CampusCup - 1.09.2007

Dodane przez 'Andy' dnia 13 września 2007 14:37:38


Minął już ponad tydzień i udało mi się dokończyć dopiero teraz swoją relację z zawodów CampusCup, może trochę chaotyczną (bo pisaną na raty) i długą -ale inaczej nie potrafię :).

Jak napisałem, tak zrobiłem, wystartowałem w I edycji CampusCup na trasie MTB. Efekt końcowy to 5 miejsce, ok. 130 km przejechanych, czas 7:57:17.
Pomimo, że to liczby już coś mogą powiedzieć: 5 miejsce czyli niewielka konkurencja, 130 km (trasa nominalna 100 km) oznacza momentami bardzo słabą nawigację.

Zaczynając więc od początku, to sobotnim porankiem wybrałem się do Podlesic, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, aby zaliczyć drugi raz w swoim życiu maraton na orientację, tym razem samotnie (poprzednie zawody to Odyseja Kłodzka 2006 wspólnie z Żabą). Trochę ciężko się wstawało ze świadomością, że nie będzie żadnej znajomej twarzy, a z drugiej strony cieszyłem się na samą myśl, że znów będę miał okazję rywalizować z przeciwnikami, ze swoimi słabościami.

Na miejscu zawodów pojawiłem się ok. 8, więc miałem jeszcze ok. godziny żeby załatwić wszystkie formalności i stawić się na odprawę techniczną. Start o godz. 10, więc nie było potrzeby się spieszyć. Wokół Zajazdu Jurajskiego Jurajskiego Podlesiach senna atmosfera, większość uczestników wolniutko przygotowuje się do startu, a ze spowitego chmurami nieba zaczyna padać deszcz. Mam kurtkę przeciwdeszczową, więc nie mam się czym przejmować, chociaż przejechanie całej trasy rna mokro nie było moim marzeniem. Potem odprawa i już czas zaczyna szybciej biegnąć, a deszcz mocniej padać.

O godz 9:50 dostajemy mapy, a tym samym 10 minut na szybką analizę trasy. Nadchodzi godzina dziesiąta i ruszamy. Moja taktyka na początek była prosta, trzymać się najlepszych z przodu i udało się to przez 200-300 metrów. Nie, nie, taki słaby nie byłem, to też nie siła konkurentów (przed startem odnalazłem cztery nazwiska, które już przed startem można było postawić na podium: Bartek Bober w konkurencji MTB, Paweł Dybek, Piotr Hercog oraz Magda Łączak w Adventure Race), po prostu złapałem snake :). Od razu w głowie pytanie, dlaczego już teraz, przecież jeszcze 100 km przede mną. Ja mam jedno wytłumaczenie mojego nieszczęścia trzynastka w moim nr startowym (pełny nr 313). Nie ma co myśleć, zmieniam dętkę i pocieszam się, że jeszcze wiele kilometrów żeby nadrobić straty.

Ok. 10 minut na zmianę i ruszam przed siebie, tylko nie wiem dokładnie gdzie, pierwsze rozwidlenie, w prawo czy w lewo?. Jadę w prawo, mały podjazd i już widzę pierwszego marudera, który informuje mnie, że już zdążyłem przejechać pierwszy punkt kontrolny. Wracam, to tylko kilkadziesiąt metrów, skręt w lewo i jestem przy ruinach zamku Morsko. Pierwszy punkt zaliczony, a ja jestem mile zaskoczony bo spotykam kolejne kilka osób. Nie wiem co robili przez 10 minut, ale nie ma się co zastanawiać. Gnam do przodu, prosta nawigacja, wystarczy trzymać się czerwonego szlaku. Zmierzam do drugiego punktu, a w tym czasie najlepsi jadą już w przewciwnym kierunku.

