Bałkańska Pętla - 5 dzień - Herceg Novi - Kotor - Cetinje

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 09 lipca 2014 06:21:07


Wieczorem padłem jak śnięta ryba. Zdążyłem tylko wejść do śpiwora i odpłynąłem. W nocy pobudka, budzę się strasznie rozpalony. Jeszcze tego brakowało żeby mnie gorączka złożyła. Dopiero po chwili dociera do mnie, że jest mi po prostu za gorąco. Przy okazji wychodzę z namiotu, noc jest bardzo ciepła, nie dziwne, że zagotowałem się w mojej puchówce.
Po powrocie do namiotu przykrywam się tylko częściowo i spokojnie zasypiam.
Ranek jest przyjemny. Powietrze po nocy rześkie, teren campingu jest dosyć gęsto porośnięty drzewami, które zapewniają cień. Rafał opowiada z kim tyle rozmawiał wczoraj wieczorem. To nasz znajomy Turek dotarł tu już po ciemku. Teraz jeszcze gdzieś chrapie w namiocie. Tymczasem ja nadal nie mam apetytu, zmuszam się do kawałka chleba z nutellą. Zobaczymy co będzie dalej.

Noc na campingu ma swoje dobre strony, oprócz komfortowych warunków liczą się też takie rzeczy jak możliwość podładowania telefonu. Smartfony, zwłaszcza już te przechodzone nie są długodystansowcami. A jak jeszcze zacznie się z nich korzystać na całego to kreski na baterii znikają szybciej niż kilometry na zjeździe ze Stelvio. Udało się załadować obie baterie prawie na maxa i teraz można zasuwać w dalszą trasę.

Lecimy w stronę Kotoru. Droga jest tyle fascynująca co monotonna. Widoki są obłędne, cały czas towarzyszą nam z jednej strony góry, a z drugiej błękitne wody Adriatyku. Ale nawet takie plenery mogą znużyć. Chociaż Kotor jest wręcz o rzut beretem to aby tam dotrzeć musimy pokonać kilkanaście kilometrów. Morze wciska się tutaj głęboko w ląd tworząc coś w rodzaju fiordu. Trzeba objechać wszystkie zatoczki, a to wymaga czasu. W końcu jednak przed nami pokazuje się tabliczka z napisem Kotor. Rafał znika na poczcie gdzie udaje mu się kupić coś takiego jak kartki pocztowe. Tak tak, starsi jeszcze pamiętają takie coś, a młodszych informuję, że kiedyś zamiast selfie wysyłało się do znajomych pocztówki. Takie ze znaczkami :)


Chwilę to trwa, ja tymczasem znajduję sobie miejsce w cieniu i odpoczywam. Na żołądku trochę lepiej, ale to chyba jeszcze nie koniec perypetii bo bulgocze mi w brzuchu okropnie. Rafał wraca i już razem podjeżdżamy nad morze. Udało się trafić fajną miejscówkę, jakiś stary hotel, resztki basenu. Dla takich podróżników jak my to wymarzone miejsce. To, że zrujnowane to nic, ważne, że cicho, spokojnie, bez tłumów ludzi, a morze o kilka kroków. Tutaj mamy zamiar przeczekać najgorętszą część dnie. Tyle, że właśnie pogoda zaczyna się zmieniać. Po drugiej stronie zatoki niebo robi się ciemne, co jakiś czas przelatuje błyskawica. U nas spokojnie, to daleko, powinno pójść bokiem. Chmura jak by zawisła naprzeciwko nas i straszy swoją obecnością. Na razie tylko straszy. Jedynie powierzchnia morze robi się jakaś taka pomarszczona, coraz wyższe fala uderzają o brzeg.

