Zima w pełni. Do swojej bazy u podnóża Liwocza dotarłem dopiero po interwencji szwagra, który na traktorze uzbrojonym w pług i potężne łańcuchy udrożnił drogę do domu.
W planach był zimowy wyjazd na rowerze ale ogromne zwały śniegu zalegające wokoło zweryfikowały moje plany. Ubrany od dołu do góry w "texy", na stopy trapery, zabezpieczony stup-tupami wyruszam pieszo na pojedynek ze śniegiem, z gorą, ze zmęczeniem. Cały bagaż to cyfrówka i jabłko mające być nagrodą już na szczycie.
Początek naprawdę ciekawy, tam gdzie zatrzymał się traktor kończy się ludzka droga. Dalej już tylko ślady zajęcy i kuropatw. Z animuszem atakuję tę białą połać, jeden krok, drugi, trzeci już grzęźnie w zaspie po kolana. Zagryzam zęby i ze świeżością nadal atakuję białą masę. Powoli oddalam się od zabudowań i kieruję na przełaj do drogi prowadzącej w las. Już wiem, że przydałyby się okulary. Biel śniegu oślepia i oczy bolą od mrużenia. Ale teraz za późno już na powrót, kosci zostały rzucone.
Zasapany docieram do odśnieżonej drogi i kieruję się w stronę widocznego daleko lasu. Idzie się super, prawie autostrada. Do lasu docieram szybko i zagłębiam się w jego czuleść. Na początku euforia, wyraźna droga pokryta zaledwie warstewką śniegu nie sięgającego nawet kolan. Korzystam z tego dobrodziejstwa i zasuwam szybko chociaż w głowie dzwoni alarm sygnalizujący że zbaczam ze znanego mi szlaku. Jednak pozostałe drogi zasypane i wybieram opcję jak najdalej tędy, a potem się zobaczy. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa gdyż kierując się w górę zawsze muszę dotrzeć na główny grzbiet,a tam już sobie poradzę.
Idę więc i napawam się pięknem otaczających mnie plenerów. Dla takiego mieszczucha jak ja ten krajobraz zdaje się żywcem być wyjęty z baśni o królowej śniegu. Wszystko białe, droga pokryta świeżym puchem, wokół wręcz sterylnie biały krajobraz. Z drzew opadające tumany śnieżnego puchu i ta cisza....
Tak jak przypuszczałem droga szybko znika pod grubą pokrywą śniegu i zaczyna się parwdziwa walka o każdy metr. Nie dość, że miejscami wpadam w zaspy po pachwinę to jeszcze muszę walczyć ze stromizną gdyż kieruję się teraz wprost do góry. Kawałek idę trawersem lecz szybko muszę znów prosto w górę gdyż ukształtowanie terenu uniemożliwia ten manewr. Jestem już głęboko w lesie, z dala od ludzkich ściężek i zaczyna się robić bardzo tajemniczo. Dużo sladów jakiejś zwierzyny.Trudno coś odczytać gdyż zapadłe w śnieg stają się niwidoczne. Kilka razy natykam się na wykopane w śniegu jamy zdradzające obecność dużych zwierząt. Potwierdzają to głębokie ślady prowadzące od tych zimowych legowisk. Przez chwilę bawię się w trapera.
Podążam jednym ze śladów wiodącym w kierunku krzaków. Uważnie oglądam wiszące jakieś pół metra nad ziemią gałązki. Na jednej z nich znajduję kilka ciemnych i twardych włosów. Już nie domyślam się, jestem wręcz pewien - tylko jedno zwierzę w tym lesie mogło zostawić tak wyraźne i czytelne ślady. Ciężki, niski, ciemna, gruba i sztywna sierść, dziki tutaj bawiły i to nie jeden a chyba całe stadko. Korzystając z wydeptanych śladów szybko kieruję się w górę. Zwalniam jednak już po chwili gdyż zaspy śniegu zaczynają sięgać powyżej pasa. Mozolnie docieram na grzebiet i znajduję znaki żółtego szlaku i w miarę wygodną drogą idę wolno do przodu.
Docieram do stokówki wiodącej do Brzysk. Tutaj szlak ostro skręca w prawo i stromo prowadzi w górę. Na początku idzię się przyjemnie, snieg powyżej kolan nie sprawia dużych kłopotów, lecz już po chwili robi się prawdziwe extremum. Pozostaje ostatnie strome podejście. Nawiany śnieg zaczyna sięgać mi powyżej pasa. Każdy krok przychodzi z ogromnym trudem. Nie ma mowy o chodzeniu, trzeba to nazwać raczej pełzaniem. Zaczynam odczuwać naprawdę duże zmęczenie. Próbuję różnych technik pokonania tej przeszkody. Odcinek 20 metrów zajmuje mi około 15 minut. Skrajnie wyczerpany staję w końcu na wypłaszczeniu gdzie brodzę po kolana.
Już zmęczony wolno posuwam się do przodu. Widzę wieżę na szczycie wyłaniajacą się zza drzew. Chwila nieuwagi i zbaczam ze szlaku. Przekonuję się o tym gdy nagle widzę iż wieża za bardzo uciekła w lewo. Wracam na właściwy kierunek i już na azymut docieram na górę.
I to w zaszadzie koniec wycieczki. Oglądanie widoczków nie trwa długo gdyż zimny wiatr szybko wyganie mnie z platformy widokowej. Droga z Liwocza do Brzysk już trochę przetarta i idzie się jak autostradą. Rezygnuję z opcji zejścia skrótem gdyż calkowicie zasypany, a nie mam ochoty znów czołgać się po śniegu. Do Brzysk schodzę już wygodną drogą i docieram do inego świata.
Odwilż, wszędzie słychać topiący się śnieg. Na drodze pojawiają się koleiny, a w nich ciemny ślady asfaltu. Samochody szumiąc potokami wody wzbudzają postrach wśród przechodniów. Śnieg jakoś stracił swą oślepiającą biel i stał się jakiś taki..normalnie biały..i tyle.
Nie ma sensu tędy iść, pierwszym autobusem zabieram sie do Błażkowej aby tam oddalony znów od ruchliwej drogi pogrążyć się w myślach....
I na koniec link do kilku zdjęć z tego wypadu
Galeria z wyjazdu
Liwocz na zimowo.
Komentarze
12 marca 2006 19:23:14
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
