Bałkańska Pętla - 4 dzień - Trebinje - Dubrownik - Herceg Novi
Dodał(a): Piotr Furmański furman
05 lipca 2014
Dobrze się spało, ale wstajemy skoro świt. Tutaj życie zaczyna się bardzo wcześnie, od samego rana okoliczna ludność krząta się i pracuje. Co chwilę słychać jakieś głosy, samochody i traktory kursują w tą i z powrotem. Póki co nasz matecznik opiera się inspekcjom gospodarza, ale w końcu nadchodzi chwila gdy odgłos pracującego silnika w starym dieslu przejeżdżającym drogą cichnie, potem obroty znów wzrastają i jednocześnie słychać szuranie opon po kamieniach. Nie ma wątpliwości, że auto wjechało w dróżkę, którą przybyliśmy tu wczoraj. Po chwili zza krzaków wyjeżdża stary golf, mija nas i jedzie gdzieś dalej. Wraca po kilku minutach, kierowca nas dostrzega, zatrzymuje się, chwilę nas obserwuje po czym odjeżdża.

Krzątamy się z pracami obozowymi, mija kilkanaście minut i mamy kolejne odwiedziny. To już nie jest przypadek, nie mamy żadnych wątpliwości, że obecność tej Pani nie jest przypadkowa. Grzecznie mówi Dzień Dobry, wchodzi na zadbane poletko i pochyla się nad grządkami.
My tymczasem robimy swoje, obóz już prawie zwinięty, jeszcze pakujemy ostatnie rzeczy do sakw. Nie mija więcej jak minuta czy dwie, a Pani mówi "Dowidjenia" i odchodzi. Pasowało coś zagadać, jesteśmy pewni, że kierowca golfa dał cynk, że jakieś podejrzane typy kręcą się po jej zagonie. Widocznie inspekcja wypadła pomyślnie skoro tak spokojnie nas pożegnała. Zresztą faktem jest, że uważaliśmy na to poletko i szerokim łukiem omijaliśmy zadbane grządki.

Wszystko gotowe, można jechać dalej. Pogoda bez zmian, grzeje od samego rana. Korzystając z porannych godzin jedziemy bez koszulek, słońce jeszcze tak nie pali i można korzystać z chłodnych powiewów wiatru. Od Dubrownika dzieli nas kilkanaście kilometrów. Jedzie się przyjemnie, droga bardzo delikatnie wznosi się do góry, ruch prawie żaden, jedzie się wspaniale. Szybko docieramy do granicy. Opuszczamy Bośnię, wrócimy tu za kilka dni, a tymczasem na chwilę wjeżdżamy do Chorwacji. Tymczasem jest problem. Pogranicznik robi groźną minę i gestem pokazuje nam aby ubrać koszulki, potem coś mówi – no nudist! No dobra, gość chyba zdaje sobie sprawę z tego, że nie minie więcej jak kilka minut gdy koszulki znów lądują na bagażniku.

Znów pokazuje się nam Adriatyk, znów mam wrażenie, że jego kolor jest taki jak na pocztówkach. To nie jest ściema, naprawdę jego wody są błękitne. Szybko zjeżdżamy w dół, potem kawałek solidnego podjazdu i już widzimy czerwone dachówki budynków Dubrownika. Pierwszy cel to znów szukanie serwisu. Co jak co, ale tutaj musi coś być. Zaczepiamy jakiegoś bikera i z niedowierzaniem słuchamy gdy mówi, że w całym mieście nie ma warsztatu rowerowego. Ale kolejny mówi to samo, przy trzecim jest postęp bo wskazuje nam sklep rowerowy gdzie być może uda się coś załatwić. Z początku wydaje się, że w końcu bingo. Sporo narzędzi, rowery nawet przyzwoite. Przedstawiamy nasz problem, ekspedient otwiera szufladę i pokazuje nam co ma. Już, już witamy się z gąską, widzimy metalowy walec, którego kształt jednoznacznie informuje do czego służy. Rafał go podnosi i uśmiechy znikają z naszych twarzy. To klucz do wolnobiegu, wycięcia nie pasują do kaset. No to kicha, sprzedawca utwierdza nas w przekonaniu, że nic innego w tym mieście nie znajdziemy.

