Pół Orła, jeden Zawrat i trzy kwaśnice

Dodane przez Kuba 'Kubak' dnia 24 lipca 2011 16:23:10


Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym
Opracowaliśmy cztery techniki pokonywania drogi w dół w Tatrach. Jak wiadomo schodzenie jest kluczowe i trudniejsze niż wchodzenie. Pierwsza technika: najbardziej wydajna to „TIK, TIK, TIK” – precyzyjne drobne kroczki, jak gejsza. Mniej poszanowania w naszej grupie miała technika „ŁUP, ŁUP, ŁUP” – czyli długie susy chwiejące kamiennymi płytami. Po 10 godzinach wędrówki wszyscy stosowaliśmy już tylko technikę „AŁ, AŁ, AŁ” nie pomagał ani ibuprom, ani nowatorskie rozwiązanie Andy`ego czyli schodzenie w skarpetkach. Każdy miał coś naderwanego, przeciążonego lub obtartego. Na szczęście w trakcie całej 13 godzinnej wędrówki nikt nie tracił wysokości metodą „DUP, DUP, DUP”

MisQ nie chce używać sztucznych ułatwień
Było zabawnie. Już w Dolinie Jaworzynki pierwsza samotna turystka postanowiła nagle opuścić nasze zacne towarzystwo, kiedy usłyszała, że ma skarpetki z Lidla. Na Zadni Granat z Zakopanego właściwie wbiegliśmy zaabsorbowani grą w „Najniższy puls”. Wygrywał ten, któremu w momencie wywołania liczby serce biło najwolniej (na tym podejściu 150-170).

Byliśmy na Orlej Perci. Tu za część rozrywkową odpowiadałem ja dostarczając chłopakom dużo radości, kiedy nieobyty z ekspozycją usiłowałem się przyspawać do łańcuchów, mając pełne przekonanie, że za chwilę zawisnę majdając nogami nad przepaścią. Nic takiego się nie stało, a MisQ okazywał pogardę dla wskazywanych przeze mnie trudności schodząc przodem, nawet na sekcjach zabezpieczanych klamrami.

Góra, dół, góra dół, piękne widoki, wdrapywanie się i zsuwanie, wreszcie Krzyżne. Godz. 14.
Decyzja: rozsądnie wrócić do Murowańca doliną Pańszczycy, czy zmyć z siebie hańbę rezygnacji z pierwotnego planu pt. „Orla na raz”. Oczywiście wygrał wariant heroiczny. Murowaniec, ale przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich i Zawrat. Szybko, ale rozsądnie osiągnęliśmy D5SP. Tu znów wygrał rozsądek: przeznaczyć 45 minut na szarlotkę w schronisku, czy zrobić krótki popas nad strumieniem i iść dalej. Zbliżające się późne popołudnie i nadciągające chmury sprawiły, że wybraliśmy opcję: idziemy dalej. Kiedy 2 godziny później wisiałem na wilgotnych już łańcuchach Zawratu, a moje buty ślizgały się na skałach doceniałem rozsądek zespołu i odpuszczenie szarlotki. Nie wiem jak tę trasę pokonalibyśmy w zapadających ciemnościach i padającym deszczu.

Zawrat w dół w ogóle okazał się najtrudniejszy w całej tej wycieczce. Wilgoć, zmęczenie po 9 godzinach podróży i techniczne trudności sponiewierały nas bardzo. Już było mniej śmiechu, więcej koncentracji na tym jak pokonać kolejne zakręty i nie popełnić błędu ze zmęczenia. Wyraźnie zwolniliśmy. O ile dotąd nasze czasy przejść były o 30 % krótsze niż wg. przewodnika to tym razem szliśmy wg. rozkładu.

Krzywań
Wreszcie murowaniec, kwaśnica i koszmarna droga prostym żółtym szlakiem na dół. Wyglądaliśmy jak troje paralityków, pokrzykujących „AŁ…” przy każdym kroku. Nikt nie odmówił ibupromu, każdy miał swoje nadwyrężenie, przeciążenie i otarcie. Piękny zachód słońca nad Giewontem obserwowany z Karczmiska to był bonus. Pomimo pobolewania wrócił humor. Asfalt w Kuźnicach, Andy zdjął buty i o 22 jedliśmy pizzę na Pardałówce.

To nic, że rano MisQ poszedł myć zęby na czworaka, a ja wsiadam do samochodu najpierw siadając, a następnie wciągam nogi pomagając sobie rękami. Andy nieco poobcierany i obolały ruszał się następnego dnia najżwawiej. Już w drodze powrotnej planowaliśmy powrót i zrobienie programu „Orla na raz”.

Dane wycieczki: Długość 31 km, czas 13 h (łącznie z postojami), czas marszu 9 h 30 min. Przewyższenia 2 590 m. Spalone kcal ok. 22 000.