Bałkańska Pętla - Split-Omiś - dolina Cetiny-Brela-Makarska - połowa podjazdu na Sv Jure
Dodał(a): Piotr Furmański furman
29 czerwca 2014
Podróż przebiegła spokojnie, ale nie ma co ukrywać, że była męcząca. Fotele zdawały się początkowo bardzo wygodne, lecz wraz z upływającym czasem stawały się jakieś takie pokrzywione i nieforemne. Najbardziej protestowały nogi, opuchnięte stopy, ścierpnięte uda. Każda zmiana pozycji przynosiła coraz mniejszą i krótszą ulgę. Dobrze, że za oknem zrobiło się ciekawie i na ostatnich kilometrach można było zapomnieć o niewygodach wpatrując się w szybko zmieniające się krajobrazy. Split powitaliśmy z ulgą, przepak poszedł szybko i sprawnie. Z radością wsiedliśmy na rowery i przekręcili pierwsze metry. Jeszcze tylko fast food w jakiejś budce i już ewakuujemy się z miasta. Przed nami 1400 km włóczęgi po bałkańskich zadupiach.

Najpierw trzeba wyjechać z miasta. Zdążyłem już przywyknąć do uciążliwych trąbień tutejszych kierowwców, lecz nadal są one dla mnie bardzo irytujące. Wyjazd ze Splitu w kierunku Makarskiej prowadzi długim zjazdem. Można nabrać tu sporej prędkości z czego skwapliwie korzystamy wystawiając twarz na ożywcze, chłodne podmuchy. Trzeba przejechać kawałek Jandranską Magistralą. To dosyć ruchliwa droga, zwłaszcza w sezonie. Na szczęście jeszcze nie zwaliły się tu tłumu turystów i jedzie się nawet komfortowo. Gdy Split zostaje kilka kilometrów z tyłu robi się jeszcze spokojniej i zaczyna się dobra zabawa.

W Omisiu opuszczamy magistralę i wbijamy się dolinę rzeki Cetina. Tutaj zaczynają się już pustki, samochody nie niepokoją nas już zupełnie, pojawiają się jakieś pojedyncze sztuki co kilka minut. Za to zaczynają się pokazywać rowerzyści. Jest sobota więc lokalesi też korzystają z pięknej pogody. Słoneczko mocno przyświeca, ale dzięki lekkiej mgiełce nie jest tak bardzo uciążliwe. Cetina, która w Omisiu leniwie wpływa do morza, na odcinku kilku kilometrów zmienia swoje oblicze. Jej nurt robi się coraz szybszy, niespokojny, szum wody coraz głośniej brzmi w uszach. Im bliżej pobliskich gór tym rzeka robi się coraz bardziej narowista. Jej zielonkawe wody, spienione na licznych bystrzach szybko mkną w dół do bliskiego przecież morza. To wymarzone warunki do raftingu i można sobie zafundować taką zabawę. Wprawdzie nie widzieliśmy żadnego ponton, ale z tego co widać to popularny sposób spędzania czasu. Co chwilę widać reklamy i zachęty do tej zabawy.

Przejazd doliną Cetiny to ogromna przyjemność dla oczu. Dla nas to ogromna dawka pozytywnych emocji po męczącej podróży, o której już zaczynamy na szczęście zapominać. Aby wyjechać z doliny trzeba się wspiąć 200 metrów wyżej. Zaczynają się pierwsze podjazdy, które nie opuszczą nas już do ostatniego dnia tej wyprawy. Naszym założeniem była spokojna jazda i teraz tak właśnie jedziemy. Pierwsze serpentyny, pierwsze źródełko. Tankujemy do pełna gdyż wiem z doświadczenie, że nadmorskie okolice nie obfitują w wodę. Źródło jest usytuowane na serpentynie, gdy przyjeżdżamy to akurat odjeżdża jakaś para bikerów. Kobieta i mężczyzna jadą na lekko, pozdrawiamy się wzajemnie i odjeżdżają. Po chwili z dołu nadjeżdża auto z przyczepką. Kierowce energicznie pokonuje zakręt, przyczepka podskakuje na muldzie, wypina się, dyszel opada na asfalt i szoruje nawierzchnię ścinając zakręt. Wyglądało to komicznie, ale dobrze, że nic nie jechało z góry bo mogło być niewesoło. Pomagamy kierowcy zapiąć przyczepkę i zbieramy się dalej.