Zarówno drugi, jak i trzeci punkt są zlokalizowane przy skałach, pod które trzeba podjechać. Na tym etapie wyścigu to żaden problem, przecież trzeci punkt (Skała Lechwora) to dopiero 14 km. Przy okazji rodbijania się na tym punkcie dowiaduje się, że jestem czwarty w swojej kategorii, tak więc wracam do walki o pierwszą trójkę przynajmniej tak tak mi się wtedy wydawało :).
Jazda w kierunku czwartego to początek samotności długodystansowca, ale droga wydaje się prosta i przyjemna, więc nawet padający deszcz nie jest problemem. Jednak, aby nie było za łatwo sam utrudniam sobie życie myląc kierunek jazdy w miejscowości Włodowice. Jedyne co wiem o niej to tyle, że jest. Kilka minut straty i znów podążam we właściwym kierunku. Czwarty punkt bez historii ruiny przy szlaku tak brzmi jego nazwa w opisie trasy. A dalej rzut oka na mapę i już widzę, że kolejny cel nie powinien być problemem. W pierwszej kolejności muszę przejechać przejazd kolejowy, co przy opuszczonym szlabanie jest ryzykowne. Niespodziewane jednak dostaję zielone światło. Pani w budce wie jednak co robi, pociąg jeszcze daleko, a maratończyk nie może przecież tracić cennych sekund? Przejeżdżam spokojnie obok budki pozdrawiając brać kolejarską, a w zamian otrzymuję promienisty uśmiech.

Dotarcie do piątego punktu to głównie asfalt, zresztą ta nawierzchnia przeważała w znacznej części wyścigu. Tradycyjnie już i na tym etapie drobne problemy nawigacyjne, zakończone odstępstwem od zaplanowanej trasy, jednak bez nadkładania kilometrów. Jeśli chodzi o szósty punkt kontrolny mogę powiedzieć, że znajdował się na mostku nad Zalewem Porajskim, co można uznać za pewną atrakcję pod nudnej jeździe asfaltem. Planując punkt siódmy (Pustynia Siedlecka) wyobrażałem sobie tony piasku niezpozwalającego jechać. Zanim to nastąpiło znów w gorączce zawodów nie wiedziałem co to prawa, a co lewa, więc kilkanaście minut przyjemności z nadplanowej z jazdy. Pomarańczowy-biały lampion oznaczający punkt kontrolny łatwo było dostrzec z daleka, ale dotrzeć do niego już trudniej. W piasku, pod górę z rowerem to prawie jak syzyfowa praca, ale wiem że do wykonania. Udaje się, pisk chipa oznacza w tej sytuacji zaliczenie punktu siódmego oraz pokonanie wg mapy 65 km.

Kondycyjnie wytrzymuję, czuję moc w nogach, natomiast niepokoi mnie dokuczliwy ból w prawym kolanie (niedoleczona kontuzja), który przy podjazdach i podejściach skutecznie przeszkadza w sprawnym pokonywaniu trasy. Kolejne punkty 8, 9, 10 już mam zaplanowane w głowie, kojarzę te miejsca z lipcowej wycieczki (jak to koleżanka nazwała -prawie szlakiem orlich gniazd).
Ale po kolei, do punktu nr 8 docieram asfaltem, jeszcze tylko krótki, stromy podjazd zakończony upadkiem na stojąco (nie wypięty but) i już jestem przed wejściem do jaskini Ostrężnickiej.

Aby punkt został zaliczony trzeba się nawet przeczołgać w wąskim gardle jaskini, co udało się jednak po zdjęciu plecaka. Punkt 9 wyznaczony przy ruinach strażnicy to w dużej mierze droga piaskowa czerwonym szlakiem z małą dygresją szlakiem czarnym. Dojeżdżając do tego miejsca muszę trochę pohałasować, aby obudzić drzemiącego w namiocie sędziego zawodów. Następnie powrót na czerwony szlak i tak zamierzam dotrzeć do punktu nr 10 czyli ruin zamku Mirów. Spoglądam na mapę i okazuje się, że mała niedoróbka ze strony organizatora, przyłożone do siebie dwie kartki w formacie A4 nie zachowują ciągłości. No cóż mniej więcej wiem jak jechać, tylko czy będzie to najkrótsza droga?