Rafał poprawia naciąg szprych i nie pozostaje nam nic jak jechać dalej. Może jakoś się doturlikamy do celu. W ostateczności spróbujemy zastosować mój kluczyk. Na razie pijemy smaczną kawę, a potem melinujemy się w cieniu pod jakimś supermarketem. Kupujemy sobie po burku. Ja jak zwykle preferuję ten z mięsem, Rafał tym razem wybiera z serem. Jednak dzisiaj jakoś mi nie smakuje, nawet mówię, że smak jest jakiś taki dziwny. Zjadam go jednak w całości i szukam sposobu na doładowanie komórki. Idę do jakiegoś sklepu obok i proszę czy bym mógł podładować baterię. Nie ma problemu, gość bierze telefon z ładowarką i wkłada do gniazdka. Mówię, że wrócę za chwilę i wychodzę. Tymczasem Rafał bierze się za serwis. Próbuje przeplatać szprychę między kołnierzem piasty, a kasetą. Idzie to opornie, męczy się chyba z godzinę. Szprycha cała pogięta i poskręcana, a weszła dopiero do połowy.



Nic z tego nie będzie, szprycha weszła do pewnego miejsca, dalej ani rusz. Nie da rady bez klucza. Odbieram telefon ze sklepu. Na pytanie ile płacę, ekspedient uśmiecha się i dziękuje. Ja również dziękuję. Przejeżdżamy przez stare miasto i pomału wyjeżdżamy z Dubrownika. Na przedmieściach widzimy jakiegoś sakwiarza. Początkowo myślę, że to Polak bo z daleka dostrzegam logo Crosso na sakwach. Okazuje się jednak, że to Turek, który włóczy się pod Europie. Niewiele wiemy z jego opowieści, był tu i tam, jedzie tam albo gdzie indziej. Za dużo tych informacji i jakoś nie kleją się ze sobą Mówi, że ma klucz do kasety. NO SZOK!!! To by był fart nad farty. Rafał rzuca się na rower i momentalnie rozkulbacza go z sakw. Tymczasem facet wyciąga jakiś pojemnik ...już widzimy w jego ręce klucz kasety...a gość podaje nam imbusy! No jaja, jeszcze raz przedstawiamy mu nasz problem i dopiero teraz gość jarzy temat i kręci głową. No nic, ukrywamy ogromne rozczarowanie, jeszcze chwilę gadamy i Turek odjeżdża. Wyciągam swój kluczyk i próbujemy go użyć. Pasuje idealnie, ale jak już pisałem istnieje ogromne ryzyko, że hak przerzutki, o który opiera się jego wypust nie wytrzyma obciążenia i pęknie.

Nie poddajemy się jednak, Rafał wyciąga wszystkie narzędzia i kombinujemy na różne sposoby. Eksperymentujemy z jakimiś podkładkami, robimy dźwignię usiłując przenieść siłę na inny element ramy. Naciskam lekko na pedały, konstrukcja w rękach Rafała rozlatuje się z brzękiem. Kolejna próba, znów kontrujemy kluczyk o inny klucz płaski, a o całość mocno zapiera się Rafał. Znów naciskam na pedały, nie puszcza, daję mocniej, dalej nic, ale Rafał dalej trzyma wszystko w kupie. Naciskam jeszcze mocniej – słyszę charakterystyczny zgrzyt i pedały przekręcają się o ćwierć obrotu. Rzucamy wszystko i ze strachem w oczach patrzymy na efekty. Hak cały! To najważniejsze. Skoro tak to musiało puścić. Jeszcze raz zakręcam pedałami i znów zgrzyt odkręcanej kasety. Dalej odkręcamy już ręcznie. Po ściągnięciu kasety wymiana szprychy to już błahostka.

W dobrych humorach jedziemy dalej. Gorąco okropnie ale trzeba odrobić stracony czas. W sumie jechało by się fajnie, ale coś zaczyna latać mi po żołądku. Szybko przypominam sobie tego dziwnego burka, którego zjadłem pod marketem. Czyżby ten dziwny smak oznaczał, że był trefny?
Może mi się tylko wydaje. Jednak nie, z minuty na minutę jest gorzej. Zaczyna mnie nudzić w brzuchu i brać na wymioty. Akurat przejeżdżamy obok sklepu. Zatrzymujemy się na chwilę. Idę na bok i próbuję sprowokować wymioty ale nie bardzo mi to wychodzi. Na widok jedzenia robi się niedobrze, zadowalam się tylko chlebem z wodą. Tymczasem wychodzi kolejny problem, Rafał nie może zapłacić kartą, odrzuca mu transakcję. Wczoraj wypłacaliśmy bośniackie marki w Trebinje, mamy podejrzenie, że nie znając kursu wypłaciliśmy zbyt dużo. Wypłaciliśmy ponad 200 ichniejszych marek. Ceny wydawały się nam jakoś podejrzanie niskie i dopiero teraz kumamy, że te dwie stówki to nie tak mało. Odpoczywam pod sklepem, a Rafał podjeżdża na lotnisko i obczaja temat. W kantorze okazuje się po przeliczeniu kursów, że każdy z nas wypłacił równowartość 430 zł. No to ostro, chyba porządzimy w Bośni :)

