Głodno chłodno i do domu daleko...

Dodane przez 'As' dnia 01 października 2006 20:11:26


Czyli mój samotny powrót do domu z wyjazdu na Górę Leskowiec z dnia 1.10.2006

A miało być tak pięknie. Godzina 15 z minutami więc w głowie mi zaświtała myśl, że na 17 to na bank będę w Krakowie. Śpieszyło mi się ale miałam dość czasu w zapasie.
Na Wadowickim rynku pożegnałam się ze Wszystkimi trochę z żalem. Oni jeszcze pedałują, a ja pociągiem do Krakowa. No ale jak mus to mus. Zresztą zmęczenie już mocno dawało w kość a do Kraka 50 km za główna drogą zostało.
Już widziałam siebie siedzącą w wygodnym papieskim pociągu kiedy to na stacji PKP słyszę: NIC czyli zero. Więc odgrzebałam szybko informacje od Furmana: o pociągach z Kalwarii. No to tylko 15 km - myślę sobie -i już siedzę na wygodnej kanapie. Wyjeżdżając z dworca w Wadowicach znowu spotkałam Swoich w zielonych koszulkach; machnęli wesoło :).

Drogę na Kalwarię przemierzałam samotnie, jak na pustyni, choć traumatyczny sznur samochodów mijał mnie, od czasu do czasu trąbiąc i prawie zmiatając z drogi. Na pocieszenie wsadziłam kasztana i żołędzia do kieszeni ... to oznaka, że jesień nadeszła na dobre. Kalwaria również okazuje się nieprzychylna moim planom, pociąg na Kraków za godzinę, a drugą trzeba przesiedzieć by osiągnąć metę marzeń - dla mnie za późno. Przygodny Gość poinformował, że jest droga boczna na Kraków przez Skawinę i to zaledwie 30 km. No to decyzję podjęłam - dojadę. Po przejechaniu 10 km, następny przygodny Gość informuje, że do Krakowa zostało około 40 km.

No to już zakrawało na dzień świstaka albo pętle czasową. I zrobiło się głodno chłodno i do domu daleko. Kilka słonych łez popłynęło po policzkach. W nogach skurcze a w bidonie ostatki. I pytanie gdzie ja jestem?!
Nic to, nikt nie woła, choć z bólu ryczy ranny łoś - trzeba jechać dalej. Jakimś cudem dojechałam do Skawiny. Tam spotkałam Jarka z Mix-Electronics (chyba) machnął i krzyknął z przeciwnej strony ulicy.. ja zdobyłam się tylko na podniesienie ręki..
Bułka z parówką (na którą w normalnych warunkach nie spojrzałabym) zjedzona w pośpiechu - smakowała jak największy rarytas. Tak ciągnięta zwierzęcym instynktem dotarłam do domu.

Od dziś można mi mówić "Finka" - to taki mały "Scyzoryk":)

Bilans strat:
Okulary - sztuk jeden
Siniak na nodze - sztuk ciężko zliczyć
Zadrapania jeżynami - sztuk dwie.

PS. Za tydzień będę pytać kiedy jedziemy na następną przygodę:)

Joasia Skóra vel Finka