Gigantycznie długie mega - MTB Marathon w Korbielowie

Dodane przez Arkadiusz Biczewski 'Axi' dnia 20 sierpnia 2012 17:08:58


Maraton jechało mi się bardzo dziwnie. Pierwszy podjazd, po zjeździe z asfaltu był niestety na tyle stromy, że w tłumie pojawiły się problemy z jego podjechaniem. Zmuszony zsiadłem z roweru i... nie byłem w stanie się ruszyć. Zrobiło mi się tak niedobrze, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Chwilę tak postałem i minęło mnie pół peletonu. Gdy trochę doszedłem do siebie ruszyłem wolnym krokiem w górę, w tym czasie UMaciek walczący z podjazdem w siodle minął jak przysłowiowy wózek z gnojem. Niestety podchodzenie zdecydowanie nie jest moją mocną stroną (stąd zawsze staram się podjeżdżać ile się da, o czym będzie jeszcze dalej) i kto mnie nie wyprzedził gdy stałem - zrobił to teraz. Miałem wrażenie, że zostałem za wszystkimi. Motywacja startowa do reszty wyparowała i zacząłem się nastawiać na wycieczkę po górach.

Nastromienie spada i można z powrotem wsiąść na rower. Czuję się jeszcze troszkę dziwnie i powoli kręcę z nogi na nogę. Jedziemy po drodze wyłożonej drewnianymi balami (chyba z pół lasu musieli na nią wyciąć) i mimo to tonącej w błocie. Gdyby nie "utwardzenie" pewnie byłoby go powyżej pół koła. Trochę się martwię o warunki w dalszej części trasy w kontekście opon, ale okazuje się potem, że ten odcinek był tylko wyjątkiem od reguły. Tak czy siak trzeba uważać bo jest bardzo ślisko - chwila nieuwagi i muszę bronić się przed upadkiem po uślizgu przedniego koła, ale nie ma tego złego - zwiększenie czujności pozwala bezpiecznie pokonać ten odcinek. Na tylko minimalnie stromszym kawałku wszyscy nagle prowadzą. Szybko przekonuję się dlaczego - to te super śliskie bele. Udaje się dogonić i wyprzedzić schwepsa i godula z bikeholiców, a kawałek dalej i wyżej Kasię Machalicę z KSPO.

Podjazd na Halę Miziową trochę trwa. Według przedstartowych wypowiedzi spikera na pierwszych 9km mamy do zrobienia 700m w pionie. Powoli udaje się wyprzedzać jakieś pojedyncze osoby, ale za każdym razem trzeba się postarać. Wreszcie jest bufet z powerade'ami, co oznacza, że zostało już "tylko" wygramolić się na Rysiankę i będzie zjazd ;). Krótki odcinek po skałkach trzeba podejść, a dalej znów można jechać. Gdzieś po drodze mijam UMaćka, ale szybko zostaje na odcinku lekko w dół. Na horyzoncie pojawia się ebola - normalnie déjà vu z Ustronia, gdzie w podobnym punkcie trasy udało mi się go dogonić. Ale pamiętam, jak mi potem z każdym kilometrem uciekał, więc się nie szarpię. Ze względu na napęd 2x9 nie mogę jednak jechać wolniej i na stromym odcinku tuż przed schroniskiem ląduję obok niego. Dalej kawałek trawersu, gdzie nie wszystko da się przejechać. Trochę się oglądam, czy na zabawach ze wsiadaniem i zsiadaniem nie tracę zbyt dużo, ale wygląda, że inni też tu nie gnają.

Docieramy do stromego zjazdu po kamieniach. Kilka osób sprowadza, ale widzę, że powinno dać się zjechać - i jest to bardzo dobry wybór. Jedzie się całkiem przyjemnie, czasem trzeba poprosić sprowadzających o kawałek więcej miejsca. Niżej robi się trochę łatwiej i więcej osób zaczyna zjeżdżać. Niestety dość wolno, a nie mam dość animuszu, aby ryzykować wyprzedzanie bokami po bardziej luźnych kamieniach bogato obsypanych połamanymi patykami. Wlokę się więc tak niestety dłuższy kawałek i zastanawiam, czy za chwilę nie zobaczę Wojtka (eboli) odjeżdżającego w siną dal. Gdy robi się szerzej uciekam do przodu, a na końcówce po asfalcie jest już całkiem luźno i można depnąć z blatu.

Na bufecie szybkie tankowanie i zaczynamy kolejny podjazd. Biegnie sobie łagodnie asfaltem wzdłuż potoku. Staram się trzymać tętno na równym poziomie: gdy widzę, że spada to trochę podkręcam tempo, ale też nie przekraczam zbyt wysokich wartości, by nie mieć powtórki z początku maratonu. Dochodzą i wyprzedam mały "pociąg". Dalej pojedyncze targety do których stopniowo się zbliżam. Pamiętając jak umarłem w Ustroniu, tym razem stawiam na wyższą kadencję i lżejsze biegi, aby nie zakatować mięśni nóg. Skoro nie mogę dopaść ludzi mocnym depnięciem, jakim dysponuje np. Miki, to trzeba próbować równym tempem. Tętno parę oczek w dół - to ja zaraz je w górę, paroma obrotami korby na minutę szybciej. Taktyka się sprawdza, mijam pojedyncze osoby, a nie długo przed zjazdami cały pociąg zawodników, choć tym razem chyba z dystansu giga.

