Debiut, czyli moja pierwsza Odyseja

Dodane przez Katarzyna Brożek 'żaba' dnia 02 października 2006 23:08:23


O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego w piątek spakowałam do auta dwa rowery i inne niezbędne rzeczy, zabrałam Andrzeja, który miał mi towarzyszyć na trasie i pognałam na zachodni kraniec Polski?
Może po to, żeby się porządnie zmęczyć w towarzystwie ludzi pozytywnie zakręconych? Żeby potem było co wspominać? Dla dobrej zabawy? Po to, żeby sprawdzić swoje możliwości? Myślę, że dla wszystkiego po trochu...
300 km jakie nas dzieliły do miejscowości Duszniki Zdrój pokonałam w niewiele ponad cztery godziny. Skupiona na jeździe nie miałam okazji, żeby się denerwować tak jak to było przez poprzednie dwa dni. Miałam klasyczną tremę mimo, że stale powtarzałam sobie w myślach, że to przeciez tylko zabawa. Zabawa. Ale to ode mnie miało zależeć czy i o której dotrzemy na trasie do wszystkich punktów ...

Dla niewtajemniczonych.
Cała zabawa polega na tym, żeby w określonym limicie czasu, w zespołach dwuosobowych, pokonać na rowerach trasę wyznaczoną przez organizatorów. Wszystko to rozłożone na dwa dni = dwa etapy.
W pierwszy dzień do pokonania były 103 km, limit czasu 10 h. Na mapie zaznaczonych było 13 punktów, do których należało dotrzeć w dowolnej kolejności i dowolną trasą.
Drugi dzień podobnie - z tym, że do pokonania 72 km, 10 punktów i kolejność ich zaliczania była narzucona przez organizatora.
W oba dni, żeby być sklasyfikowanym należało dotrzeć do połowy punktów. Za brak zaliczonego punktu lub przekroczenie limitu czasu doliczane miały być minuty karne.

Proste? Czym się tu denerwowac? Wsiąść i jechać. Punkt po punkcie. Tylko, że było małe "ale" ...
Nigdy wcześniej nie nawigowałam. Raz w życiu wcześniej jeździłam rowerem w górach (maraton w Zawoi). Zrobiłam w tym roku na rowerze nie więcej niż 1000 km. Godzinę przed wyjazdem kupiłam kompas, przy którym na szczęscie była instrukcja obsługi :) Mój partner był tak samo "zielony", tylko na szczęście rowerowo "bardziej rozwinięty" :) Stąd też wzięła się nazwa naszego zespołu "First Step".. Chociaż nie wiem czy "Całkiem Zieloni" nie byłoby lepsze :)

No, ale wrócę do tego jak było, bo o to w tej relacji chodzi. Zakwaterowaliśmy się w domu wczasowym dobrze pamiętającym czasy Gierka. Odebraliśmy numery na rower (nasz to był 34) i karty startowe na pierwszy etap, wymieniłam uprzejmości z poznanymi już wcześniej innymi napieraczami i jako, że pora była późna, postanowiliśmy że pora spać.
Budzik nastawiony na 7:30 nie miał szansy się wykazać, bo nie wiadomo z jakiego powodu dużo wcześniej byliśmy na nogach. Szybki prysznic, ostatnie "dopieszczanie" roweru, śniadanie i postanowiliśmy objechać okolicę, co by się zorientować, gdzie biegnie ten zaznaczony na mapie niebieski szlak rowerowy. Potem na miejsce startu, gdzie z daleka rozpoznałam zieloną koszulkę. I tak poznałam Dziczka! Na wstępie powiedział mi, że dobrze by było jakbym miała jakiś pisak, żeby sobie zaznaczyć całą trasę przed starem, żeby się już potem nie zastanawiać. No tak, cenna rada, szkoda, że tak późno :) Musiałam sobie radzić bez pisaka :)

