresji i zaczynam jechać trochę ostrożniej.

Bufety nie zatrzymują mnie ani na chwilę, łapię jedynie napoje w kubkach podawane w locie przez obsługę. Po którymś z nich zaczyna się fragment nieciekawej trasy. Wspinamy się trawą stromo do góry. Bardzo nie lubię takich fragmentów. Zaczynają się problemy z napędem, nie pada wprawdzie ale do tej pory błoto i woda z kałuż skutecznie wypłukały smar z łańcucha. Już od dłuższego czasu łańcuch rzęzi niemiłosiernie, a indeksacja jest raczej umowna. W każdym razie moje DEORE nie radzi sobie z przełożeniami i wymaga dużej pomocy z mojej strony. Bardzo nieprzyjemnie korzysta się z bidonów, ustniki ubłocone i nieprzyjemnie się pije. Zaczynam korzystać z pierwszych zapasów jedzenia. Nauczony doświadczeniem z Kielc rygorystycznie trzymam się planu picia i jedzenia. Co 15-20 minut sięgam po bidon, co 30-40 zjadam jakieś węglowodany w postaci żelu lub batona.

Jestem już rozgrzany i jedzie mi się bardzo fajnie. Po trawiastym podjeździe trasa opada w dół do jakiejś wsi i tam zaczyna się najdłuższy na maratonie podjazd. W początkowej fazie jest łagodnie nachylony ale im wyżej zaczyna się robić stromo i trasa zaczyna kręcić się zakosami w górę. Taka jazda ciągnie się i ciągnie, zaczynam odczuwać pierwsze objawy zmęczenia. Jestem już wysoko w górze i wjeżdżam na wygodną szutrówkę. W oddali roztaczają się piękne widoki na całą okolicę. Droga bardzo wygodna i pomimo nachylenia szybkość znacznie wzrasta. Jestem zaskoczony gdyż od tego miejsca spodziewałem się zjazdu, a tu nadal trzeba wspinać się do góry.

W końcu jest zjazd, z lubością podnoszę się z siodełka i daję odpocząć nogom oraz tylnej części ciała : )) Jednak już za chwilę znów trzeba maksymalnie skupić uwagę gdyż bardzo niebezpieczny zjazd po kamieniach. Nie trzeba chyba tłumaczyć czym grozi stromy zjazd po śliskich kamieniach, z których te mniejsze są wielkości ludzkiej głowy. Udaje mi się pokonać tę przeszkodę bez szwanku i już zjeżdżam po brukowej drodze do jakiejś wiochy. Tutaj jest rozjazd na dystans PRO i AMATOR. Oczywiście nie ma się nad czym zastanawiać i lecę na druga pętlę. Pozostało około 30 km. Patrzę na średnią i wyliczam sobie zblizony czas przyjazdu na metę. Zaczynam odczuwać pierwsze i to dosyć mocne objawy skurczów. Przez kilkaset metrów jadę na granicy, na szczęście teraz fragment płaskiej trasy i jakoś radzę sobie z nimi. Nadal omijam bufety, jedynie na ostanim zatrzymuje się w celu dolania wody do jednego z bidonów.

Następnym wyzwaniem jest pokonanie długiego podjazd znanego z pierwszej pętli. Tym razem jest już gorzej, coraz cząeściej zrzucam na małą zębatke z przodu. Tym bardziej jestem zaskoczony, że udaje mi się wyprzedzić kilka osób. Siłą woli wdrapuję się na samą górę i na zjeździe bez dokręcanie staram się wypocząć. Nie zgadza mi się czas, po średniej wynika, że powinienem dojeżdżać na metę, a tutaj nawet rozjazdu jeszcze nie ma. Dopiero po maratonie okazało się, że organizator zmienił w ostatniej chwili trasę dokładając 10 km. Gdy dojeżdżam na rozjazd jestem już zdrowo wycięty i z przerażeniem dostrzegam, że dalsza trasa wiedzie w kierunku sporych górek. Siada mi psycha, ogarnia mnie panika, głową targaja watpliwości czy warto to wszystko robić. Udało mi się uniknąć kryzysu lecz teraz jestem przerażony, nawet spora ilość osób, które udaje mi się wyprzedzić nie poprawiają mojego nastroju.

Mijam gościa prowadzącego na płaskim fragmencie rower i z ulgą dostrzegam, że droga skręca i zaczyna trawersować widoczną górę. Jestem już wycieńczony lecz inni nie inaczej gdyż znowu udaje mi się łyknąć kilka osób. Po podjeździe odcinek przez las, potem zejście wąską i urwistą ściezką do rzeczki, którą pokonuje się kilkoma drewnianym mostkami. Na ostatnim z nich przednie koło wpada w poslizg i leżę na ziemi. Podnoszę się jednak szybko i metalowymi schodkami schodzę na ulicę. To już Złoty Stok. Teraz jeszcze tylko wjazd do szybu byłej kopalni złota. Nie zachowuję tu należytej uwagi i zamiast zakręcic o 180 stopni jadę w głąb. Na szczęście zawracają mnie jacyś goście. Kosztowało mnie to jakieś 2-3 minuty i straciłem to co uzyskałem na ostanim podjeździe. Wyprzedziło mnie przez to kilka osób, które pamiętam po ubiorach.

Po wyjeździe z szybu jeszcze jeden króciótki ale bardzo stromy podjazd i już prostą ulicą wjeżdzam na metę. Wyprzedzam jeszcze jednego gościa, których chyba kończy pierwszą pętlę i jest tak wycieńczony że nawet nie podejmuje walki.

I to już koniec.

Czas zwycięzcy 4,24
Mój czas 5,47
miejsce - 95 OPEN

Piotr Furmański