Bałkańska Pętla - 11 dzień - Zabijak - Durmitor - jez.Pivsko - kawałek przed Foca
Dodał(a): Piotr Furmański furman
23 sierpnia 2014
Dużo lepiej się spało niż ubiegłej nocy. Rano gdy tylko się obudziłem to zaraz wystawiam głowę i patrzę w niebo. Trudno powiedzieć, bo jeszcze bardzo wcześnie, zamglone i niewiele widać.
Jeszcze chwilę dosypiam, mija może godzina i już więcej nie mogę usiedzieć w namiocie. Pomału zabieram się do porannych czynności. Z namiotu Rafała też dochodzą już odgłosy życia, a po chwili wychyla się głowa, a za nią reszta ciała. Razem rozglądamy się wokół oceniając obecną pogodę. Nie jest źle, na pewno nie padało w nocy, a i teraz też się na to nie zanosi. Przez góry przewalają się stada mgieł, niekiedy wiatr rozwiewa jednak białą masę i wtedy pokazuje się niebo w pięknym, błękitnym kolorze.

Potężny masyw Durmitoru tkwi niewzruszenie na swoim miejscu. Ciągle przyciąga naszą uwagę, co jakiś czas któryś z nas odrywa się od obozowych prac i odwraca w kierunku gór obserwując je przez dłuższą chwilę. Humory dopisują, z każdą chwilą pogoda robi się coraz lepsza, coraz częściej przez warstwę mgły przebija się słońce i ogrzewa miło nasze kości. Szybko się pakujemy i schodzimy na drogę. Pierwsze metry jazdy i muszę wyciągnąć kurtkę, słońce wprawdzie świeci ale zimny wiatr nie pozwala na komfortową jazdę. Jadąc obserwuję wskazania GPS. Nocowaliśmy na wysokości około 1400 metrów, do Zabijaka mamy rzut beretem, pewnie jeszcze podjedziemy ze 100 metrów. Wygląda na to, że przejazd przez Durmitor chociaż prowadzi przez najwyższy punkt na naszej trasie to pójdzie najłatwiej.

Tymczasem zatrzymujemy się obok trójki motocyklistów zatrzymanych przez miejscową Policję. Słyszymy Polski język. Dwie dziewczyny i chłopak. Policja nie ma radaru, ale zarzucają im zbyt szybką jazdę. Jedna z dziewczyn wybiera ciekawą strategię obrony. Otóż nie próbuje dyskutować lecz będąc pracownikiem jakichś służb mundurowych usiłuje ugłaskać Panów policjantów przynależnością do tej samej grupy zawodowej. Ci łapią haczyk. ale żądają legitymacji służbowej, której ta nie ma przy sobie. Wydaje się, że nie obejdzie się bez płacenia gdy chłopak przypomina sobie, że ma zdjęcie dziewczyny ubranej w mundur na telefonie komórkowym. Okazanie fotki przynosi efekt i Policja odjeżdża. My jeszcze chwilę rozmawiamy, a potem jedziemy w swoje strony.

Już Zabijak, znajdujemy sobie przytulne miejsce obok budki, w której jest piekarnia. Słońce grzeje na całego, rozpakowujemy się prawie do pustych sakw. Ciuchy lądują na murku gdzie schną w błyskawicznym tempie. Oczywiście korzystamy z zasobów piekarni. Kupuję jakieś buły, drożdżówkę, zimną pepsiane. Piekarnia ma dwa pomieszczenia, w jednym samo pieczywo, w drugim coś w rodzaju cukierni. Zaglądam do tej drugiej, ale nic ciekawego i wychodzę. Przechodząc obok stolika widzę pod krzesłem jakiś przedmiot. Pochylam się i podnoszę.....MÓJ PORTFEL...

..czuję zimny pot na czole, a po plecach rozchodzą mi się ciary. Jak to się stało? Normalnie. Po prostu nie trafiłem do kieszeni na plecach gdy chowałem go po zakupach. Być może koszulka jakoś się zawinęła i czując opór puściłem portfel sądząc, że zsuwa się do kieszeni. Ale fart. Masakra. Wolę nie myśleć co by było gdybym nie zainteresował się tym drugim pomieszczeniem. Być może bym go zaczął szukać bo zawsze przed wyjazdem sprawdzam czy mam portfel, telefon i paszport. Znając jednak życie pewnie ten jeden raz bym tego nie zrobił......
Eh...FART

Pojedzeni, wygrzani i rozleniwieni jakoś ciężko zbieramy się w dalszą trasę. Zabijak to mała mieścina, szybko wyjeżdżamy i prujemy w głąb gór. Tak jak myślałem rano, startujemy z około 1500 metrów, na dach Durmitoru zostało nam jakieś 400 metrów podjazdu. Kilka kilometrów za Zabijakiem skręcamy w prawo i już jesteśmy na drodze prowadzącej na przełęcz. Póki co trasa nie robi na mnie wielkiego wrażenia, owszem jest ładnie ale to to nie samo co chociażby TransFagaroska w Rumunii. Droga jest wąziutka, czasem przejedzie jakieś auto, ale generalnie spokój. Szybko zdobywamy wysokość i w zasięgu naszego wzroku pojawia się przełęcz. Pogoda cały czas trzyma, ale robi się zimno. Najbardziej daje popalić wiatr, który zdaje się przenikać do szpiku kości. Receptą na zimno jest mocniejsze depnięcie.

