Damy radę!! - czyli o wycieczce na Lubań - 22.10.2005
14 stycznia 2006
Decyzja o naszym wyjeździe na Lubań zapada na kilka dni przed jej odbyciem. Od samego początku byłem sceptyczny co do trasy jaką zaplanował MiśQ: Rabka-Turbacz-Lubań-Tylmanowa-Szczawa-Mszana-Rabka; mieliśmy pokonać: 100km - niby nie dużo, ale połowa z tego po górach przy jesiennym krótkim dniu. Ale cóż nie było dyskusji; w sobotę 22.10.05 jedziemy i już! W porządku myślę sobie damy radę! Nie był to zresztą nasz pierwszy wspólny wyjazd w Gorce gdyż rok temu w tym samym czasie na przełomie października i listopada wybraliśmy się wspólnie z Rabki na Gorc przez Turbacz i z powrotem. Ale cóż myślę sobie: jak Michał przejedzie to ja też nie będę gorszy: ja też dam radę!

Z Krakowa wyjeżdżamy samochodem ok. godziny 7 by po ok.dwóch godzinach dotrzeć do Rabki. Ok.godziny 9 rozpoczynamy naszą wycieczkę. Pogoda nam się udała:) Był to piękny jesienny dzień - typowa polska złota jesień - nie było za ciepło, ale tak w sam raz. Jedziemy dobrze znanym nam z wcześniejszych wyjazdów czerwonym szlakiem przez Maciejową.

Przy schronisku na Starych Wierchach robimy sobie krótką przerwę - czas się trochę posilić :). Dalej nawierzchnia była już trochę błotnista i już nie jechało się tak dobrze. Przed Turbaczem były miejsca, w których zalegał już pierwszy śnieg. Przy schronisku pod Turbaczem chwila przerwy potrzebna do złapania oddechu i śmigamy dalej. Przejeżdżamy przez Długą Halę - miejscami rozpościerały się tam kałuże, dalej jedziemy na Kiczorę i błoto daje się bardziej we znaki. W końcu zaczyna się dosyć długi zjazd najpierw lasem potem przez hale, mijamy po drodze piękne jesienne widoki. To był długi zjaaaazd, a na końcu za stromy by jechać. W końcu ok. godziny 13:30 docieramy do Przełęczy Knurowskiej. To już ostatni moment na zmianę i skrócenie trasy. Ale nie! Na razie humory dopisują i nie ma takiej możliwości. Jedziemy dalej.

Dalsza droga w porównaniu z pasmem Turbacza bardziej sucha, ale też i konfiguracja terenu jest inna: zaczyna się szarpanina góra-dół, góra-dół. W Studzionkach gubimy szlak, ale szybko zawracamy i go odnajdujemy. Na Runku pierwsze oznaki zmęczenia i zniechęcenia, ale nie!, nie możemy się poddać bez walki! Damy radę powtarzam!! Za późno na zmianę trasy - w końcu wjechaliśmy już na pasmo Lubania i szczyt ten musimy zdobyć!! Albo My albo On:) Skończyła się bajka. Dalej jedziemy, mijamy hale z których rozpościerają się piękne widoki w kierunku Jeziora Czorsztyńskiego. Na tym szlaku pusto; spotkaliśmy tylko jednego turystę idącego z przeciwnego kierunku.

Już niedaleko, już Go widzimy stoi majestatycznie przed nami. Zjeżdżamy z kolejnego wzniesienia, dalej wjeżdżamy w jakąś nową, świeżo wykonaną drogę. Hola, hola mówię nagle- spojrzenie na mapę, tak musimy zawrócić nie ma wyjścia trzeba przeć dalej czerwonym szlakiem - w końcu po to tu dotarliśmy:) Michał coś mówi o schronisku na górze i o odpoczynku przy herbatce. Nie wyprowadzam go z błędu (owszem jest tam sezonowa baza namiotowa teraz już nieczynna) Zaczyna się; dalej już jechać się nie da. Nachylenie stoku to około 40 stopni. Długa prosta trochę kamienista ścieżka pełna korzeni prowadzi pośród wysmukłych świerków i końca nie widać - nie ma wyjścia - trzeba powoli wspinać się krok po kroku i pchać rowery, byle do góry. W końcu podejście łagodnieje, i szlak skręca w prawo.

