Czy warto było jechać na ten ostatni już maraton?
Czy ja ciągle muszę marudzić?
A może jednak było się czym rozkoszować w Polanicy?
miejsca zielonych:
dystans Giga
18 ciaposo 03:16:52 5 (M3)
78 kasia 03:57:13 3 (K3) jako KELLYS TEAM
86 Maciu 04:00:22 8 (M1)
106 neeq 04:14:48 41 (M2)
107 Lukas 04:14:58 42 (M2)
dystans MEGA
26 Leslaw 02:14:41 2 (M4)
182 AndyLo 02:48:45 57 (M3)
260 pocio 03:03:34 35 (M4)
„Jest czwarta nad ranem za oknem już ..” na całe szczęście nie jest, aż tak źle jak w cytowanej piosence Leonarda Cohena. 12 stopni to upał po ostatnich dwóch deszczowych i zimnych tygodniach. Tym razem jadą ze mną AndyLo, Maciu i Staszek. To oni stworzą dla mnie i siebie odpowiednią atmosferę na maratonie. To ma być mile spędzony dzień.
Załadunek przebiega zgodnie z planem, nie licząc mojej pomyłki co do jednego skrzyżowania.
Dalsza trasa przebiega spokojnie i tylko smród palącego się gazu w Chrzanowie i niesamowity widok wiatrołomów w okolicach Góry św. Anny psują sielankową atmosferę. Tradycyjnie śniadanie w Niemodlinie i na miejscu jesteśmy koło 9,00.
Targają mną liczne emocje. Zawód bo nie ma Huty i Wieczności, bezsens mojego startu po dwóch tygodniach bez roweru i rozterka czy aby nie lepiej pojechać giga?
Zwycięża jednak chęć zaliczenia generalki na mega (po błędzie we Wrocławiu brakuje mi jednego maratonu). Mam nadzieję, że sektory się sprawdzą i da się wjechać na Piekielną Przełęcz.
W tym roku podobnie jak w ubiegłym stoję koło Staszka na starcie. Ma nade mną przewagę bo wyspał się po drodze, a ja prowadziłem.
Cele na dzisiaj: być przed Staszkiem, zmieścić się w 3 godzinach i dojechać w jednym kawałku. Wiem, że odpuszczę stromy zjazd pod most przed Polanicą, ale chciałbym wszystko podjechać.
Ruszam o 11,06. Spokojnie bez przepychanek.
Są już pierwsze ofiary nerwowego startu. Kilku zawodników zahacza o barierki wydzielające sektor.
Podjazd pod górę i szukanie swojego miejsca w stawce. Brak rozgrzewki daje się wyraźnie we znaki. Idzie mi ciężko i bardzo szybko wchodzę na wysoki puls ponad 170. Staram się nie dopuścić by przekroczył 175, ale nie mam problemu z utrzymaniem go i tempa jazdy.
Dość szybko dojeżdżają mnie pierwsi zawodnicy z ostatniego sektora.
Aż tak źle?
Niestety potwierdzają się moje obawy i po zjeździe z asfaltu jest korek. Próbuję jechać, ale wobec przeważających sił pielgrzymkowiczów poddaję się.
Żal mi zawodników z M1, którzy tracą tu bardzo dużo cennych minut. Na szczycie potwierdzają się następne obawy. W dół też trzeba zejść, bo nie będę piratował w tłumie.
Od 5 km da się znowu jechać. Dość szybko radzę sobie ze zjazdem do torów i przeżywam rozczarowanie bo nie ma pociągu.
Podjazd Wolarz daje mi w końcu satysfakcję. Nachylenie oscyluje w granicach 6%. Jest na tyle szeroko, że nie ma problemu z wyprzedzaniem, a i noga zaczyna podawać. Tętno stabilizuje się na poziomie 170 i pozostaje walka z czasem.
Teraz to ja na ogół wyprzedzam. Oby tak dalej. Trasa jest sucha jak na dwutygodniowe opady, ale w Sudetach to raczej norma. Bez większych przygód mijam pierwszy bufet. Kawałek za nim w lewo odjeżdża mini. Na trasie robi się luźniej, bo jednak znaczna część osób skręca na najkrótszy dystans.
Dalej trasa biegnie leśnymi drogami, na których miejscami pojawiają się błotne kałuże. W tej części stawki nie jest problemem przejechanie przez nie, bo widać ślady poprzedników.