15 minut przed startem wręczono nam mapy z naniesionymi punktami. Wręczono - trochę przesadziłam Powinno raczej być - 15 minut przed startem zawodnicy rzucili się i wydzierali z rąk organizatorów mapy :) Ja tez wydarłam dwie i zaczęliśmy się z Andrzejem zastanawiać w jakiej by tu kolejności je zdobywać. Wtedy zauważyłam, że punkty mają swoją żywotność. Niektóre z nich należało zaliczyć do ktorejś tam godziny, bo potem ich już po prostu miało nie być ... Do tego przy każdym punkcie podana była ilość minut karnych, jaka miała być doliczana w razie pominięcia danego punktu. Te informacje zdecydowały o kolejności zaliczania punktów. 3, 4, 5, 6, 9, 8, 13,12, 11, 10, 7, 1, 2. No tak, ale żeby zrozumieć o co chodzi, trzeba by mieć mapę przed oczami :)
Start, wszyscy pognali, my też i od razu coś mnie zaniepokoiło. Jakiś dziwny dźwięk, który wydawało moje tylne koło. Zatrzymaliśmy się, ktoś z mijających nas zawodników rzucił w naszym kierunku "Już awaria?". Szybkie oględziny, okazało się, że to źle zapięty hamulec. Podejrzewam sabotaż niewidzialnej ręki, bo wcześniej nie stukało :)

Jedziemy dalej, peleton rozbił się na dwie grupy, pojechaliśmy za tą, która według mnie jechała po właściwej stronie rzeki. Bez znaczenia i tak za kolejnym mostem wszyscy do nas dołączyli. I tak w grupie do pierwszego punktu, cały czas pod górę. Końcówkę przebyliśmy pieszo, dla mnie było za stromo. No to zaliczony pierwszy punkt - nr 3, rzut oka na mapę i jedziemy dalej. Zaliczony kolejny - punkt 4. Bułka z masłem. I za punktem mój błąd - niepotrzebnie chciałam skrócić zielonym szlakiem. Dla pieszych. Te szlaki nie zawsze nadają się dla rowerzystówr30; Teraz już to wiem :) Na szczęście na środku pola byli tubylcy, którzy wskazali nam palcem którędy do rowerowego szlaku.. Gnamy dalej już właściwą drogą, zaliczony punkt kolejny, tym razem 5. Potem punkt 6. Tam spotkaliśmy się z dwoma zespołami - ale oba rozjechały się potem w przeciwnych kierunkach. Szybka decyzja, którą dwójkę śledzić i jedziemy. Połowę drogi byłam przekonana, że jedziemy do punktu 9. Na szczęście mój czujny partner w pewnym momencie zauważył, że jedziemy na południe a nie na wschód. I dobrze, w samą porę, przyjrzałam się mapie i już wiedziałam gdzie jesteśmy :) Porzuciliśmy śledzenie we właściwym momencie, gdy rywale wybrali kierunek, który wydał mi się nieprawidłowy. Wyszło na nasze, byliśmy na punkcie 8 sporo przed nimi. Dalej czerwony szlak doprowadził nas do 9.

Odetchnęliśmy - mamy połowę. I pędem dalej na 13, gdzie czekał na nas obiecany przez organizatorów bufet. Wypiliśmy po puszce isostara i w drogę. Najważniejsze było dotrzec do 12, bo tam był najkrótszy limit czasowy - punkt miał być zwinięty o 16. Więc trzeba gnać. Los jest złośliwy. Najpierw wywinęłam orła na omszałych kamieniach. Nieźle przywaliłam sobie pedałem w kostkę, bolało, ale zacisnęłam zęby i wskoczyłam na rower, szkoda czasu. Potem mapnik. Po prostu się rozkręcił i odpadła część. Przykręciłam, ale za słabo, bo po kilkunastu kolejnych metrach znowu to samo. Ty razem już skutecznie go skręciłam. Wcześniej jeszcze zgubiłam mapę. Na wertepach odpięła się jedna napa i mapa wysunęła się a jej brak zauważyłam dopiero po kilkudziesięciu metrach zjazdur30; Ale Andrzej dzielnie pognał, żeby jej poszukać. Musiał, bo drugą mapę woził zgniecioną pod koszulką i wyglądała już nieciekawie :) Udało się - 12 zaliczona. No to z powrotem. Andrzej mówi - no to najgorsze mamy za soba, ja Mu na to - najgorsze jeszcze przed nami...

