REM II Mountain Bike Maraton - Twierdza Przemyśl 2009
Dodał(a): Piotr Furmański furman
04 maja 2009
Przemyski rynek zatłoczył się bikerami tego dnia. Wąskie uliczki wykładane brukiem zostały zawładnięte przez kolarską brać, a całe centrum upstrzone przez kolorowe sylwetki rowerzystów. Przemyski maraton miał odbyć się już czwarty raz, z czego po raz drugi jako inauguracja cyklu maratonów rowerowych – CYKLOKARPATY.

Dla mnie była to pierwsza poważna próba w tym sezonie poprzedzonym ciężką zimową pracą. Rower przygotowany, kierujący również, ochota do jazdy ogromna i wielkie nadzieje na dobry wynik. Dużo znajomych nie pozwoliło się nudzić w oczekiwaniu na start. Jak zwykle zajmuję miejsce gdzieś w środku stawki i strzał pistoletu daje znak do jazdy. Początek bardzo nerwowy, pilot jedzie wolno, a z tyłu co i rusz pojawiają się energiczni młodzieńcy nafaszerowani testosteronem. Brukowane uliczki, wysokie krawężniki, głębokie studzienki tylko czyhają na takich narwańców Robi się bardzo nieprzyjemnie gdyż pomimo mijających kilometrów wleczemy się w żółwim tempie. Tak to trwa przez kilka kilometrów, bardzo niebezpieczna jazda w tłumie ludzi ledwo trzymających swoje nerwy na wodzy. Gdy w końcu skręcamy w lewo słyszę ryk motorów i zaczyna się robić luźno. To znak !

Blokada w amorku załączona i twardo kręcę do góry. Peleton szybko się przerzedza i spokojnie mogę jechać swoim tempem. A to nie jest złe, asfalt szybko się kończy i po wjeździe na szutrówkę pomału zdobywam kolejne pozycje. Z przodu mam swoje targety i trzymam ich na oku. Są takie nieosiągalne, które pewnie szybko znikną z pola widzenia, są też takie, które mam nadzieję dłużej obserwować. Jedzie się dobrze, wprawdzie tętno w okolicach 95% ale nogi dają radę i serducho też nie odpuszcza. Podjazd ciągnie się dosyć długo i na szczyt dojeżdżam na dobrej pozycji.

Kilka łyków z bidonu i spokojnie kontynuuję trasę. Płaski fragment pokonuję raczej spokojnie łapiąc oddech. Po chwili zaczyna się zjazd po łące. Niby drogą, ale pełną kolein i uskoków. Trochę mocniej naciskam w pedały gdyż poprzednicy zaczynają się pomału oddalać. Wrzucam blat i nagle czuję jakiś opór na korbach. Pewnie łańcuch się zawinął – myślę sobie i robię kilka obrotów do tyłu. Jednak kolejna próba kończy się tak samo. Zwalniam i obserwuję łańcuch jednak nie widzę nic niepokojącego. Jestem zmuszony zatrzymać się i szukać przyczyny tej awarii. Z przodu wszystko ok. łańcuch elegancko siedzi na blacie. Z tyłu coś mi nie pasuje wózek przerzutki i poprawiam na nim ułożenie ogniw. Ręką obracam korbą ale ta nadal nie chce wykonać pełnego obrotu. Z deka oszołomiony szukam przyczyny tej sytuacji, przeglądam ogniwka szukając pękniętego lecz wszystko wygląda w porządku. Chwilę stoję bezradny i dopiero po jakimś czasie doznaję olśnienia. Wodzik przedniej przerzutki skrzywiony i blokuje ruch korby. Nie ma czasu wyciągać narzędzi, wychodzę z założenia, że skoro dałem radę go skrzywić w jedną stronę bez narzędzi to dam radę również w drugą. Energicznym ruchem obracam wodzik i sprawdzam ruch korby. Dobra - kręci się. Wskakuję na rower i nabieram szybko prędkości.

Ostrożnie wrzucam na blat i jestem happy gdy wszystko działa jak powinno. Znaczy się coś tam brzęczy i ociera ale najważniejsze, że rower jedzie. Trzeba zacząć odrabiać straty. Złe emocje nagromadzone podczas tych nerwowych chwil teraz znajdują ujście na zjeździe. Jadę ryzykownie i staram się jak najwięcej wyprzedzać. Zbliżam się do kogoś i kombinuję jak go objechać gdy ten nagle wjeżdża w koleinę, rower pod nim robi fikołka i ląduje w poprzek drogi. W tym czasie ja już panicznie hamuję i czuję, że zaraz podzielę los swojego poprzednika. Leżący rower zbliża się w błyskawicznym tempie, wpadam na tylne koło i wylatuję z siodełka. Spadam na plecy, a obok mnie ląduje mój sprzęt. Ból łokcia i kolana nie zatrzymuje mnie na długo. Zbieram swoje szpeje – bidon, GPS i wsiadam na rower. Już podczas jazdy oceniam czy sprzęt nadaje się do jazdy. Próbuję przerzutki, zdają się działać, chociaż jakoś tak dziwnie. Wszystko wydaje się ok. dopiero próba hamowania jakoś nie za bardzo wychodzi. Kierownica przekręcona o kilka stopni spowodowała, że klamki hamulcowe poszły za bardzo w dół. Ale dosięgam ich końcami palców więc nie decyduję się na naprawę. Rogi też niezdatne do użycia ale bez nich się obejdzie. Manetkami, chociaż z trudem dam radę operować więc kontynuuję jazdę.