I nagle się zaczyna. To nie ściema ani literacka fikcja. Po prostu bez żadnej zapowiedzi, bez żadnego ostrzeżenia uderza w nas ściana wiatru. Pogoda zmienia się w ciągu sekundy. To nie jest zwykły wiatr, ale prawdziwy huragan. Nasze rzeczy zdane są na jego łaskę. Te lżejsze unoszą się powietrze i odfruwają daleko, te cięższe trochę walczą, ale turlikając się również poddają się sile wiatru. Nie wiem co ratować w pierwszej kolejności, karimata poleciała gdzieś daleko, namiot ciężki więc zatrzymał się po kilku metrach. Worek z ciuchami udało mi się złapać już prawie w powietrzu. Przed nosem przelatuje mi flaga i czapeczka Rafała. Czapka ląduje w basenie, flaga frunie gdzieś daleko. Szybko zbieram co mogę do kupy, zabezpieczam gumami i biegnę ratować resztę. Flaga już daleko i oddala się coraz bardziej. Muszę ze 100 metrów pokonać żeby ją w końcu złapać. Karimata też uratowana, przechodząc koło basenu zerkam do brudnej wody, ale czapki nie widać. Z nieba zaczynają spadać grube krople wody. To wszystko trwa nie dłużej jak minutę, szybko ewakuujemy się pod taras i już bezpiecznie możemy obserwować co dzieje się na morzu.

A jest co oglądać bo wiatr zaskoczył nie tylko nas. Na pokładzie ogromnego wycieczkowca zacumowanego nieopodal robi się ruch. Z pokładu lecą parasolki i jakieś inne elementy wyposażenia, a statek jak najszybciej stara się zmienić swoją pozycję ustawiając się dziobem do wiatru. Do mariny wpływają uciekające przed burzą jachty. Największy impet już osłabł, ale dalej solidnie wieje i zaczyna mocno padać. Nasze schronienie na szczęście sprawdza się i możemy spokojnie przeczekać aż ta apokalipsa przejdzie. Chwilę to trwa, spędzamy tam coś koło godziny, do chwili gdy wsiadamy znów na rowery.



Teraz czeka nas słynna podjazd. Kotor z jego fiordami to wizytówka Czarnogóry, a wśród rowerowych podróżników słynny jest właśnie podjazd za Kotorem. Zdjęcia stąd można zobaczyć na wszystkich fotorelacjach z podróży po tych terenach. Sam nie wiem czy ta sława spowodowana jest widokami jakie oferuje, czy też trudem jaki trzeba włożyć w jego pokonanie. W każdym razie z poziomu morze musimy się wspiąć na wysokość prawie 1000 metrów. Znów obieramy taktykę spokojnej i regularnej jazdy bez zrywów ale też bez zbyt częstych odpoczynków. My jedziemy do góry, a w dół co chwilę pędzą tabuny rowerzystów. Na początku jakoś nie zwracamy na to uwagi, dopiero gdy mija nas kilka takich grup kminimy, że coś tu nie tak jest. Jakoś nie pasuję nam ci ludzie do tego miejsca i do tych rowerów. Jak nic wychodzi, że te wycinaki specjalizują się tylko w zjeździe. Zwłaszcza niektóre Panie nie wyglądały na pogromczynie podjazdów, a jadąc w grupach ewidentnie wskazywały, że dotarły na górę samochodem.

No ale niech oni sobie jadą bo znów zaczynają się jaja z pogodą. Znów zaczyna się od wiatru, potem zaczyna kropić. Patrzę w niebo i widzę, że zapowiada się to wszystko bardzo nieciekawie. Tutaj nie mogę liczyć na dach, trzeba szybko szukać coś na deszcz. No, a to nie jest łatwe bo przy upałach panujących do tej pory ciuchy na deszcz od kilku dni leżą sobie na dnie którejś z sakw. Tylko której? Na szybko udaje mi się wyciągnąć plastikową kurteczkę, raczej na krótką metę, ale nie mam czasu bo leje już na całego. Na dodatek ta nieszczęsna flaga znów gdzieś mi ucieka, wyciągnąłem ją zza przytrzymujących gum akurat jak mocniej zawiało i poleciała za murek ograniczający pobocze. Zatrzymała się na kamieniu jakieś 2 metru ode mnie, szybko wskakuję na murek i już mam skoczyć w dół, ale chwilę się waham. Patrzę w dół, nie jest to pionowa przepaść, ale bardzo stromo. Kamienie mokre, jeśli się poślizgnę o co nietrudno w SPD to mogę polecieć kilka metrów w dół. Mógł bym się tylko poobijać, ale jakiś poważniejszy upadek wcale nie jest wykluczony. Jeszcze raz na spokojnie patrzę na kamień gdzie leży flaga. Jest naprawdę blisko, ale im bardziej się tam wpatruję tym dostrzegam coraz więcej ryzyka. W końcu odpuszczam, flaga powiewa na wietrze, w końcu jakiś mocniejszy podmuch zdmuchuje ją jeszcze niżej. Tam już jest całkowicie poza moim zasięgiem. Dalszą trasę musimy pokonywać incognito.