Lubań zdobyty
Tak to już tu - jesteśmy na miejscu. Euforia- Lubań zdobyty! Krótka przerwa na fotki i kontakt z bliskimi. Jest godzina 17. Rozpoczyna się zachód słońca. Dalej decydujemy się jechać zielonym szlakiem w kierunku Tylmanowej. Pod Lubaniem spotykamy kilku turystów pieszych. Zjeżdżamy szybko w dół, a tu zaczyna zmierzchać suniemy leśną drogą, ale co to? Droga zrobiła się trochę kamienista i ani śladu szlaku! Jedziemy chyba jakimś sezonowym korytem potoku. Cóż, wracamy-straciliśmy kilkadziesiąt metrów wysokości:( W końcu docieramy do szlaku, ale znowu niespodzianka. Szlak gdzieś znika nie możemy go odnaleźć. Już prawie ciemno. Zrobiło się troche nerwowo. Zapalamy lampki, decydujemy się jechać leśną ścieżką w kierunku przeciwnym. Droga wiedzie w dół; jest trudnoprzejezdna, błotnista, pełna dużych kałuż. W oddali na horyzoncie widać czerwone światło zapewne na maszcie, na Luboniu Wielkim. Nie jest jednak źle ta droga jest uczęszczana. To droga zwózki drewna- niedawno jechał tędy ciężki sprzęt, czyli musi prowadzić do ludzkich siedzib. Zaczęło się błoto! Gęste i dużo, a noc już w pełni. Słychać szum potoku; leśny trakt łączy się z nim i w końcu stało się: buty przemokły, miejscami woda sięga powyżej kostek. Na wpół jadąc na wpół zbiegając posuwamy się krętą ścieżką jak się okazało później był to Rolnicki Potok. W końcu docieramy do pierwszych zabudowań, pojawiły się słupy energetyczne i światło elektryczne, tak dojechaliśmy do cywilizacji. W końcu zadowoleni mówimy: nareszcie w domu! Co prawda jest ciemno i do Rabki mamy dalej niż bliżej, ale przynajmniej to już asfalt. Gmeramy chwilę przy rowerach. Michał instaluje oświetlenie neonowe na tył, ubieramy się cieplej. Ruszamy dalej, po chwili jesteśmy już na drodze Ochotnica-Tylmanowa. W napotkanym sklepie kupuję baterie do lampy przedniej. OK. jedziemy dalej- dojeżdżamy do drogi głównej i kierujemy się w lewo na Zabrzeż. Początkowo jedziemy wzdłuż Dunajca, potem odbijamy w lewo na Rabkę. Od tego momentu to szum Kamienicy-tej górskiej rzeki i rozgwieżdżone niebo nad nami, a potem za Lubomierzem także księżyc będzie nam towarzyszył. Aż do Rzek cały czas pod górę. Na szczęście jest ciemno i nie widać tego tak dobitnie. Z rzadka mijają nas samochody, ale i tak posiadamy dobre oświetlenie w stosunku do kilku napotkanych po drodze batmanów:) W Kamienicy zatrzymujemy się ponownie by uzupełnić zapasy. Po odpowiedzi na pytanie dokąd jedziemy towarzystwo w knajpce na tej stacji benzynowej patrzy się na nas jakoś dziwnie...

Trzeba jechać dalej nie ma innej alternatywy, jesteśmy już znużeni tą jazdą. Za Szczawą zatrzymujemy się. Muszę coś zjeść! Mam kryzys energetyczny. Wchłaniam jakieś ciastka i batony dużo i szybko. Michał jeść nie może. Zaczynają nam przychodzić do głowy jakieś dziwne pomysły- np.związane z łapaniem busa..; Kieruje mną jedna myśl: damy radę- byle do Rzek- tam już z górki, aż do samej Mszany. W Mszanie Dolnej robimy sobie małą przerwę trzeba rozgrzać trochę zmarznięte stopy jest godzina ok.22. Już niedaleko najwyżej 12km jakoś tam dojedziemy. Przed Rabką, a dokładnie w Rabce-Zaryte widzę przed sobą 3 nawalonych gości (w końcu jest to sobota późnym wieczorem). Jeden z nich wychodzi na środek drogi i mnie zatrzymuje i coś tam bełkocze. Niedobrze myślę sobie, Michał z 10 m za mną. Przejeżdża samochód mówię gościowi , że musimy się usunąć. Nagle słyszę głos Michała spier...amy. I na maxa ostatkiem sił depniemy po pedałach -jeden gościu biegnie za nami, ale my szybsi- uciekliśmy gościom; Dalsza droga to już stan znany z niektórych maratonów choćby z Kościeliska 2005 czyli: byle do mety, nieważne jak byle tam dotrzeć jakoś!! W końcu dojeżdżamy do upragnionego samochodu. Jest parę minut przed godziną 23. W Krakowie byliśmy dobrze po godzinie 1.
Reasumując wycieczka była dosyć zwariowana jeśli chodzi o dystans jak na tę porę roku, ale cóż nie było wyjścia: I co najważniejsze, że DALIMY RADĘ!!!:)

Dane z licznika:
dystans ok. 109km (43 na Lubań)
czas jazdy ok.10godzin
czas ogółem 14godzin

W jednym z albumów galerii znajduje się kilka fotografii z tego wyjazdu.

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3448 czytań ·
Komentarze
15 stycznia 2006 09:53:06
prawdziwi twardziele!!!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.