Nie ma co kalkulować, tylko pilnować czerwonego szlaku, ale i on jakby stracił kontakt z samym sobą. Trzeba więc go przywrócić, rozglądam się i z daleka majaczy w oddali na drzewie czerwone oznaczenie szlaku rowerowego. Już czuję się pewniej, tylko zaczyna brakować mi kontaktu z innymi osobami, ciągle samotnie, trudno znaleźć motywację żeby mocniej nacisnąć na pedały. Ruiny zamku Mirów to kolejny podjazd, z którym sobie też radzę. W nagrodę uśmiechnięta Pani sędzina pozwala "odbić się" na punkcie 10. Zanim wyruszę zdobywać punkt jedenasty czyli skały na Górze Słupsko, zdążę odpowiedzieć turyście na czym polega rywalizacja. Droga szutrowa przemienia się w asfalt, trochę mocnego kręcenia w asyście patrolującej okolicę policji i zaczynam polowanie na małą ścieżkę oznaczającą zielony szlak pieszy.
Przez ścianę lasu przebijają się skały, a podłoże wygląda na rozdeptane, więc z zimną krwią postanawiam go jeszcze trochę rozjechać. Kiedy odjeżdżam z punktu 11, mam ok.9 minut straty do 2,3,4 miejsca i ok.7-8 km do mety.

Wiem już, że ciężko będzie odrobić straty i że walkę przegrałem z nimi już wcześniej. Nie spodziewałem się jednak, że ten etap trasy będzie najgorszym momentem w całym maratonie. Zjeżdżam z powrotem do zielonego szlaku, dalej kilkaset metrów i mam dylemat czy jechać prosto czy skręcić w prawo. Zmęczenie daje znać o sobie, już trudniej zaczyna się myśleć, jadę prosto. Aby mieć pewność dopytuję idącego poboczem tubylca. Chyba mu wszystko jedno i potwierdza moją decyzję, a ja nie chcę mu nie wierzyć. Znów wjeżdżam do lasu i tak bez wiary jadę przed siebie by dojechać do kolejnej afsaltówki, gdzie kilkaset metrów dalej widzę tablicę z napisem Kroczyce. Klnę pod nosem, bo to kilka kilometrów do bazy zawodów, tylko nie z tej strony. Nie potrafię już nic wyczytać z mapy, myślę że cały wysiłek poszedł na marne, nawet nie będzie szóstego miejsca czyli szerokiego podium. Jednak ambicja mówi, że jak się coś zaczęło trzeba zakończyć i staram się wrócić do miejsce gdzie popełniłem błąd. Nie jest to proste, ale szczęśliwie trafiam na żółty szlak pieszy, którym wiem że dojadę w końcu do punktu 12 czyli skrzyżowania szlaków.

Przede mną tylko punkt 13 (jaskinia Głęboka) i meta. I znów pomyłka, skręcam za wcześnie, zamiast jechać muszę prowadzić, bo po głazach inaczej się nie da. Przecinam w ten sposób zbocze i odnajduję czarny szlak, nie pieszy (tego szukałem), ale rowerowy. Po kolejnych straconych minutach trafiam przed wejście do jaskini Głębokiej, gdzie uczestnicy trasy rowerowo-pieszej czekają na dodatkowe zadanie (chyba wspinanie po skałach ). Odbieram latarkę i wchodzę do wilgotnej, zimnej jaskini w poszukiwaniu ostatniego czujnika do pomiaru czasu. Kilka metrów w dół, zaliczone, do góry i szybko do mety. Ostatnie kilkaset metrów jest oznaczone, więc nie sposób się pomylić. Wjeżdżam na metę, gdzie witają mnie organizatorzy. Już wiem, że jestem piąty na trasie rowerowej, jestem szczęśliwy, a zarazem zły na samego siebie za ostatnie kilometry. Z zaplanowanych ośmiu wyszło znacznie więcej, już nie wyliczę dokładnie ile, natomiast wiem że zajęło mi to godzinę i osiemnaście minut!!

Podsumowując: zająłem 5 miejsce na 12 startujących (wogóle tylko siedmiu uczestników uporało się z trasą), cieszę się z szerokiego podium, jestem zadowolony ze swojej dyspozycji rowerowej, wiem że jest dużo do nadrobienia z zakresie nawigacji (również w kontekście Odsyseji Niepołomickiej). Wiem, że mogło być znacznie lepiej albo powinno być, ale maraton na orientację składa się również z rozpoznawania trasy. No i wreszczcie myślę o kolejnej edycji 10 listopada w okolicach Warszawy. Jeśli ktoś będzie miał ochotę się przejechać serdecznie zapraszam.

AndyLo
Andrzej Łopata