Maraton w Karpaczu - 30.04.2005
Dodał(a): Piotr Furmański furman
11 stycznia 2006
Kolejny maraton. Tym razem to już nie przelewki. W Karpaczu czeka na mnie ciężka, górska trasa o sumie podjazdów prawie 3200 metrów. Zdaję sobie sprawę, że to nie to samo co Łomianki. Tutaj waga odgrywa bardzo dużą rolę, no a z tym nadal u mnie nie jest optymalnie. Jednak czuję się mocny i będę próbował zmieścić się w limicie czasowym wjazdu na drugą pętle.

Wszystko dopięte na ostatni guzik. Na starcie sporo znajomych, czas upływa szybko. Pogoda odpowiednia do jazdy na rowerze. Start następuje punktualnie. Jazda ulicami Karpacza szybko mija i zaczyna się teren. Jest ciasno ale bezpiecznie gdyż wąskie i kręte uliczki nie pozwalają na osiąganie dużych prędkości. I tutaj popełniam pierwszy błąd. Odpuszczam trochę początek i daję się wyprzedzić wielu osobom. Rozpędzony peleton hamuje przed stokiem narciarskim. Nie ma szans na podjechanie tego odcinka.

Tłum kolorowo ubranych ludzi targa rowery pod górę. Słoneczko operuje i robi się naprawdę gorąco. Po podejściu chwila jazdy i znów zeskok z roweru gdyż drogę zagradzają ogromne kamienie i bloki skalne. Od tego miejsca zaczynają się robić poważne korki. Nie ma gdzie wyprzedzić, ścieżka za wąska, kolumna rowerzystów posuwa się wolno do przodu, jak dla mnie dużo za wolno. Nie podejmuję jednak jakichś szalonych prób wyprzedzania, przecież to dopiero początek.

Wsiadam na rower, lecz nadal jadę wolno w kolumnie, sporo ludzi stara się omijać kałuże i błotne sadzawki. Pokornie jadę za nimi i nie szarpię jak co poniektóre osoby . Zresztą po chwili wyjeżdżamy na szeroką, kamienistą drogę wiodącą do góry. Towarzystwo momentalnie się rozciąga i tutaj następuje pierwsza próba sił. Jest szeroko, każdy może jechać swoim tempem. Tutaj góry weryfikują możliwości startujących. Podjazd jest może niezbyt stromy lecz długi. Wiedzie na wysokość 1048 m. i jest to najwyższy punkt trasy. Sporo osób przeliczyło się tutaj z siłami i po początkowym ostrym deptaniu zaczęło tracić siły. A potem zjazd, taką samą drogą. Kamienie, które na podjeździe wydawały się małe i niepozorne teraz urastają do rangi głazów. To nie jest odpoczynek, trzeba dokręcać i to ostro żeby utrzymać pozycję. Całą uwagę trzeba maksymalnie skoncentrować na kokpicie. Trzęsie ogromnie, wibracje przenoszą się na całe ciało. Nawet amorek nie zapewnia komfortowej kontroli nad rowerem. Nagłe skręty, przenoszenie ciężaru ciała, łańcuch dzwoni niemiłosiernie, nogi zaczynają mrowieć. Po bokach ogromne ilości ludzi łatających flaki. To próba też dla mojego ogumienia. W górach jeszcze nie było więc zapobiegawczo nabiłem je na maksa. Maksymalna dawka jaką zaleca producent czyli 65 PSI.

Na zjeździe śmiga koło mnie Łatka, a za nią Express. Podrażniona ambicja daje o sobie znać i coraz bardziej zdecydowanie naciskam na pedały. Robi się naprawdę hardkorowo, już nie myślę o kołach, łańcuchu, teraz liczy się tylko prędkość, utrzymanie i poprawienie pozycji. Docieramy do ulic Karpacza. Chwilę po trawce i znów ulice. Kolejny raz trzeba zejść z roweru, przed nami schody. Wypinam się z pedałów i nagle wstrząs. Koszmarny skurcz w prawej nodze wywołuje panikę. Tyle przygotowań, przepracowana
naprawdę solidnie zima, preparaty potasowe, magnez i tutaj na 20 kilometrze łapie mnie skurcz. Świat zaczyna się walić, rozpaczliwie robię szybką analizę popełnionych błędów. Póki co wnoszę rower po schodach i ostrożnie jadę po ulicach Karpacza. Jestem zmuszony chwilowo spauzować.