Następuje seria długich szybkich zjazdów szutrówką, pociętą rynnami odwadniającymi. Na początku "!!!" ale mimo czujnej jazdy niczego szczególnego nie wypatrzyłem. Potem już rura w dół. Kilka lepiej ukształtowanych przepustów przeskakuję, ale na wszystkie nie mam siły - czuję już trochę plecy, wyraźny znak, że w tym sezonie jestem słabszy - w zeszłych sezonach na tej ramie raczej nie miałem takich problemów. Przed drugim bufetem lekki podjazd. W oddali widzę kogoś w koszulce Gomoli. Czyżby Pirx? Nie, to nie możliwe, jest w tym roku za mocny. Pewnie ktoś inny, mają sporo osób w grupie. Dojeżdżam do bufetu i w tym momencie odjeżdża od niego Pirx - o kurcze, jest dobrze!

Tankuję wodę i staram się ruszyć w pogoń. Nie jest łatwo, Pirx mnie zobaczył i mocno napiera - łyka jedną osobę za drugą. Na mecie twierdzi, że przed bufetem uspokajał oddech, aby nie zadławić się wafelkiem, ale wiadomo jak to jest w sytuacji bezpośredniego zagrożenia pozycji ;). Jest pierwszym targetem od długiego czasu, którego nie mogę dojść i zgubić. Dużo pracy na podjeździe kosztuje mnie, aby go dogonić. W momencie gdy go wyprzedam mówi, że przeholował z tempem, po czym dał ognia jakby miał w rezerwie silnik elektryczny.

Powoli wspinamy się na ostatnie tego dnia wzniesienie. Gdy robi się stromo troszkę zyskuję, co w sumie jest dość dziwne patrząc na to, jak Pirx w ostatnich dwóch latach się wycieniował. Długa prosta przez las nie daje złudzeń - będzie ciężko i pod górę. Ale zaraz, zaraz, czy mi się wydawało, czy widziałem kotecka, tfu, zieloną koszulkę? - to mógłby być tylko Lesław. Wrzucam najlżejsze przełożenie a tu trach, łańcuch w szprychach, co jest?! Cała przewaga zmarnowana, znów trzeba gonić. Kawałek wyżej trochę wachlowania biegami i znów to samo. Cholera, trzeba to będzie sprawdzić po zawodach. Mozolnie gramolę się do góry, ciężka znów nadrabiać dystans. Wreszcie na technicznej ścieżce, gdy obaj prowadzą zaczynam lekko zyskiwać - jak wspominałem na początku, strasznie nie lubię łażenia. Proszę Pirx'a o drogę, na co ten raczy mnie, że "chyba raczę żartować" (że tu jadę, czy co? ;)). Bardzo delikatnie wrzucam jedynkę - uff, udało się. Zbyt dużo lawirowania między kamieniami i korzeniami aby dało się jechać twardziej. Na szczycie ścieżki dopadam też Lesława. Jeszcze dwie sekcje po odsłoniętych skałach, na pierwszej bez szans, drugą prawie udało się wyjechać... prawie. Lekko zaskoczony widzę Pawła Wiendlochę (a cóż on robi w tej części stawki?).

Wreszcie słyszę, że "już tylko zjazd do mety" (co nie do końca było prawdą) i zaczyna się w dół. Jedzie mi się nad wyraz dobrze. Ścieżka z mini-rock gardenem, trochę korzeni. Trzeba uważać na miniowców, którzy też jeszcze walczą z trasą, ale jak tylko jest trochę szerzej, to idzie się dogadać aby przejechać :). Nie spodziewałem się, że tak dobrze potrafię sobie radzić na takich odcinkach, trochę usztywniają mnie obolałe plecy, ale jedzie mi się całkiem płynnie. Dopiero największe kamienie na samym dole ścieżki pokonują moją psychikę i pokornie sprowadzam.
Niżej odcinek leśną drogą usianą kamieniami i... co?! znów pod górę... nieeee! Obracam się do tyłu - czysto. Nie bardzo mam już siłę kręcić, wlokę się do góry kontrolując sytuację ;). Chwilę nas tam jeszcze wymęczyli, ale na szczęście grawitacja ponownie zaczyna pomagać. Zjazd pod wyciągiem i czuć już metę tuż, tuż. Ostatnie paręset metrów asfaltem do góry. Cholera nie spytałem się wyprzedzonego na zjeździe gościa, czy jedzie mini czy mega więc na wszelki wypadek zmuszam się do żwawszego finiszu. Meta. Na końcowych 5km zjazdu Paweł włożył mi 1min10sek (ciekawe czy się spieszył), a ja Pirxowi uciekłem na 4min.

Czas jazdy 3:55. Bardzo długi dystans mega. Wygląda, że do szacowania czasu jazdy pora zacząć używać średniej 12km/h, bo dotychczasowa 15 wylądowała daleko poza moim zasięgiem na tak trudnych trasach. Dane z Garmina.

Maraton bardzo mi się podobał (jako ciekawostkę można dodać, że układał go proboszcz miejscowej parafii). Nie spodziewałem się, że jestem w stanie tak dobrze pojechać bardziej techniczną trasę - do tej pory przyzwoite wyniki notowałem tylko na łatwych trasach. Mimo zagotowania się na początku (może kwestia braku przepalenia przed startem - ostatni raz na rowerze siedziałem we wtorek) był to zdecydowanie mój najlepszy wyścig w tym roku. Pod górę tętno ładnie się trzymało, do końca trasy na podjazdach wchodziłem na wysokie obroty, podczas gdy w Ustroniu z każdym km wykres leciał coraz niżej.
Dla takiego samopoczucia na mecie warto trenować - wiem, że na trasie zrobiłem wszystko co mogłem. Dobrze, że taki pozytywny impuls pojawił się przed nadchodzącą jesienną szarugą, powinien pomóc w mobilizacji do treningów w coraz krótsze i zimniejsze dni.