V Ekstremalny Rajd Orła Trzebinia 09–10 09 2006

Dodane przez Paweł Zwonek 'korek' dnia 22 września 2006 11:36:04


Mój tegoroczny debiut w startach rowerowych przypadł najpierw na start w Chrzanowskim maratonie, a potem na BikeMaratonie w Krakowie, w którym to miały miejsce niemiłe przejścia mojego brata – dość zresztą szeroko opisane “w mediach”. Zieloni spisali się na medal, ja zaś...cóż ukończyłem dystans Mega.

Jako że BraciaZet debiutowali w imprezie Orła w ubiegłym roku, więc także mieliśmy w planie start i w tym roku. Cóż ale życie życiem i plany wzięły w łeb. Przerwa Pita w jeżdżeniu jeszcze pewnie potrwa, ...(zobaczymy mam nadzieję że jeszcze w tym roku uda się sklecić jakiegoś wspólnego knight/winter- ridera).

Pozostało się zastanowić czy jest sens jechać na zawody “Orła”.
Pit trochę mnie namawiał więc rzuciłem wątek na forum „napieraja” czy znalazłby się ktoś chętny dołączyć do mnie. Okazało się że jest jeden gościu chętny na start w imprezie (który zresztą tez startował w ubiegłym roku, a i nazwę zespołu mieli równie swojską -Brothers Team, więc owe koligacje mnie zmobilizowały). Jeszcze wahałem się co do nazwy, czy będzie ona brzmiała w związku z tym po polsku czy po obcemu, ale Darek (którego brat tez właśnie był kontuzjowany) oznajmił mi ze jak się zgodzę to nazwę przyjmiemy od sponsora który opłaci wpisowe - chyba coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu..(jak się później okazało dostała nam się tez koszulka firmowa i płyny na trasie! Prawie jak pro...).
Tak więc na weekend zostaliśmy Peritusami.

Sobota rano, startujemy w kategorii Open I.
Trasa ok 100km rowerem, 20km pieszo kilka kilometrów kajakiem i jakieś zadania specjalne.
Zaczyna się od parkowego biegu na orientacje, fajna zabawa 18 punktów do zaliczenia na terenie parku dookoła ok.XIX wiecznego dworku w Trzebini. Pod koniec biegu okazuje się że brakuje nam jednego punktu, byliśmy tam ale nie podbiliśmy karty, cóż szybki dodatkowy podbieg, oddajemy karty i ruszamy
na rowery. Parę zespołów juz odjechało ale większość za nami, czas ruszać.

Początek łatwy, ciepły, trochę pod górkę, po asfalcie. Urywamy się jakiemuś zespołowi, mijamy Psary (nie lubię nawigować w terenie zabudowanym, tradycyjnie trochę się gubię, ale w las wjeżdżamy tak, że w końcu wiem gdzie jesteśmy). Wariant leśny niekoniecznie szczęśliwy dla Darka. Jego slicki nie pasują do otaczającego nas krajobrazu. Nie ma to jak opony uniwersalne – zawsze mam te same – i one nigdy nie zawodzą :).

Po zaliczeniu pierwszego punktu naciskam, żeby się zbierać bo z dołu już nadjeżdżał jakiś peletonik, jak się później okazuje może lepiej nie rwać do przodu, w peletonie jazda tez ma swoje uroki. Tak więc 8 osobowa grupa dojeżdża do drugiego punktu. Proponuję odjazd, trochę się rozerwało, ale do następnego punktu grupa mniej więcej cała. Tutaj okazuje się, że się rozdzielamy, a my w swojej kategorii jesteśmy na pierwszym. Wygląda bardzo fajnie, ale mój następny wariant wyboru trasy niepewny i za bardzo dookoła, dochodzą nas przeciwnicy z kategorii.
Wycieczka jest naprawdę fajna, ładne widoki, pogoda, ale reszta drogi do następnego punktu przez pola i lasy. Trochę się gubię, rywale uciekają. Dochodzimy ich dopiero na “światłach” w centrum Chrzanowa. Dobrze, że postępują zgodnie z przepisami ruchu drogowego.
Następny przystanek przy kajakach, jak nietrudno zauważyć mistrzami w pływaniu nie jesteśmy - z zewnątrz to wygląda chyba jakbyśmy walczyli na wiosła, ale nie utonęliśmy i jedziemy dalej.
Szybko mkniemy w kierunku zadania specjalnego, serce mi bije coraz mocniej bo wizja wspinaczki po 15 metrowej ściance trochę mnie przeraża. Po drodze zaliczamy zameczek w Rudnie, zjazd dość karkołomny ale żyjemy.

Ostatecznie dotarliśmy do ścianki. Od razu proszę o karę, nie będę tam wchodził. Sędziowie uparciuchy mnie namawiają żebym jednak spróbował, Darek zdążył w międzyczasie zaliczyć wejście, no cóż. Początek dość łatwy, wchodzę w jakieś szczeliny, liny mi przeszkadzają, ale przecież ich nie będę odpinał, gdzieś na górze widzę konar wystającego drzewka. Nie wiem jak takie coś jest uczepione skał, ale w sumie przydatne okazały się wspinania po drzewach u babci w sadzie. Generalnie faktycznie nie było źle, na dół nie patrzę, zjazd i znowu na ziemi. Fajnie.