Kieruję się teraz pulsometrem i staram się jechać w strefie tlenowej. Mijam Karpacz i droga znów zaczyna się wznosić w górę. Tutaj pierwszy bufet. Wypijam tylko kilka łyków wody i zasuwam dalej. Mijają kilometry i skurcze nie powracają dzięki czemu zaczynam jechać bardziej zdecydowanie. Stawka zawodników już się wyrównała i rzadko zdarzają się przetasowania. Kilka osób mnie wyprzedza, kilka i ja łykam. Asfaltowa droga wspina się nadal w górę. A tam w górze
czeka na nas ogromna ilość adrenaliny. Asfalt zamienia się drobniutki szuter opadający ostro w dół. Szybkość wzrasta błyskawicznie, pobocze zaczyna zlewać się w jeden pas zieleni. Na prostych odcinkach dokręcam delikatnie. Robi się coraz ciekawiej , przy 70 km/h nie odważam się już patrzeć na liczniki całą uwagę skupiam na drodze przed sobą. Łagodny zakręt w prawo i widzę długi odcinek prostej i stromej drogi.

To już przesada, wydaje mi się że zaraz odfrunę, w głowie pojawiają się czarne myśli...co będzie jak.....tfu, tfu, trzeba hamować , koniec dobrego, nadal zjazd lecz teraz już wąską i kamienistą drogą. Tutaj zerkam w licznik i widzę 74 km/h. No cóż rekord mam o 3 km większy ale na asfalcie. No- w terenie to mi się tak zasuwać jeszcze nie zdarzyło. Następny bufet zatrzymuje mnie na minutę, kilka łyków wody, pomarańcz, jakieś ciastko i już kręcę dalej. Jedzie się mi coraz przyjemniej, o skurczach już zapomniałem, siły jeszcze mam sporo. Zaczynam szacować czas dojazdu na metę, czy zmieszczę się w limicie czasowym aby wjechać na drugą pętlę. Wychodzi mi, że powinno się udać. Coraz bliżej do mety, już witał się z gąską gdy nagle wstrząs.

Przed nami wyrasta Golgota, stroma góra, która zagradza nam drogę. Wąska i stroma ścieżka nie pozostawia wątpliwość co do tego gdzie prowadzi. Właśnie tam, tam na samą górę. Nie wiadomo co lepiej robić. Wnosić rower czy też go wpychać bo o podjeżdżaniu to oczywiście nie ma co gadać. Trwa to około 10-15 minut. Słychać tylko ciężkie oddechy, niekiedy komuś wyrwie się niecenzuralne słowo pod adresem organizatorów trasy lecz zaraz milknie łapiąc łapczywie każdy cm. sześcienny powietrza. Wypłaszczenie przyjęte zostaje z entuzjazmem. Niemrawo wsiadamy na rowery i wolno posuwamy się do przodu. Przed nami jeszcze dwa takie podejścia, na szczęście zdecydowanie krótsze i mniej strome. Potem szybkie zjazdy i znów pomykam po ulicach Karpacza.

Wjeżdżam na stadion i głośno dopingowany przez Radara bez chwili wahania pruję na drugą pętlę.
Do zamknięcia rozjazdu zostało ponad 20 minut, muszę to wykorzystać i przejechać dystans PRO.
Zatrzymuję się na jakieś 2 minuty na bufecie. Jest nas tutaj kilka osób. Cieszymy się wszyscy z możliwości wjechania na dużą pętlę i zarzekamy, że dalsza trasa to już typowa turystyka. No cóż deklaracje deklaracjami, a życie sobie. Wcale nie widać żeby ktoś się oszczędzał. Podchodzę wąwozem, a potem czeka mnie już drugi podjazd asfaltową drogą, która na górze zmienia się w szutrówkę. Znów ten szalony zjazd, teraz jedzie się odważniej, duże odstępy między zawodnikami zapewniają bezpieczeństwo. Pamiętam mniej więcej ukształtowanie drogi i zdecydowanie bardziej naciskam na pedała. Mijam zakręt w prawo i widzę najbardziej stromy fragment drogi. Wiedzie prosto jak strzała w dół. Rzut oka na elektronikę, szybkość 58 km/h, tętno około 120 uderzeń.

Zaciskam mocniej dłonie na chwytach kierownicy i ostro deptam po pedałach, szum wiatru w uszach staje się nieznośny, a z oczu pomimo okularów zaczynają mi wyciekać łzy. To coś magicznego, mania prędkości, z jednej strony czuję strach, z drugiej nie mogę opanować się przed dokręcaniem. I chociaż to wszystko trwało tylko kilkadziesiąt sekund to odnoszę wrażenie jak by to była wieczność.......... Ale jest w końcu ostry skręt w lewo, tutaj trasa odbija w leśna drogę gdzie prędkości spadają do 30 km/h. Jeszcze tylko odczyt urządzeń pokładowych. Licznik wskazuje magiczny wynik 82 km/h, a pulsometr daje do zrozumienia, że pomimo zjazdu serducho nie miało przerwy obiadowej i musiało zasuwać z częstotliwością 130 uderzeń na minutę.