Chowamy się pod jakimś występem skalnym i przeczekujemy największy deszcz. Ochrona prawie żadna więc gdy tylko intensywność deszczu się zmniejsza wsiadamy na rowery. Opady skutecznie wystraszyły pogromców zjazdów. Od tej pory mija nas tylko kilku rasowych kolarzy, po których widać, że mieli kontakt z podjazdem i z deszczem. Szybko zdobywamy teraz wysokość, pogoda się stabilizuje, zmieniamy ciuchy na suche i już bez przeszkód docieramy na górę. Stąd mamy kawałek zjazdu do ładnej doliny gdzie położona jest wieś, a stamtąd jeszcze spory kawałek do podjechania. Znów zaczyna grzmieć, a zza góry wysuwa się ciemna chmura. Tym razem już nie czekam na ostatnią chwilę, ale zatrzymuję się już teraz i wyciągam solidną kurtkę przeciwdeszczową. Przydaje się, w przeciągu kilku minut zaczyna znów padać.

Teraz znajduję sobie trochę lepsze miejsce na przeczekanie. Znów jest to ,jakiś nawis skalny ale tym razem dosyć głęboki tak, że siedząc w nim mam zabezpieczone plecy. Najbardziej mokną mi ręce i nogi ale te szybko wyschną. Czekamy jakieś 20 minut, znów gdy tylko deszcz słabnie wsiadamy od razu na rowery. Ta taktyka sprawdza się, robi się lepiej i można już swobodnie jechać. Osiągamy przełęcz skąd będziemy już zjeżdżać do Cetinje. Znów obłędne widoki, w oddali majaczą pokryte śniegiem wierzchołki Gór Przeklętych w Albanii. Byłem tam w zeszłym roku i teraz wytężam wzrok usiłując dopatrzeć się przeróżnych szczegółów chociaż wiem, że to zbyt daleko. Patrzę dookoła lecz cały czas Prekljate przyciągają mój wzrok niczym magnes. Nie pozwalają o sobie zapomnieć, chcą być zawsze na pierwszym planie. Są takie egoistyczne, a ja nie potrafię z tym walczyć. Gdzieś tam w oddali zdaję się dostrzegać zagubioną wśród turni drogę do Teeth, którą przemierzałem samotnie rok temu. Tam miałem spełnienie, to były magiczne chwile, których nie zapomnę do końca życia. Byłem wtedy sam, wysoko w górach, otoczony ze wszystkich stron wysokimi szczytami. Za towarzysza miałem tylko swój rower, przewodnikiem była mi stara Vista. Wtedy miałem wrażenie, że brnę w stronę końca świata. Za każdym zakrętem zdawałem się dostrzegać mroczne brzegi Styksu i słyszeć warczenie Cerbera.


Tak było wtedy, teraz jest nas dwóch ale wcale nie jest gorzej. Robimy sesję zdjęciową i zaczynamy szalony zjazd do Cetinje. Droga kręci się i wije jak wąż złapany w sidła. Trochę obeschło więc można zaszaleć. Hamulce jednak cały czas w robocie, co chwila serpentyny i ostre zakręty. Szybko jednak docieramy do Cetinje, które okazuje się być całkiem sporym miasteczkiem. Spodziewaliśmy się jakiejś dziury, tymczasem jest inaczej. Miasto nie rzuca nas jednak na kolana, a najbardziej w pamięci zapadają nam chodniki kompletnie zastawione autami. Za to piesi chodzą po ulicy. Nawet chwilę się zastanawiamy czy to nie jest jakiś lokalny zwyczaj, ale szybko dochodzimy do wniosku, że chodzą po ulicach bo chodniki są właśnie zajęte przez parkujące samochody.

Niech sobie chodzą gdzie chcą, my musimy jechać dalej bo już późno i najwyższa pora szukać fajnych krzaków gdzie będziemy mogli rozbić nasze namioty. Wyjeżdżamy główną drogą w stronę Podgoricy. Kilka pierwszych prób obczajenia fajnego miejsca spala na panewce, ale w końcu udaje się trafić bardzo fajną miejscówkę. Tego wieczoru organizujemy sobie nawet ognisko bo jest trochę rzeczy do suszenia. Jutro czeka na nas już Albania.