Niedziela 8.10.2006- Ojców + jedna dolinka
Dodał(a): Leslaw
09 października 2006
Z racji tego, że byłem pomysłodawcą tej wycieczki jak i przewodnikiem stada, czuję się zobligowany pokrótce opisać przebieg tego co się działo.

Przwitał nas lekko pochmurny i chłodny niedzielny poranek. Pod smokiem stawiła się jednak dość spora grupa bikerów i tak: Dominik, Darek, Furman, Jarek Mixelectronics, Krzysiek Krak-bike, Leszek, Łukasz, Mariusz Pocio, Mariusz Ciaposo, Mariusz Lajkonik, Marcin, Paweł Krak-bike, Tom no i ja czyli Lesław. Wbrew deklaracjom zawiodła niestety płeć piękna, powody są nieznane, ale konsekwencje wyciągniemy.

Parę minut po godzinie dziesiątej ruszyło czternaście osób spragnionych wrażeń kierując się wałami Rudawy w kierunku Szczyglic. Po wjechaniu na ulicę Balicką peleton zaczął się rwać, a to za sprawą kilku miłośników szybkiej jazdy.

Za Szczyglicami jechaliśmy fragmentami trasy maratonu krakowskiego z ubiegłego roku i tak dobrnęliśmy do wąwozu kochanowskiego. W moich założeniach wąwóz mieliśmy pominąć, po pierwsze z racji moich niedostosowanych do tego opon (RR), po drugie inni byli nawet na slickach, po trzecie chyba za dużo było dzień wcześniej PS-a a po czwarte po prostu... Co tu będę dużo mówił, jako jedyny odkurzyłem plecami zbocza wąwozu. Pozostałe osoby bezpiecznie pokonały ten odcinek, tylko nie wiem czemu Mariusz Ciaposo chciał mnie, już przykurzonego staranować.

Zapomniałbym o jednym wyjątku. Pocio z uwagi na łyse gumki został skierowany bezpośrednio do Kleszczowa. Jakież było nasze zdziwienie kiedy tam go nie zastaliśmy. Po długich poszukiwaniach odnalazł się w Nielepicach pod sklepem. Tam też był pierwszy nasz dłuższy postój i czas na małe co nieco, a i browarka również nie zabrakło. Tutaj opuściły nas cztery osoby Furman, Jarek MixElectronics, Mariusz Lajkonik oraz Dominik, chyba dlatego że byli niezadowoleni ze zbyt wolnego tempa.

Tak więc dziesięciu najbardziej wytrwałych ruszyło po ...schodach (czytaj: czarny szlak) w kierunku Doliny Będkowskiej mijając po drodze Rudawę i z boku Radwanowice. Trzymając się niebieskiego szlaku turystycznego dobrnęliśmy terenem do początku dolinki od strony zachodniej. Tutaj jako przewodnik bez doświadczenia sprytnie wypuściłem prawie cały peleton na podjazd pod górkę o nachyleniu chyba około 50%, by po chwili oznajmić, że szlak skręca u podnóża w prawo. Nie wiem po co oni tam wyjeżdżali. Oszczędziłem tylko nielicznych, ale następnym razem poczekam jak wszyscy na górę wyjadą.

Dalej ruszyliśmy ciekawą technicznie ścieżką, która zaprowadziła nas do punktu z którego rozlegał się piękny widok na wejście do dolinki. Słońce, które towarzyszyło nam od pewnego czasu dodawało jeszcze uroku temu miejscu. No ale czas w drogę. Zaraz, zaraz ale gdzie jest Pocio? Na szczęście niebawem sam się odnalazł. Dalej zjazd stromą ścieżką, trochę schodzenia również było i przecieramy mało uczęszczany szlak niebieski prowadzący zboczem dolinki. Sporo wystawało gałęzi na wysokości głowy, więc i małego sznita na twarzy zaliczyłem. Wylot ze ścieżki na kamienistą drogę był dość zdradliwy o czym przekonał się Paweł z Cyklokraka. Tak czule pocałował matkę ziemię, że nawet nie pamięta jak ją potraktował z byka. Wyglądało naprawdę groźnie, ale na szczęście nic mu się nie stało. Jedynie hak przy przerzutce trochę ucierpiał. Dalej ruszyliśmy wygodną drogą do wylotu doliny. Tutaj po raz pierwszy Krzysiek Krak-bike skuwał łańcuch, a w sumie robił to trzykrotnie.

Niebawem dojechaliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego, gdzie Marcin nam oznajmił, że dalej z nami nie jedzie. Może baterie w lampce mu się wyczerpały? W każdym bądź razie ruszyło dalej dziewięć osób. Po drodze napotkany pan przekonywał nas o wyższości szlaków turystycznych nad rowerzystami, ale na dłuższą rozmowę nie mieliśmy czasu bo bar wzywał. I tak dobrnęliśmy do celu wycieczki racząc się na miejscu przeróżnym jadłem i napitkiem.

Po małym odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną dbając o to aby licznik prędkości nie schodził poniżej 35 km/h. Praktycznie to nie byłoby już o czym pisać gdyby nie mój przypadek. Cały dzień coś za mną chodziło. W rejonie Azorów na płaskiej asfaltowej drodze, jadąc około 10 km/h, trzymając jedną ręką kierownicę a drugą rurkę od bukłaka ..zahamowałem. I co? Znalazłem się na poziomie na ulicy. Rozwaliłem kolanem cztery szprychy w przednim kole (ilość cięć i nakłuć na kolanie na to też wskazuje) a poza tym dostałem kierownicą w żebra. Podejrzewam, że mam jedno pęknięte. Ale jeżeli chodzi o upadki pod koniec wycieczki to nie byłem odosobniony. Gdy zatrzymaliśmy się by pożegnać Leszka Pocio runął na ziemię jak porażony piorunem, po prostu okazało się że nie wypiął się z spd. Podsumowując wycieczkę , to uważam że było sympatycznie, ponieważ zawsze jeździ się lepiej w większej grupie osób. Do zobaczenia na następnej.


Lesław Podolecki

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3952 czytań ·
Komentarze
09 października 2006 23:17:39
Żałuję, że mnie nie było z Wami:( Tyle bufetów na wyjeździe to dopiero frajda..
09 października 2006 23:53:31
musze przyznac ze pocio nad wypinaniem z spd musi troche popracowac bo jak sobie go przypominam walacego sie na zywoplot to nawet teraz sie smieje ;) zreszta caly czas byly momenty gdzie usmiech ogrzewal nasze serca gdyz chlodno jednak w lesie byloB)
10 października 2006 00:05:35
a już się bałam, że tylko ja się wywracam :D Ale mieliście wesoło ;)
10 października 2006 00:11:50
Ladna relacja jak na przykry wypadek. Szacujesz ze zebro sie zagoi do tygodnia? A z tymi spdamie, to az nie chce sobie przypominac o swoich wypieciach na skrzyzowaniach ;/
10 października 2006 07:50:51
Sympatyczna relacja a i zdjęć w galerii przybyło, wyjazd był super, na podziwianie widoków trochę mało czasu ale to przez to rekreacyjne tempo...
10 października 2006 09:52:02
ileż nowych nowych twarzy! poproszę wieczorek zapoznawczy:)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.