(Dark) Night Roader

Dodane przez Agata 'mandraghora' dnia 01 grudnia 2011 16:03:46


Tegoroczne Andrzejki postanowiliśmy uczcić – a jakże! – na rowerach. W ostatni dzień listopada, o 19.30 pod smokiem zebrała się grupka zapaleńców – Axi (organizator całego zamieszania), Szbiker (nasza gwiazda TV Polsat), Hinol (na fantastycznym mieszczuchu) i Mandraghora (po raz pierwszy na wyjeździe z wycinakami ;-)). Za chwilkę nadjechał MiśQ i leniwie ruszyliśmy wałami w stronę Tyńca, zgarniając po drodze Versusa i Marcina.
Pogoda niestety nas nie rozpieszczała – wiało prosto w twarz, a po chwili zaczęło zacinać marznącym deszczykiem, który na szczęście szybko ustał. Tempo co prawda było niższe od założonego (wszyscy musieli się nagadać, ponarzekać na deszcz, pozować Verusowi do zdjęć), ale jechało się stosunkowo przyjemnie. Za Tyńcem odłączył się Marcin, a cała reszta skierowała się ku Skawinie. Kręciło się super i chociaż na początku bałam się czy za nimi nadążę, moje obawy szybko się rozwiały. Jechaliśmy sobie grupką w ciemności gawędząc i rozkoszując jazdą na rowerze. Axi prowadził bezbłędnie – Skawinę minęliśmy błyskawicznie i rozpoczęliśmy odwrót w kierunku Krakowa, kiedy na jakimś zjeździe poczułam, że czołówka ześlizguje mi się z kasku. Na nic nie zdały się próby złapania, spadła na asfalt, po czym została dobita przez Hinola, który nie zauważył jej w ciemności na drodze i bezpardonowo rozjechał.

Drugi cios otrzymałam już parę kilometrów dalej, spadł na mnie wraz z pytaniem Miśka: „A czemu nie masz lampki z tyłu?”. Okazało się, że i ona gdzieś została na trasie, a ja stałam się prawdziwym DARK night roaderem. I wtedy zrozumiałam dlaczego tak fajnie jeździ się w grupie – chłopaki nie zostawili mnie na pastwę samochodów, ale zapakowali w środek grupy, oświetlając drogę swoimi lampkami. Mimo tych drobnych przeciwności losu dojechaliśmy do centrum Krakowa, gubiąc po kolei odłączających się Night roaderów. I chociaż zaproszenie Versusa na andrzejkową, rozgrzewającą wiśniówkę brzmiało kusząco, pomknęliśmy wszyscy do domów. Pod domem żal było zsiadać z roweru, a endorfiny jeszcze długo buzowały mi we krwi nie pozwalając zasnąć.

Nie mogę już doczekać się następnego wspólnego rowerowania…