Zaliczamy 11, potem 10 - tej to sobie poszukaliśmy. Zwiedziłam koryto rzeki dosyć dokładnie :) Czas ucieka. To jednak góry, ciągłe podjazdy, zjazdy po kamieniach, wytrzepało mnie jak nigdy dotąd. Za 10 punktem zaczynam dostrzegać kryzys u Andrzeja. Zostawał w tyle, mina nieciekawa. Ale nic nie powiedziałam. Pomyślałam - teraz moja kolej, ja muszę nas ciągnąć do przodu. Do tej pory to Andrzej czekał na mnie po każdym podjeździe. Wieczorem mi powiedział, że gdyby nie to, to nie wie czy by dał radę. A mnie coś gnało do przodu. Dostałam jakiegoś kopa. Może to cudowne działanie isostaru? Czas się kończył, wiedziałam że lada moment będzie coraz ciemniej a tu jeszcze 3 punkty do odnalezienia. Na dodatek punkty rozmieszczone w lesie. Punkt numer 7. Na szlaku zielonym. Dla pieszych. Zanim dojechałam wiedziałam, co to oznacza. Myliłam się. Było gorzej. Nie dość, że wąsko, stromo, po korzeniach, to jeszcze te skały po bokach. I jeszcze do tego wszystkiego skończyły nam się płyny.

Punkt 7 był opisany - "Miejsce wypoczynku (ławki);. Ale nie dane nam było wypoczywać, bo słońce zachodziło. Jeszcze za dnia dotarliśmy do punktu numer 1. 18:50 Zostało nam 40 minut, żeby dotrzeć do 2. Przydały się nocne jazdy po lasku. Tyle, że drogę z 1 do 2 pokonaliśmy głównie pieszo. Niecenzuralnych słów, jakie cisnęły mi się na usta, gdy za kolejnym zakrętem pojawiał się kolejny podjazd tu nie przytoczę. Z przekleństw zaczęły powstawać neologizmy-przekleństwa, bo używanie tych samych wyrazów stało się nudne. W świetle czołówki oglądałam mapę i liczyłam - jeszcze 2 km, pieszo pod górę jakieś 20 minut, może zdążymy. I kolejny zakręt i kolejny morderczy podjazd a my bez sił. Los był łaskawy - dotarliśmy na szczyt! Potem już było z górki. Zaliczona 2, można pędzić do mety. Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się tak zimno. Nie daliśmy rady, trzeba było stanąć i się ubrać. Dotarliśmy na metę 20 minut przed limitem. Udało się.

Licznik wskazał 118 km, czyli 15 więcej niż chciał organizator. Chyba nie tak źle.
A potem - prysznic, kiełbasa, piwo, parę minut rozmowy z innymi, nie miałam siły. Poszliśmy spać. W końcu przed nami jeszcze kolejny dzień zmagań.
Kolejny poranek wyglądał podobnie do poprzedniego. Tyle, że mapy wyrwaliśmy 5 minut przed startem, do pokonania 72 km i tylko (?) 10 pkt. Nic mnie nie bolało o dziwo, Andrzej coś tam wspominał o łydkach, ale może żartował? 9:00. Ruszyliśmy. Znowu dwa peletony i znowu wybraliśmy ten słuszniejszy jak się później okazało. Do punktu 1 droga była krótka, ale w większości na butach. Znowu ten zielony szlak dla pieszych. Ale tuptali wszyscy w jednym rządku. Więc się pocieszyłam, że nie jest ze mną tak źle :) Do pkt 2 było prościej, cały czas na kole. Punkt 3 - nie pamiętam. Postanowiłam, że ile damy radę ścigamy peleton. Krzyknęłam, więc do Andrzeja "jedź szybko i czekaj na rozwidleniach jakby mnie nie było". Niestety długo to nie trwało, za punktem 3 zgubiliśmy naszego "pilota". Musiałam sobie radzić sama :) I w zasadzie bez problemów odszukaliśmy wszystkie pozostałe punkty. Po drodze zaliczyłam kolejnego orła. W nocy mocno popadało i pojechałam na błocie podczas któregoś ze zjazdów. Ale i tym razem szczęśliwie bez uszkodzeń :) Tylko spodnie jakieś takie ubłocone i potem wszyscy pytali gdzie leżałam. Drugi etap był łatwiejszy, bo krótszy, mniejsze przewyższenia. Dotarliśmy na metę po 6 godzinach z małym hakiem.

W efekcie zajęliśmy 10 miejsce w kategorii MIX na 17 startujących MIX-ów i 42 w klasyfikacji ogólnej na 62 startujące zespoły.
Szczęśliwi. Zmęczeni. Wracamy do Krakowa. Znowu 300 km. Tym razem już się gorzej jechało. Zmęczenie dawało znać o sobie, pewnie dlatego pomyliłam drogę i nadrobiliśmy niepotrzebnie kilka kilometrów. Ale już po 20:00 byliśmy z powrotem z Grodzie Kraka.

Szkoda, że kolejna Odyseja dopiero za rok :)