Relacja z wycieczki w dniu 08.10.2006 roku do Ojcowa.

Dodane przez 'pocio' dnia 10 października 2006 12:00:03


O godzinie 7,00 zadzwonił budzik więc pokornie wstałem i udałem się do kuchni aby nastawić makaron. Potem toaleta poranna i już byłem gotowy do zjedzenia śniadanka (makaron z tuńczykiem i białym serem) W końcu trzeba się dobrze przygotować do wycieczki skoro Lesław ma być przewodnikiem.
Później trawiąc posiłek skorzystałem z rady Mariusza i oglądałem efektowną eksplozję silnika Ferrari.

W końcu ubrałem się wsiadłem na rower i pokręciłem w kierunku smoka.
Tu pierwsza niespodzianka ktoś poukładał wokół gada barierki. Znowu remont wyborczy.
Na całe szczęście nie byłem pierwszy więc szybko przywitałem się z uczestnikami wycieczki. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jako jedyny jestem na slickach. Nawet Marcin (cross) ubrał terenowe gumki. No w końcu to ma być wycieczka a moje slicki w Kielcach dały radę no więc czym się tu przejmować?

Wreszcie ruszyliśmy. Wyglądało to nieźle bo uzbierała się dość duża banda. Najpierw nad Wisłą potem nad Rudawą. Ze zdumieniem zauważyłem, że się nieźle kurzy. Zaczęło mi to przypominać Murowaną Goślinę z jednym wyjątkiem - było zimno.

Dojechaliśmy do Balic gdzie odbyło się odliczanie. Jest ono widoczne na zdjęciach w galerii. Aby nie przedłużać napiszę, że odliczyli Tomek, Mariusz, Krzysiek, Paweł, Łukasz, Dominik, Leszek, Jarek, Piotrek, Marcin, Mariusz, Lesław i Darek. Z przyczyn technicznych ja nie wziąłem udziału w odliczaniu. Ktoś w końcu musiał to udokumentować.
Jak widać ze składu osobowego najwięcej było Mariuszy a mama mówiła mnie, że to rzadkie imię.

No ale co tu dużo gadać, pora przestać blokować drogę i ruszać na podbój dolinek. Z początku czerwonym rowerowym szlakiem. Kiedy Furman i Jaroslawn zobaczyli zjazd do Wąwozu Kochanowskiego siłą wymusili na kierowniku wycieczki zmianę trasy. Ten na całe szczęście przestrzegł mnie przed czyhającym niebezpieczeństwem więc ten fragment trasy pokonałem asfaltem. Od razu wyjaśnię, że nie umówiliśmy się precyzyjnie w którym miejscu mam czekać na resztę grupy. Po dojechaniu asfaltem do Kochanowa próbowałem dodzwonić się do Lesława ale nie udało się. Zacząłem myśleć i przypomniałem sobie o ważnym strategicznie punkcie na trasie (sklep w Nielepicach). Udałem się tam. Dotarłszy pod niego ponownie usiłowałem się dodzwonić. W końcu telefon odebrał Mariusz (ciaposo) i mogłem rozpocząć przygotowania do przyjęcia wycieczki na pierwszym bufecie.

Pierwszy zameldował się Furman wykonując efektowną "szlajfę". Dalsza kolejność wynika ze zdjęć w galerii.
Jednocześnie grupa podjęła decyzję przez aklamacje o tym jakie napoje powinny być podawane na bufetach na maratonach. Zainteresowanych odsyłam do galerii.

Niestety ale w tym miejscu grupa nasza podzieliła się na tych "słabszych", których przez grzeczność nie wymienię, a którzy "wymiękli" i postanowili wrócić do Krakowa.
Wycieczka udała się czarnym szlakiem dalej. Na wąskim ułożonym z kostki chodniku ktoś porobił schody, po których większość jakoś zjechała.

Dojechaliśmy do niebieskiego szlaku którym to zaczęliśmy wspinać się pod górę. Niektórym tak się to spodobało, że wyjechali prawie na sam szczyt. Ale było to dość słabo oznakowane miejsce więc wkrótce okazało się, że szlak biednie inaczej. Ja postanowiłem w tym miejscu zdjąć z siebie koszulkę i dogonić grupę na zjeździe. Po wyruszeniu nie mogłem na torze motokrosowym znaleźć szlaku. W końcu się udało i na dole zobaczyłem czekających bikerów.

Rozpoczynała się Dolinka Będkowska i zjechaliśmy na czerwony rowerowy szlak. Po sforsowaniu strumienia jedni wpław (do 1/3 wysokości koła) inni po belkach z drzewa. Krzysiek zerwał łańcuch ale wbrew temu co niektórzy sądzą nie był to pierwszy raz. Wcześniej już spinał go na asfalcie. Tym razem mimo usilnych poszukiwań nie znalazł spinki i zabrał się do skuwania. Jak się później okazało nie zbyt skutecznie bo po chwili musiał poprawiać.

Dojechaliśmy do dawnej czwórki gdzie Marcin stwierdził, że ma już dość terenu i udał się po asfalcie w stronę Krakowa.
Reszta niebieskim szlakiem zaczęła się toczyć w kierunku Ojcowa. Po przerwie na ostatnie już spinanie łańcucha (znalazła się spinka oczywiście zapasowa i w zaprzyjaźnionej kieszeni) zaczęliśmy zjazd po kamieniach do Bramy Krakowskiej. Dalej deptakiem dotarliśmy do celu naszej wycieczki czyli drugiego bufetu.

Tam po obfitym i sytym posiłku (co poniektórzy łykali jak w Seksmisji pigułki) postanowiliśmy wracać Doliną Prądnika do Krakowa.
Tempo było imponujące na liczniku między 30 a 40 km/h. W końcu udało się wrócić i na wysokości ulicy Łokietka sforsować Opolską.

Nie obyło się bez strat. Już po drugiej stronie Lesław poczuł nieodpartą potrzebę kontaktu z matką naturą przez asfalt. Z perspektywy wykonał to dziwnie, ale straty okazały się dotkliwe 4 szprychy w przednim kole. Z pomocą pospieszył Łukasz za co dostał w prezencie połamane szprychy, które sam wykręcił.

W tym miejscu z oczywistych względów grupa podzieliła się na Hutę i resztę. Leszek, Paweł, Darek i ja eskortowaliśmy Lesława do domu.

Na ulicy Lublańskiej rozegrał się komiczny upadek, którego byłem autorem. Leszek zatrzymał się chcąc z nami pożegnać a ja nie mogłem wypiąć lewej nogi. Sprawdziłem jakość zamontowanego obrzeża łokciem prawej ręki. W domu okazało się co było przyczyną. Niestety ale moje spd'y nie oczyszczają się same z błota. Dotyczyło to tylko lewego. Dodatkowo blok w bucie też co nieco się przekręcił. Było kupę śmiechu i obdrapany łokieć ale pojechaliśmy dalej.
Na wysokości akademików rozstałem się z Lesławem i Darkiem. Pod blok eskortował mnie Paweł, pożegnanie z którym zakończyło wycieczkę dla mnie.

Według licznika przejechałem 79,8 km ze średnią 17,6 km/h. Dużo szybciej niż jeżdżę na maratonach. UFF!!

A to miał być lajtowy wyjazd.

Po fakcie okazało się, że zajechałem tylną piastę i chwilowo nie mam na czym jeździć. No ale trzeba reperować rower bo czeka następna wycieczka.

Tradycyjnie napiszę jechałem na czarnym crossie Unibake'u Viperze w czerwonej koszulce i czerwonych spodniach ale tym razem bez chipa i numeru.


Mariusz Potok
(pocio)