Bałkańska Pętla - 6 dzień - Cetinje - Virpazar - kawałek przed Shkoder

Dodane przez Piotr Furmański 'furman' dnia 12 lipca 2014 21:11:22


Fajnie się spało tej nocy, aż nie bardzo miałem ochotę wyjść rano z namiotu. Na żołądku już trochę lepiej, nawet udało się zjeść normalne śniadanie. Jakoś nie spieszyło się nam tego ranka. Spokojnie wypiliśmy po kawce i pomału zaczęli zbierać do drogi. Po wczorajszych burzach ani śladu, zapowiada się kanikuła. Wyjeżdżamy na główną drogą, kawałek jedziemy w stronę Podgoricy , ale szybko znów uciekamy w boczną drogę. Początkowo jadę według zaplanowanej wcześniej trasy, którą mam wczytaną do GPS. Moim zamiarem było objechanie od południa Jeziora Shkoderskiego tak aby wjechać do Albanii unikając jazdy głównymi szosami. Przyznam się jednak, że potraktowałem ten fragment trasy po macoszemu. Skupiony na Durmitorze, Cakor i innych wysokich przełęczach nie liczyłem tutaj na coś extra. No i jakoś tak z automatu wytyczyłem trasę, którą teraz właśnie jedziemy.


Sytuacja się jednak zmieniła bo widzę, że okolice bezbłędne. Odnogi jeziora wciskają się wąskimi zatoczkami w głąb lądu tworzą coś w rodzaju fiordów. Granatowy kolor wody kontrastuje z bujną zielenią terenów nadbrzeżnych. Nad tym wszystkim wznoszą się góry wyrastające niekiedy wprost z wody, a wszystko to otoczone jest wokół barierą potężnych wierzchołków pokrytych śniegiem połyskującym z oddali w słonecznych promieniach. Studiując rano mapę dostrzegłem fajną drogę, która zdawaje się prowadzić w pożądanym przez nas kierunku. Teraz jadąc obserwuję ekran GPS i tu też widzę skrót, który pasuje do naszej trasy. Chociaż więc plan zakładał jazdę prosto to ryzykujemy i odbijamy w wąziutką drogę prowadzącą w dolinę.

Kilka razy słyszymy głośne pozdrowienia jakie wykrzykują do nas ludzie pracujący w polu. Podnoszą ręce i pozdrawiają nas z daleka. Tymczasem okolica robi się niesamowicie piękna. Dróżka już wąska od samego początku teraz robi się jeszcze węższa, zaczynają się serpentyny, szybko zjeżdżamy w dół, coś pięknego! Jezioro już prawie na wyciągnięcie ręki, zdaję się czuć na twarzy chłodną bryzę wiejącą od chłodnej wody. Nie da się przejechać obojętnie tego kawałka. Co chwilę zatrzymujemy się i wodzimy wzrokiem dookoła. Migawki aparatów co kilka sekund odzywają się głośnymi trzaskami. Trudno powstrzymać się od robienia kolejnych fotek bo klimaty zaiste bezbłędne, dróżka coraz bardziej zbliża się do brzegu, przez chwilę mam wręcz obawy, że zawijasy zaraz się skończą, a my wylądujemy nad wodą bez możliwości dalszego przejazdu.

Już widzimy inną drogą, do której mamy dojechać ale wciąż trudno uwierzyć, że uda się tam dojechać. Jeszcze kilka serpent, dróżka co chwilę zmienia kierunek, raz prowadzi we właściwym kierunku, by po chwili prowadzić nas zupełnie gdzie indziej. Całkowicie zdezorientowani postanawiamy jednak kontynuować jazdę i to się opłaciło bo już po kilku minutach docieramy do interesującej nas drogi. Zjeżdżamy na samo dno doliny, jesteśmy teraz prawie na poziomie morza. Kierujemy się do miasteczka Virpazar, robi się coraz goręcej, liczymy tam na jakąś fajną miejscówkę i ciepły posiłek. Wzdłuż brzegów jeziora, uroczą dróżką ze wspaniałymi widokami docieramy tam około południe. Virpazar to miasteczko w miniaturce, poza centrum nie ma nic, a to jest skumulowane w kwadracie 100 na 50 metrów. Jeden sklep, kilka kawiarni, dwie restauracje, jakiś punkt z pamiątkami i to wszystko. Sporo ludzi i świetny klimat. Lokujemy się na ławeczce w cieniu, potem przenosimy się do knajpki, w której zjadamy bardzo smaczny obiad.

