MTB Maraton Głuszyca 2010

Dodane przez Mikołaj Menke 'Miki' dnia 03 sierpnia 2010 14:24:51


Na podjeździe
Od początku nastawiałem się na bardzo trudny wyścig i chciałem tylko ukończyć. No dobra, ukończyć szybciej niż rok temu. ;) Nie wiem czy trasa była taka sama, ale chyba bardzo podobna, podobny dystans i przewyższenia. Tuż przed wyjazdem okazało się, że tak jak rok temu SID zastrajkował i byłem zmuszony założyć starego, pięknego Bombera Z2, niestety bez blokady. Postanowiłem, że ma być miękki i pracować, a nie twardy i się nie uginać i to raczej była dobra decyzja.

Start był o dziwo dość spokojny. Dużo ostatnio odpoczywałem to i tętno kręciło się bardzo wysoko. Pierwszy podjazd jechałem mocno, ale nie na maksimum i poszedł całkiem nieźle, wg sportchallenge byłem 38. open. I tu bajka się skończyła, czego zresztą się spodziewałem.

Zaczęły się zjazdy, wąskie, strome, z przeszkodami i błotem. Poleciałem na tył natychmiast w tempie ekspresowym. Do tego miałem jakieś dziwne wrażenie, że widelec słabo tłumi średnie nierówności przy małej prędkości i strasznie podskakuje. Kilometry powoli znikały, od czasu do czasu przyciskałem mocniej, gdy była okazja, ale ogólnie ciągle kiepsko. Za to dzięki temu jadłem, piłem i stawałem na bufetach, chyba pierwszy raz w życiu jak Pan Bóg przykazał i wyszło mi to na dobre, bo nie zaliczyłem ani jednego zgonu, żadnego kryzysu, skurczów, nic. :)

Przed ostatnim bufetem przed Głuszycą do moich uszu dochodzi niepokojące metaliczne dzwonienie. Zatrzymuję się i widzę, że odkręcił się pierścień w przedniej piaście. No to robię dłuższy postój serwisowo-kulinarny. Dojeżdża akurat Janusz, zamieniamy dwa zdania, ale postanawiam się nie lenić i ruszam przed nim w dół. Chwilę później piasta znowu się rozkręca, Janusz mnie wyprzedza, ja ją zakręcam i tak jeszcze parę razy zatrzymuję się i walczę ze sprzętem. Mimo to nie mam zamiaru się wycofać, mówię sobie, że choćbym tak do mety miał ją dokręcać, to ukończę. :D Tuż przed Głuszycą na trawie w czasie kolejnego postoju technicznego zauważam Ośkę na dole, trochę się dziwiąc, bo nie pamiętałem, żeby mnie wyprzedzała. :P Zjeżdżam na dół i dowiaduję się, że niestety wycofała się tak jak i Maciu. Okazało się też, że ma taśmę izolacyjną i dzięki temu metodą Mc Gyvera "naprawiam" piastę, tak, że już więcej się nie rozkręca. Na pożegnanie dowiaduję się, że jadę jak leszcz z ostatnimi kobietami, dziećmi i starcami na trasie, a Axi to jest chyba z pół godziny przede mną. Wkurzyłem się. :D Od tej pory cisnę potwornie, a do tego druga część trasy zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Po przejechaniu przez miasteczko sportowe jestem 121. open. Dalej jest festiwal wyprzedzania i jestem już tylko wyżej. Na podjeździe w okolicy Osówki jakiś koleś łapie mi koło, na chwilę wyprzedza i mówi "chyba jeszcze za wcześnie na atak", a ja w myślach mówię mu "to nie atak, to moje normalne tempo" i go zostawiam. Chwilę później wyprzedzam też Janusza. Długi asfaltowy zjazd pozwala nadrobić średnią, dokręcam ile wlezie i wreszcie gdzieś tam na stromym szutrze z płytami dostrzegam zieloną koszulkę. Axi? Wstępuje we mnie diabeł. Szybko go doganiam i wyprzedzam, ale on jakby odżył i łapie mi koło. Jedziemy tak razem i chwilę gadamy do bufetu przed Wielką Sową. Axi wyrusza z niego wcześniej, a myślałem, że poczeka. :P Nic to, znowu go doganiam. Niestety między nami jest jeszcze jakiś zawodnik, którego tempo bardzo mi nie pasuje, a podjazd jest trudny i raz nawet przez niego musiałem się podeprzeć. Chwila walki i go wyprzedzam, bo tak dalej się nie da, następna chwila i Axi rzuca mi "do zobaczenia na zjeździe". Jestem fanem podjazdu pod Wielką Sowę od zawsze, tak i tym razem jadę ucieszony, ale jakoś w tym roku wydał mi się łatwiejszy niż kiedyś.

Wreszcie trzeba zjechać, ale o dziwo nie jest tragicznie, poza paroma podpórkami nie schodzę z roweru. Jakaś dziewczyna zjeżdża na fullu i krzyczy "o Mikołaj Menke!", niestety nie wiem kto to był, bo nie dostałem odpowiedzi na pytanie. W każdym razie udało mi się ją wyprzedzić. :D Oczywiście łapie mnie Axi, ale wiem, że do mety jeszcze trochę podjazdów, więc nie rozpaczam. Trochę uciekł, ale tuż przed ostatnim bufetem widzę go na podjeździe i jeszcze się szelma ogląda. Postanawiam rozegrać to taktycznie i nie zatrzymuję się, podczas gdy on traci cenny czas na bufecie. Dociskam jeszcze mocniej i od tego momentu orientuję się, że chyba ktoś mi coś zepsuł w główce, zupełnie siebie nie poznaję. Zasuwam na zjazdach zupełnie jak nie ja. Dodatkowo gdzieś przyplątuje się Jarek Nikiel, który też najwyraźniej ma ochotę powalczyć na końcówce. Gdzieś pod koniec zjazdu do mety wyprzedzają mnie obaj konkurenci, a ja niestety popełniam błąd. Spodziewałem się finiszu na zjeździe, jak rok temu, to odpuściłem, wiedząc, że nie mam szans już ich dojść, a tu niespodzianka, kibice coś krzyczą, że jeszcze 400 m do góry. Atakuję ile tylko mogę, niestety podjazd jest za krótki i w końcu przegrywam. Na mecie odbieram gratulacje za zjazdy, a Jarek coś mówi, że chyba jestem na dopingu. :D Ciągle czułem się dobrze i w sumie gdyby tak jeszcze Grzegorz dołożył drugi raz tę rundę na Wielką Sowę to bym się nie obraził i pewnie miał lepszą pozycję. :P Dopiero po dojechaniu na metę i położeniu się przy misce makaronu odczuwam te 6,5 h jazdy. Ścina mnie kompletnie, aż zasypiam i ledwo jestem w stanie mówić.

Podsumowując - wg mnie to jest obecnie najtrudniejszy maraton, chociaż doszło do polemiki, że Istebna jest trudniejsza. Gdybym tak nie zepsuł pierwszej części trasy, to byłoby super. Wreszcie przekonałem się, że czasem zdecydowanie warto stracić te parę sekund, ale zjeść i się napić. Stare widelce dają radę. ;) Niestety w tym całym słoiku miodu jest łyżka dziegciu. Uważam, że nabijanie przewyższenia podejściami jest bardzo kiepskim pomysłem, w tym stylu można zrobić i 5000 m, tylko po co?