Zbieram się do kupy, trzeba jechać dalej, zaraz za lotniskiem odbijamy w prawo, w boczną drogę aby uniknąć ruchu na głównej drodze. Tutaj mamy spokój, ale jedzie się ciężko bo sporo podjazdów. Do tego dochodzi upał i kiepskie samopoczucie. Coraz częściej zerkam w stronę morza. Marzę o kąpieli w chłodnej wodzie. Do morza jednak daleko, kryje się za wzgórzami i tylko GPS informuje mnie, że ciągle jedziemy wzdłuż wybrzeża. Wypatruję na mapie jakąś dróżkę, która wydaje się dochodzić do samej wody. Może uda się trafić na jakąś dziką plażę. Zjeżdżamy w dół, początek przyjemny, ale niżej stromizna okropna, będzie prowadzenie przy powrocie. Już słychać szum morza, ale dzieje się to czego się właśnie obawialiśmy. Droga kończy się nagle, w dół prowadzą strome schody ale nawet one nie sprowadzają nad wodę lecz urywają na wysoką skarpą opadającą pionowo w dół. Z kąpieli nici, a na dodatek trzeba będzie teraz odpracować 150 metrów w pionie. Oczywiście o jeździe nie ma mowy, kilka minut prowadzimy mozolnie rowery. Przynajmniej tyle dobrego, że znajduję w krzakach zbiornik z bieżącą wodą wypływającą gdzieś spod ziemi. Ciepła ale czysta. Tankujemy do pełna, moczymy koszulki i już na rowerach docieramy do drogi na górze.

Zaczynają się coraz dłuższe podjazdy, jadę wolno, cały czas żołądek wysyła mi alarmujące sygnały o jego kiepskim stanie.

Granicę z Czarnogórą przekraczamy w ciągu kilkunastu sekund. Zaraz za przejściem otwiera się nam widok na zatokę. Jest bajecznie pięknie, obejdzie się bez prób opisanie, to po prostu trzeba zobaczyć. Długim zjazdem docieramy do Herceg Novi. Teraz już nic nie jest w stanie nas zatrzymać przed wejściem do wody. Ładujemy się na pierwszą lepszą plażę i z ulgą wchodzimy do wody. Dosyć ciepła, chociaż nasze ciała poddawane od kilku dni upałom nie przywykły do takich temperatur i trochę protestują. Szybko jednak nurkujemy co nie jest łatwe bo strasznie płytko, dopiero teraz widzimy, że ludzie brodzą po kolana daleko od brzegu. Tak czy tak kąpiel bardzo miła, po niej prawdziwy plażing. O jak miło wyciągnąć schłodzone ciało na słoneczko. Już późne popołudnie, słońce nie pali ale przyjemnie grzeje nasze zmęczone kości. Miodzio !!

Ciężko się zebrać znów na rower. Będzie kiepsko z noclegiem, droga prowadzi wzdłuż morza, wszędzie hotele, pensjonaty, sklepy, domy. Cały czas bardzo gęsto zabudowany teren. Jestem już zmęczony, żołądek dalej się buntuje, cały czas mam jadłowstręt. Gdzieś na zjeździe dostrzegam tablicę z napisem camping. Zatrzymujemy się podjeżdżamy obadać sprawę. W portierni siedzi starszy gość, na pytanie o cenę mówi 13 euro za dwa namioty. Uśmiecham się i zbijam stawkę. Za drogo mówię, 10 euro albo jedziemy dalej. Gość macha ręką i prosi o paszporty. Potem idziemy w głąb i znajdujemy sobie przyjemne miejsce. Sporo ludzi, kilka namiotów, przyczepy campingowe.
Zaplecze sanitarne nawet spoko, szkoda tylko, że ciepłej wody nie ma. Pasuje coś zjeść bo oprócz tego trefnego burka z zepsutym mięsem zjadłem tylko kawałek samego chleba popitego wodą.
Gotuję sobie michę makaronu, nie mam ochoty na dodatki więc okraszam go tylko kostką rosołową. Muszę coś zjeść bo przecież to dopiero początek wyprawy i nie możemy sobie pozwolić na takie straty już na tym etapie.

Makaron nawet spoko wchodzi, będzie siła na jutrzejsze serpentyna za Kotorem. Wieczorem zaczynają rządzić komary. Nie mam za bardzo ochoty na dłuższe posiedzenia. Szybko ewakuuję się do namiotu. Słyszę jeszcze jakieś głosy, Rafał z kimś rozmawia ale nie mam siły wychodzić ze śpiwora. Szybko zasypiam.

Ocena: (0)
0 komentarzy · 1733 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.