A teraz musi dawać jeszcze bardziej czadu bo szybko mijam bufet i zasuwam ostro pod górę. Mijam jeden zakręt, potem drugi, podjazd staje się miejscami stromy, a co najgorsze nie widać końca. Mozolnie pokonuje kolejne metry, robi się chłodno i wilgotno, powietrze przesiąknięte mocnym zapachem lasu. Kolejny zakręt wyjawia przyczynę tej zmiany. Pojawia się śnieg, na początku leżą nieśmiało małe płaty lecz już niedaleko widać , że cała droga pokryta jest mokrym i głębokim śniegiem. Zdecydowanie wbijam się tą białą masę lecz już po chwili jestem sprowadzony na ziemią. O jeździe nie ma mowy. Przez kilkadziesiąt metrów trzeba dawać z buta
lecz jak tylko wsiadłem na rower następne kilka km. szybko zleciało na dynamicznym zjeździe.

Ale znów zaczynają się leśne dukty. Jadąc taką ścieżką słyszę metaliczny brzęk. Nie zwracam uwagi sądząc, że to jakiś kamień uderzył o szprychy. Skupiam się na stromym zjeździe prowadzącym do drewnianego mostka pokrytego belami drzewa. Nie boje się zjazdów, i tym razem również mocno się rozpędzam ufając w moje tarcze. Kilka metrów przed mostkiem
wciskam obie klamki hamulcowe i przeżywam szok. Lewa klamka sterująca przednim hamulcem okazuje się miękka i bezużyteczna. W panice wciskam na maxa tylni hampel, tylnie koło momentalnie blokuje się, a ja z impetem wpadam na pierwsza belę drzewa. Potężny wstrząs,
metaliczny jęk dobijanego amorka, szarpnięcie kierownicy ...i utrzymuję się na rowerze, dalej już na spokojnie oceniam straty.
Nie zsiadając z roweru widzę, że brakuje tulejki trzymającej klocki hamulcowe. Koło też całe, nie widać bicia, wydaje się, że oprócz zgubionych klocków nie ma innych strat. Gorzej, że pozostało jeszcze 20 km do mety, a ja w zasadzie jestem wyłączony ze zjazdów. Już na kolejnym zjeździe przekonuję się jak wolny teraz jestem. Na ostatnim bufecie zatrzymuję się na minutę. Dalsza trasa już znana, drugie podejście pod golgotę. Tym razem jakoś lepiej je zniosłem, za to spotykam tutaj dziewczynę, która prawie płacze prowadząc rower.

Jadę teraz z dwoma gościami, którzy na zjazdach giną mi z oczu lecz na podjazdach znów ich dochodzę. Jednego z nich łykam na asfaltowym podjeździe, a drugi cały czas utrzymuje
przewagę kilkunastu metrów. Znów zjazd i znów tracę dystans. Ale już wjeżdżam na ulice Karpacza. Oglądam się za siebie i widzę energicznie jadącą sylwetkę, nie nie..kolego nie po to dymałem przez 90 km żeby teraz dać łyknąć się na kilometr przed metą. Wrzucam twardy bieg i zaczynam ostro deptać. Spojrzenie za siebie, widzę, że dystans nie zmienia się.
Już widać stadion, na wjeździe dochodzę do poprzednika. Jest tylko kilka metrów przede mną. Nie decyduję się jednak na atak i spokojnie wjeżdżam na metę.

Podsumowanie
Czas przejazdu to 6,53.
Dystans 93 km.
Miejsce w Open 110

To był ciężki maraton i dlatego bardzo duża satysfakcja z tego, że udało mi się zrobić dystans PRO.
Liczyłem się z tym, że góry dadzą mi wycisk, a moja nadwaga nie będzie sprzymierzeńcem na tej trasie. I rzeczywiście tak było, stąd wynik zdecydowanie gorszy niż w Łomiankach. Jednak jestem zadowolony z tego że w ogóle przejechałem ten maraton .Z wyjątkiem incydentu na początku uniknąłem skurczów. Na metę dojechałem zmęczony lecz nie wyczerpany. Obeszło się bez problemów technicznych. Szkoda tylko tego hamulca gdyż na pewno odebrał mi on kilka minut. Były też problemy z przerzutką z tyłu. Od pewnego momentu ześwirowała i nie miałem dostępu do dwóch największych koronek na kasecie. Jednak ta awaria działała na korzyść gdyż jechałem na szybszych przełożeniach i zyskiwałem na czasie.

W każdym razie zrobiłem to co sobie założyłem. Widzę że to co robię idzie w odpowiednim kierunku, a godziny spędzone na rowerze przekładają się na cenne minuty na maratonach.

Piotr Furmański

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3959 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.