Leskowiec Trophy - 1.10.2006

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 04 października 2006 11:14:01


Ten wyjazd zapowiadał się normalnie i nic nie wskazywało na to, że będzie można powiedzieć o nim jak o tym którego będzie się pamiętać długo, z różnych powodów. Były góry, było zmęczenie, były straty, był ból, była krew, ale po kolei.

Ostatni wagon w pociągu zapełnił się całkowicie rowerami gdyż oprócz naszej kilkunastoosobowej ekipy ulokowała się tam też jeszcze inna grupa wycieczkowa. Wesoło zaczęło sie robić gdy to Joanna niby to przypadkiem :) zaatakowała Michnika swym rogiem. Bidula- naoglądał się wcześniej różnych czasopism - oj to musiało boleć. Potem MiśQ zaczął brykać do Pana Konduktora i efekt był taki, że został zdemaskowany jako kombinator i ukarany opłatą manipulacyjną.

Potem jak grom z nieba spada wieść, że gdzieś tam nawalił jakiś pociąg i nasz skład jest zmuszony do postoju. Dobrze, że stało się to już w Kalwarii gdyż podjęliśmy decyzję o przesiadce na rowery. Spory odcinek asfaltem minął szybko dzięki bojowym okrzykom MiśQ.

Nieuświadomionym napiszę - brzmią one tak: "NIE HAMUJ, K...WA, NIE HAMUJ."
Niestety tak się złożyło, że do grupy nieuświadomionych należała Joanna, która dzielnie prowadziła stawkę peletonu i źle zinterpretowała krzyk gwałtownie wciskając klamki hamulcowe.
Co działo się później to nie trzeba chyba pisać, pewnie każdy w dzieciństwie bawił się klockami domino i słyszał wierszyk o rzepce.

Na szczęście obeszło się bez strat i po małych kłopotach orientacyjnych zaatakowaliśmy szczyt Leskowca jadąc żóltym szlakiem. Lekko nie było bo droga stanęła dęba, a kamienie nie dawały za wygraną. Po krótkim odpoczynku na szczycie podjechaliśmy kawałek do schroniska. To był przedsmak tego co nasz czeka. Szybki zjazd kamienistą drogą trochę podjarał kilka osób :)

I wtedy zaczęły się pierwsze straty. Joanna uświadamia sobie, że zgubiła okulary. Razem ze.. no właśnie bo są sprzeczne opinie jak mówić na Skoliozę. Były wersje SKOLIOZ, SKOLIOZEMU, SKOLIOZOWI, SKOLIOZU.. no to w końcu jak? Może ankietę założymy i demokratyczne głosowanie się zrobi ?

W każdym razie okulary się nie znalazły. Zjazd do Ponikwii niebieskim szlakiem okazał się bardzo ciekawy i niebezpieczny. Najpierw ucierpiał Gps, który postanowił uwolnić się z uchwytu na kierownicy i odfrunął w siną dal. Znalazł się ale uchwyt podzielił się na dwa kawałki z czego jeden postanowił spędzić na tym szlaku więcej czasu...:)

Potem Michnik położył się na drodze i jeszcze śmiał narzekać, że go coś boli. Ja to nie rozumiem tych ludzi - no to po co on się kładł. Przecież wiadomo, że kamienie, że szybko, że to może boleć.

No bo jak ja wyryłem to już zupełnie coś innego. Bo ja bym nie wyrył, tylko mi kamień pod koło wskoczył, opona ześlizgnęła się do koleiny i wogóle wszystko było przeciwko mnie. I to dwa razy!! Straty - krwawiące kolano, bolący palec, rozdarty rękaw w bluzie, lekko stłuczony kask.

Zdenerwowany takim obrotem sprawy zapolowałem na Łukasza. Wypatrzyłem sobie taki spory kamyczek, słysząc jak jedzie za mną puściłem klamki hamulcowe, nabrałem sporej prędkości i tor jazdy wycelowałem idealnie w kamień. W ostatniej chwili ominąłem przeszkodę i usłyszałem za swoimi plecami krzyk grozy...i jakiś łomot....

Kurcze -nie udało się, chłopak ma dobrę technikę. W sumie to może nawet dobrze bo równy gość jest i coraz lepiej jeździ :))
Gdy wszyscy już dotarli na dół okazało sie, że i Kasia zaliczyła też kontakt z matką ziemią.
Na szczęście wszystkie te przygody skończyły sie dobrze i cała grupa mogła już spokojnie wracać do Krakowa. Jeszcze tylko kremówki w Wadowicach i lecimy w chać. Jak wróciła Jaonna można poczytać w jej relacji .
Potem odłączyli się Skolioz i Łukasz, którzy z prędkością świetlną wrócili inną drogą, a reszta grupki przez Brzeźnicę, Skawinę i Tyniec dotarła do Krakowa.

Piotr Furmański

PS. Oczywiście z tym polowaniem na Łukasza to żartowałem. Ale było tak naprawdę i martwiłem sie o tego co za mną jechał ( wtedy jeszcze nie wiedziałem kto to był )

Galeria z wyjazdu