Na 23 km strumień, a wokół niego bagno. Akurat ja jestem w tym momencie prowadzącym i muszę znaleźć najlepsze miejsce do przeprawy. Wybieram źle i zamieram w rozkroku. Musi to wyglądać komicznie. Na szczęście mogę podeprzeć się rowerem. Sądząc po kole jest dość głęboko. Jadące za mną osoby oferują pomoc, ale muszą najpierw same sforsować wodną przeszkodę. W końcu udaje mi się przenieść rower na drugą stronę, odepchnąć od siebie i zakończywszy przerwę na rozciąganie zdobyć przeciwległy brzeg. Śmiechu jest co nie miara, ale teraz przynajmniej skurcze mi nie grożą.
Drugi bufet i zaczyna się niekończący zjazd o niewielkim nachyleniu. Musze dokręcać by utrzymać przyzwoite tempo.
Od 35 km podjazd pod 3 bufet. Nie jest już taki ostry. Nachylenie poniżej 5%.
Około 40 kilometra dojeżdża mnie prowadzący giga motocyklista. Obserwuję jego tor jazdy i tylko dzięki temu udaje mi się pokonać dość głęboką i długą kałuże.
Na ostrym zjeździe pod most tracę kilka pozycji bo sprowadzam. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo wiem, że w parku w Polanicy odbiję sobie to na podjeździe. Pod samym mostem mijam 7 letniego Michałka, który dzielnie walczy z dystansem mini.
Z asfaltu za „Góralką” wjeżdżam do parku i spokojnie zaczynam odrabiać stracone pozycje. Niestety zaskakuje mnie agrafka i ze względu na źle dobrane przełożenia muszę zejść z roweru. Lepsze to niż wyczynianie hołubców jak w Zawoi. Tracę kilka pozycji w czasie podbiegania, ale po powrocie na rower szybko je odzyskuję. Na asfaltowym zjeździe do stadionu mijam sprowadzającego rower p. Krzeszowa i zajmuję dobrą pozycję do walki na finiszu. Patrząc po wynikach nie miało to sensu, bo czasy netto wypaczają tą zabawę. (z trójki w której finiszowałem byłem drugi, w wynikach jestem trzeci, a najwyższe miejsce ma osoba, która minęła linie mety jako trzecia). Szkoda bo okazuje się, że niepotrzebnie stworzyłem zagrożenie przy wyprzedzaniu na ostatnich metrach zawodników donoszących do mety swoje połamane rowery.
Nie udało się zrealizować dwóch założeń. Dojechałem do mety w czasie 3,03 i zostałem zdublowany przez giga. To moja osobista porażka.
Na szczęście Staszek przyjechał 22 minuty po mnie. Dołożyłem też Tomkowi Wołodźko 17 minut. Maraton nie był, aż tak zły jak wynika z moich wypowiedzi na gorąco, ale mnie nie olśnił. Być może byłem zbyt negatywnie do niego nastawiony i nie zmęczyłem się dostatecznie mocno. Szkoda, że nie pojechałem giga, ale wtedy nie miałbym porównania do generalki z zeszłego roku. A tak 3 punktami przegrałem w niej 30 miejsce i mogę mieć tylko do siebie pretensje o Wrocław.
Stwierdzam, że zdecydowanie fajniej jeździ mi się giga, bo wtedy jestem bardziej zmęczony i jest więcej czasu na wygaszenie negatywnych emocji. Na mecie widzi się tylko swój sukces błędy i wpadki gdzieś znikają.
Jechałem na bordowym Kellysie Magnusie w zielonym stroju B&K Herbapol rowerowanie.pl z numerem 345. Mój czas to 3,03,34 przejechany dystans 51km przewyższenie 1080m. Zająłem 260 miejsce w open
Teraz pora na roztrenowanie i solidne przepracowanie zimy bo jest nad czym popracować. Na tą chwilę planuję jeździć giga w przyszłym roku, a co będzie to czas pokaże. Stawiam na juniora bo on jak startuje to staje na podium.
Pozdrawiam
wiecznie marudzący
pocio
Mariusz Potok
Maraton Polanica Zdrój 27 września 2008.
Komentarze
30 września 2008 22:55:41

Dzięki Tobie, jeszcze raz udało mi się przewinąć przed oczami tą trasę (chociaż strumyka nie pamiętam). Startowałem z pierwszej lini w sektorze M3/4 i nie było dużych korków za Piekiełkiem. Czarnota z Piecuchem wykręcili piękny czas na GIGA bo pętla była krótka, i
dubel nie jest wstydem.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