Dobrze, że właśnie wyjeżdżamy na asfalt i mam okazję pozbierać się trochę po tych przygodach. Z jednej strony złość i rozgoryczenie z powodu straconych minut, z drugiej strony zadowolenie, że udało się z tego wszystkiego wykaraskać. Akurat nadjeżdża Gryszu i zamieniamy kilka słów. Po chwili pojawia się również Mario oraz kilku innych chłopaków z Jasła. Płaska szosa szybko się kończy i zaczynamy walczyć z podjazdami. Nierówna droga wznosi się kilkoma ostrymi hopkami do góry. Znów udaje mi się złapać odpowiedni rytm jazdy i zaczynam odrabiać pozycje. Od tego momentu nikomu już nie daję się wyprzedzić. Kiepski asfalt szybko się kończy i zaczyna chyba najdłuższy podjazd na trasie. Wygodna szutrówka raz stromiej, raz łagodniej ale cały czas prowadzi do góry. Taka jazda trwa dobre kilkanaście minut i następnie zaczynamy spory zjazd. Na dole rozjazd. W lewo Giga, w prawo Mega i meta. O tym co jechać zdecydowałem już dawno. Nie po to mordowałem się na trenażerze i jechałem z Krakowa do Przemyśla żeby teraz zadowolić się 30 km.

Drugie kółko jadę w samotności. Gdzieś tam z przodu majaczy sylwetka bikera w czerwonym stroju ale szybko znika za kolejnymi zakrętami i wzniesieniami. Mijam ponownie felerne miejsca z pierwszego kółka i na szosie mogę pomyśleć o jedzeniu. Jakiegoś batona już wciąłem, teraz łykam drugiego. Z bufetu na pierwszej rundzie nie korzystałem. Jest pochmurno i dosyć chłodno więc i picie w bidonie jeszcze pochlupuje. Szybko szacuję możliwy czas jazdy i nie zatrzymuję się na bufecie.

Widzę dwóch rywali przed sobą. Trzeba gonić! Przed podjazdem staram się łyknąć jeszcze żela i można powiedzieć, że zaczynam finiszować. Jazda w samotności nie determinuje tak bardzo i trudno jest zachować wysoką intensywność. Tak miałem przez ostatnie kilkadziesiąt minut. Jednak teraz dochodzę kogoś i zew rywalizacji pcha mnie do przodu. To nie jest czerwony biker lecz ktoś inny przeżywający chyba kryzys. Pomału kręci na blacie, zdziwiony pytam czy mu siadła przednia przerzutka. Odpowiada, że ledwo jedzie i umiera z głodu. Tym bardziej zdziwiony rzucam radę aby wrzucił lżejsze przełożenie to będzie mu łatwiej jechać. Nie słyszę już odpowiedzi gdyż szybko się oddalam. Z przodu znów miga czerwona sylwetka. Mocniej naciskam na pedały i jadę już prawie na 100 %

Za kolejnym zakrętem ktoś się pojawia ale to nie ten którego ścigam. Tym razem przeciwnik nie daje się tak łatwo jak poprzednik. Gdy mnie spostrzega wyraźnie przyspiesza i próbuje uciec. Rękawica została rzucona, daję w trupa i chociaż zaczynam już czuć zmęczenie udaje mi się wyprzedzić prawie na szczycie wzniesienia. Na zjeździe długo słyszę szuranie opon za sobą. Mijam rozjazd i zmierzam już do mety. Wjeżdżamy teraz w lasek gdzie teren robi się bardziej techniczny. Tutaj odskakuję od rywala i zarabiam bezpieczny dystans. Wypadam znów na asfalt i 100 merów przed sobą widzę czerwoną sylwetkę na rowerze. Droga wznosi się do góry i ten twardo jedzie na stojąco. Klikam blokadę amorka i zaciskając zęby kręcę do góry na blacie. Sylwetka z przody zbliża się, 90 metrów, 60 metrów, 20 metrów. W połowie podjazdu jestem zmuszony do redukcji na średnią koronkę z przodu.
Na górze już mi czacha dymi, a rywal odjechał w dół.

Teraz w dół krętą drogą wiodącą wzdłuż stoku narciarskiego. Nie jest łatwo tutaj coś nadgonić gdyż zakręty są strome i niebezpieczne, a na dodatek pełne luźnych kamieni. Ponownie wjeżdżam w lasek i pokonuję kilka bardziej technicznych sekcji w tym najbardziej stromy podjazd na maratonie - kilkunastometrowa ścianka. Próbuje wrzucić młynek ale to już ponad siły mojej przerzutki wobec czego na piekących mięśniach pokonuję podjazd na średniej tarczy aby dalej krętymi uliczkami dotrzeć na metę. Czerwony biker tym razem zrobił mnie na kilkadziesiąt sekund.

Czas 2h 41 minut, dystans 62 km, średnie prędkość około 24 km/h. Zająłem 5 miejsce w kategorii M3. Wygrał stary maratonowy wyjadacz – Bogdan Czarnota.

Więcej informacji na stronie organizatora - www.cyklokarpaty.pl

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3510 czytań ·
Komentarze
04 maja 2009 17:23:07
O kurcze, trochę tych przygód miałeś zaraz na początku. Gratulacje samozaparcia mimo przeciwności losu B).
04 maja 2009 21:40:18
lecę po browara i siadam do czytania B)
05 maja 2009 10:16:30
Gratulacje Furman! brawo!
05 maja 2009 22:30:30
Fajna relacja.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.