Spędzamy tu ze dwie godziny, grzeje okropnie, trudno zmotywować się do wyjścia z cienia i przekroczenia bram piekła. Do granicy z Albanią mamy spory kawał drogi, do tego spodziewamy się mocno pofałdowanego terenu. Pierwsze metry są najgorsze, o ile po płaskim jeszcze jako tako bo pęd powietrza trochę chłodzi, to byle podjazd powoduje, że czuję się jak kurczak na rożnie. Wąziutka dróżka nieubłaganie prowadzi w stronę gór, znikając w oddali między szczytami. Zapasy wody znikają momentalnie, podjazdy robią się coraz dłuższe, każdy prowadzi w słonecznej ekspozycji. Zaczynam gotować, każdy skrawek cienia witam jak wybawcę, nadchodzi jednak moment, że już nie dam rady. Kilka razy zatrzymuję się regulując temperaturę. Coraz trudniej przychodzi mi jazda w górę. Rafał oddala się coraz bardziej, a ja nie jestem w stanie przyspieszyć. W przydrożnym domu udaje się dostać wody. Pokazany nam kranik zaoferował czystą ale ciepłą wodę. Nie ma jednak co marudzić bo okolice strasznie suche i od samego rana nie widzieliśmy żadnego źródła z wodą. Pozostają sklepy oraz życzliwi ludzie w takich właśnie przydrożnych domach. Kontynuujemy naszą jazdą, droga nie odpuszcza, wznosimy się coraz wyżej, brzegi jeziora zaczynają ginąć w dole. Ulga przychodzi w momencie gdy zmieniamy kierunek jazdy i słońce kryje się za górą. Znów podjazd, ale o ileż łatwiej to idzie gdy cień daje ulgę od upału.

W górze przed sobą widzimy dwójkę bikerów z sakwami. Spotkanie następuję bardzo szybko. Spotkana dwójka to Irlandczycy. Jadą na dosyć mocno wylajtowanych kolarkach. Cienkie oponki i wypakowane sakwy nie idą zwykle w parze, ale jak widać da się i tak. Chwilę rozmawiamy, wzajemnie przekazujemy sobie nasze doświadczenie i pytamy o to co czeka nas dalej. My dowiadujemy się o możliwość wyjazdu z Albanii do Kosowa oraz podjazd na przeł. Cakor. Z lektury przeróżnych forów wiem, że ludzie tam jeździli, ale przecież tam oficjalnie nie ma przejścia granicznego i zawsze istnieje ryzyko, że nie przejedziemy. Chłopaki jednak stanowczo twierdzą, że jechali tamtędy i że przejedziemy bez problemu. Żegnamy się i znów kręcimy do góry.

Przed nami szczyt zwieńczony wysoką wieżą, kryzys minął i szybko docieramy na miejsce. Już dosyć późno, pasuje się rozglądać za jakąś miejscówką do spania. Wygląda na to, że ta góra to punkt przełomowy w drodze do granicy. Wygląda też, że dzisiaj nie uda się wjechać do Albanii. Coraz później, zjeżdżamy teraz w dół bacznie obserwując okolice. Badamy każdą boczną dróżkę. Kilka razy pudło, trudno znaleźć coś fajnego, wszędzie królują krzaczory uzbrojone w tnące do krwi kolce. Tam gdzie kończy się ich królestwo zaczynają rządzić sterty głazów i kamieni. Zaczyna nas ogarniać zniechęcenie, kolejne dróżki prowadzące w bok okazują się pudłami. No, ale w końcu znajdujemy to czego szukamy. Łączka tuż przy drodze wydaje się dobrze ukryta za drzewami. Króciutka trawka zachęca do zrobienia tutaj biwaku. Trochę przeszkadzają jeżdżące samochody, ale płynąca obok rzeczka przechyla szalę i postanawiamy tu pozostać.

To był ciężki dzień, upał dał mi solidnie w kość, górki też dały popalić. Swoje dołożyły dalsze kłopoty z żołądkiem, nad którymi jednak udało mi się zapanować i dalszą drogę widzę w lepszych barwach. Z ulgą robię sobie prysznic i zabieram za sporządzanie posiłku. Po dwudniowej diecie wraca mi apetyt i ze smakiem pałaszuję liofilizowanego kurczaka curry. Pycha, do tego wyciągnięta z sakwy, jeszcze chłodna, zielona butelka z pysznym tutejszym izotonikiem.

Żyć się chce.