Po tym wszystkim spadliśmy na trzecie, Doganiamy ekipę Igora – stary wyjadacz rajdów ekstremalnych znam go jeszcze sprzed lat z biegów na orientację, (ekipę ma chyba raczej debiutującą na tego typu imprezie), chłopak mocno wyluzowany, wygląda jakby sobie przyjechał na piknik, jest czas by trochę pogadać....to juz tyle lat. Igor musi czekać na swoich, ktoś (jest ich razem 4-ch) ma kryzys. Dojeżdżamy do BnO przed Igorem.
BnO po lesie, 6,5km – traska dla orientalistów prościuchna, zapowiadała się jako spokojny, miły spacerek. Tak mi się wydawało do momentu gdy odszedłem od punktu na skale w środku trasy. Zejście obrałem na skróty i jak się okazało było ono dość karkołomne. Pozostało mi albo wrócić do punktu i tam wrócić na trasę, albo ryzykować zejście ze skał szukając jakiegoś miejsca którym mógłbym bezpiecznie znaleźć jakiś uskok nie większy niż 2 metrowy. Niestety zanim dotarłem do łagodnego zejścia, gałąź której się trzymałem nie wytrzymała i poleciałem w dół, dobrze jednak ze zdążyłem jeszcze rzucić się w kierunku łagodniejszego spadku, ale i tak chyba zaliczyłem upadek ze skałki, w mojej karierze orientalisty najbardziej efektowny, rodzaj tych gdzie przed oczami widzi się kawałki filmów (tematyka różnorodna). Generalnie wylądowałem na ziemi i mocno się zdziwiłem gdy okazało się że mogę się jakoś poruszać. Do końca orientacji jakoś dotrwałem, a i nogi się jakoś “rozchodziły”.

Wróciliśmy na rowery, pierwsi już daleko, ekipa Igora gramoliła się na rowery dłużej od nas więc wiejemy im z oczu. Droga prosta, w większości z górki, postanawiamy jednak się gdzieś posilić, aż w końcu gdzieś w Krzeszowicach znalazł się otwarty spożywczak. I przydało się trochę dodatkowej energii bo i podjazd do następnego punktu był solidny.
Ostatecznie pojawiliśmy się na przepaku w Młoszowej, i znowu z “Adventura” z Igorem. Musieli nas wyprzedzić jakżeśmy się posilali. Teraz, czekała nas wyżera przygotowana przez organizatora. Tak się nam tu spodobało ze na etap pieszy poszliśmy jako trzecia ekipa z naszej kategorii. Osobiście liczyłem na to że skończymy zawody za dnia więc jedyne oświetlenie jakie wzięliśmy ze sobą to jakąś diodówkę którą można sobie było co najwyżej “poświecić”.

Skrupulatnie wyliczyłem że te 20 km marszu zamkniemy w 3 godziny i do domu. No ale się trochę pomyliłem, już na początku, 4.5 kilometrowy Odcinek Specjalny, który bardziej wyglądał na spacer połączony z zabawą w “wytęż wzrok i znajdź szczegół” zweryfikował moje plany. Dobrze, ze jeszcze było jasno, i Adventura w pobliżu - więcej par oczu w poszukiwaniu wstążek na drzewach.
Po zaliczeniu OS-a decyduję – urywamy się Igorowi. I udaje się. 300 metrowa przewaga stanowi tego dowód, truchtamy ale do punktu kontroli dochodzimy razem. Atak Igora, teraz on ucieka na ok.300 metrów. Widząc że nie damy rady próbuje innego wariantu i przed następnym punktem na górce w lesie znowu jesteśmy razem. Ciekawie musiały wyglądać te nasze wyścigi, takie trochę spowolnione. Zrobiło się ciemno i ostatecznie Igor nam uciekł, minęliśmy się jeszcze koło cmentarza przy ostatnim punktu przed zadaniem specjalnym i tyle o nich. Został nam jeszcze zjazd na linie, który też mnie lekko stresował, ale przed zawodami. Teraz późno, ciemno, i tak nic nie widać. Wpięli nas w liny i zjechaliśmy. Spoko. A działo się to nad “Balatonem” w Trzebini - jakieś po-wyrobisko, a obecnie kąpielisko czy jakoś tak. Trudno mi opisać bo i tak mało był widać, Ale może za dnia jest ładnie jakoś.

Pozostał ostatni punkt przed metą, krzyż na Górze Bożniowej. Lampek nie trzeba, księżyc świeci wystarczająco, krzyż widać z daleka. Im bliżej góry tym atmosfera bardziej sielska. Jakieś śpiewy na głosy. Z początku pomyślałem ze może organizator zadbał o wsparcie duchowe uczestników zawodów, urządzając na górze przyśpiewki ludowe. Wybiły mnie z tej myśli ilości opróżnionych butelek i słaba synchronizacja śpiewu chłopaków. Nawet byli skłonni pomoc nam szukać punktu bo coś niczego wokół nie było, ale podziękowaliśmy im. Póki co siedzieli nic sobie złego zrobić nie mogli. Do mety juz się szło fajnie, wariant byle do siedlisk miejskich był optymalny, a ostatnie kilkaset metrów to popis Darka. Że też przez tyle kilometrów utrzymywał ze nie może biegać :).Skończyliśmy, a jeszcze było przed dziesiątą. I trzecie miejsce. Czyli pudło.

Generalnie fajna impreza, urozmaicona, ciekawy teren, chociaz warto się choć troche przygotować, a nastepnym razem może dluższy dystans, Pit?