Pomimo sakw i spokojnej jazdy szybko dochodzimy parę turystów, jeszcze kilka podjazdów i wyskakujemy na drogą łączącą Makarską z autostradą. Kilka kilometrów lekkiego podjazdu i znów meldujemy się na Jandranskiej Magistrali w Breli. Szybko dolatujemy do Makarskiej gdzie aplikujemy sobie smacznego burka oraz przyjemnie chłodną Coctę prosto z lodówki. Po smacznym posiłku nie za bardzo chce się jechać, leniwie zbieramy się w dalszą drogą. Czeka nas teraz prawdziwa harówka, od Makarskiej nasza trasa zaczyna się wznosić. Nie ma nawet kawałka zjazdu, cały czas do góry. Kawałek przed odbiciem na drogę prowadzącą na Sv Jurę znów korzystamy ze źródełka. Jestem bardzo wrażliwy na brak wody i gdy tylko mogę korzystam z takich okazji. Zwłaszcza gdy zaczyna się robić późno to obładowuję sie tym życiodajnym płynem na maxa. Teraz jest już po 17, zaraz skręcamy na Jurę, a wiem, że tam nie ma sklepów, a i źródeł też jakoś nie kojarzę. Wiozę dwa pełne PET-y plus dwa bidony 0,75 zatankowane pod korek. Czuć te kilogramy.

Pomimo późnej pory bileter urzęduje w swojej budce i trzeba wykupić prawo do wjazdu. To młody człowiek, uśmiechnięty i bardzo pogadany co osładza nam trochę konieczność wyskoczenie z kilku euro. Zaraz dalej zaczynają się serpentyny. Coraz później, rozglądamy się za jakimiś fajnymi krzakami gdzie można by się zakonspirować z naszymi namiotami. Z tym jednak kiepsko. Na szczęście pogoda i widoki tak piękne, że zupełnie nas to nie zraża. To co można zobaczyć z podjazdu na Jurę trudno opisać, myślę, że nawet E.Orzeszkowa miała by problemy. W każdym razie mogę złożyć uroczysty cyrograf, że pocztówki nie kłamią. W słonecznym blasku Adriatyk ma naprawdę błękitny kolor. Teraz gdy słońce zniża się nad horyzont jego wody ciemnieją i robią lekko granatowe. Gdzieniegdzie tylko woda zmienia kolor gdy lekka bryza marszczy jego powierzchnię zmieniając kąt pod jakim oświetlają ją słoneczne promienie. W dole widać zabudowania Makarskiej, domki zdają się być zbudowane z klocków, drogą przejeżdżają małe samochodziki, a jachty na morzu to tylko niewyraźne punkciki, które na zdjęciach zajmują kilka pikseli.

Im wyżej tym widoki robią coraz bardziej oszałamiające. Robi się stromo i szybko przybywa wysokości. Nadal kiepsko z noclegiem. Pamiętam, że na wysokości około 1000m. robi się płaskowyż i tam będzie można czegoś szukać. Jedziemy więc raźno w górę i uważnie obserwujemy okolicę. Mijamy restaurację i za nią droga się lekko wypłaszcza. Niestety każdy skrawek terenu zawalony jest tutaj ogromnymi kamieniami. Nie sposób rozbić tu namiotu. Na takich wyjazdach bywa tak, że im później tym nasze wymagania robią się coraz mniejsze. To co jeszcze niedawno wydawało się kiepskim miejscem na obóz teraz witalibyśmy z uśmiechem na twarzy. Nie trzeba nam wiele, 3-4 metry kwadratowe płaskiego terenu bez kamieni.
To miejsce dostrzegamy prawie jednocześnie. Obaj w tej samej sekundzie naciskamy na hamulce i kierujemy wzrok na polankę w dole. Wydaje się spełniać nasze warunki. Osłonięta przez drzewa z króciutką trawką. Zostawiamy rowery przy drodze i zbiegamy w dół aby obejrzeć to miejsce. Na dole wygląda to jeszcze ciekawiej. Jedyny problem to dotrzeć tu z rowerami. Trzeba pokonać kilkadziesiąt metrów po bardzo trudnym terenie najeżonym głazami i tnącymi niczym brzytwa krzakami. Trochę trzeba się było namęczyć ale jakoś się udało. Miejsce naprawdę fajne, z drogi w zasadzie jesteśmy niewidoczni, za to my możemy obserwować co się dzieje na górze. Pierwszy dzień już prawie za nami. Zajmujemy się teraz typowymi obozowymi czynnościami, których wbrew pozorom jest całkiem sporo. Rozbicie namiotu, wypakowanie sakw tak aby wiedzieć gdzie co jest gdy będzie potrzebne. Przyrządzenie posiłku, prysznic z butelki PET wykorzystując wcześniej przygotowaną zakrętkę z dziurką. Jedną butelką z wodą wiozłem cały czas na wierzchu dzięki czemu woda w niej jest przyjemnie ciepła i pozwala na bezstresowy prysznic.
Potem oglądanie mapy, jakieś pogaduchy. Słońce kryje się za góry, momentalnie robi się chłodniej. Jesteśmy na wysokości grubo ponad 900 metrów i szybko zaczyna się to czuć. Nie da się długo walczyć ze zmęczeniem, szybko wychodzi nieprzespana noc w autokarze i melinujemy się naszych składanych domkach. Komary bzyczą za moskitierą gdy my zaczynamy odpływać w objęcia Morfeusza. Nadchodzi noc, pierwszy dzień bałkańskiej przygody zapisuje się na kartach notesu i odchodzi w przeszłość.

Trasa

Ocena: (1)
0 komentarzy · 2250 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.