Szczyt tuż tuż...widząc go tak blisko coraz szybciej kręcimy i niebawem docieramy na miejsce. To najwyższy punkt na naszej trasie i obok Cakora jeden z głównych celów. Dla mnie pewnie jak dla każdego rowerowego podróżnika to wielka chwila. Chociaż nasza podróż nie wiodła dookoła świata to jednak zawsze bardzo emocjonalnie przeżywam takie chwile gdy osiągam cel. Rozglądam się wokół ale rozmyślanie przerywają mi bardzo silne i zimne podmuchy wiatru. Ubieram kurtkę, kaptur i dopiero wtedy znów mogę oddać się myślom. Zew gór, który wzywa mnie w takie miejsca spełnił swą rolę i stoję 1908 metrów nad poziomem Adriatyku. Kolejny kraj, kolejna góra, kolejna przełęcz za mną. To takie dziwne uczucie gdy stojąc na przełęczy, zmęczony, jeszcze z przyspieszonym oddechem wiem, że gdy tylko zaczną jechać w dół znów usłyszę wołanie...tak jest zawsze. Gdy zmęczony zjeżdżam w dół długo nie oglądam się za siebie. Im niżej tym czuję coraz większy niepokój, w głowie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. W końcu głowa odwraca się za siebie, a oczy same wędrują tam do góry, gdzie jeszcze nie tak dawno byłem. Nie potrafię tego opanować, chociaż zmęczony, zmarznięty i znużony wielodniową jazdą to wołanie gór coraz głośniej brzmi w mojej głowie....i już wiem, że będę musiał wrócić.....wrócić w góry. Przecież tyle przełęczy jeszcze pozostało do zdobycia.

Wiatr znów wyrywa mnie z tego nostalgicznego stanu. Trzeba wracać do rzeczywistości. Robimy sobie oczywiście serię pamiątkowych fotek. Jakaś szybka przekąska i trzeba się zbierać. Po drugiej stronie gór pogoda trochę gorsza. Więcej chmur i jakieś takie bardziej ciemne. Nadal zimno, trzeba jechać w kurtce. Dopiero teraz Durmitor odkrywa przed nami całe swoje piękno. Muszę przyznać, że teraz to faktycznie jest pierwsza liga. Widoki cudowne, wszędzie wokół wysokie góry przedzielone głębokimi dolinami pełnymi zieleni. Droga wije się między skałami, cały czas zjazdy i podjazdy. W dół zimno okropnie, w górę gdy przyświeci słońce momentalnie się człowiek poci.
Kilka razy zakładam i ściągam kurtkę. Nie ma tutaj jednego, długiego zjazdu prowadzącego w dół. Długo musimy kręcić w takim pofałdowanym terenie. Tracimy wysokość, ale podjazdów też trochę natłukliśmy na tym odcinku.

Pogoda psuje się coraz bardziej, coraz większa część nieba przykryta jest ciemnymi chmurami. Docieramy do małej wioski Trsa, stąd już mamy cały czas w dół. Zaczyna grzmieć, Rafał włącza turbo, obaj chcemy zjechać jak najniżej. Pędzimy w dół jak szaleni, pierwsze krople spadają akurat w chwili gdy docieramy do tuneli wykutych w skale. Czekamy kilka minut, ale coś nie może się rozlać na całego wobec czego decydujemy się jechać dalej. W dole widać jezioro Pivsko ( fajna nazwa) Bierze ono nazwę od rzeki Piva, która przez nie przepływa. Właśnie teraz jedziemy wzdłuż tej rzeki. Na razie nie pada lecz jest zdecydowanie gorzej niż rano, niebo zachmurzone, cały czas straszy nas deszczem. Przejeżdżamy przez most nad rzeką. Piva płynie w głębokim kanionie, powierzchnia wody jest pewnie z 200 metrów pod mostem. Jak dla mnie to przełom Tary wymięka przy tym co tu widać.

Pomału rozglądamy się za noclegiem, chmurzy się coraz bardziej, już dosyć późno. Będzie kiszka bo znów jedziemy jedną z tych dróg, które nie obiecują fajnych miejscówek. Z jednej strono pionowa skalna ściana, z drugiej strony już kilka metrów od drogi zaczyna się urwisko opadające ku rzece. Zatrzymujemy się na chwilę obok źródła wypływającego ze skały. Tankuję do oporu wody. Gdy Rafał napełnia bidony zwracam uwagę na wąziutką dróżkę po drugiej stronie drogi prowadzącą w stronę rzeki. Przechodzę na drugą stronę drogi i badam gdzie prowadzi ta droga. Po kilku metrach stoję osłupiały.

Jest wieczór. Pogoda się psuje, zaczyna kropić. Jesteśmy zmęczeni. I w tym właśnie momencie znajduję zadaszoną wiatę. Kilkanaście metrów od drogi. Stamtąd jest niewidoczna bo dróżka lekko skręca i krzaki zasłaniają. Wiata jest dosyć obszerna, z solidnym dachem, stoi na cypelku tuż nad przepaścią. Wołam głośno do Rafała, przybiega i też oczom nie wierzy. Toż ta wiata nam z nieba spadła. Tutaj nie grożą nam tłumy odwiedzających bo pewnie mało kto wie jaki skarb kryje się krzakach. Zadowoleni przyprowadzamy rowery i wypakowujemy się na ławki. Krople deszcze coraz mocniej uderzają w dach, ale tej nocy deszcz nie jest nam straszny. Spokojnie rozbijamy namioty i bierzemy się za przyrządzanie posiłku. Mam z wczoraj pół torebki liofilizowanego gulaszu...nie mogę się doczekać kiedy nabierze wody i będą mógł go pochłaniać. Właśnie miałem zabierać się do jedzenie gdy jakiś ruch przyciąga moją uwagę. Na razie nie wiem co jest grane, nic nie widzę jedynie w krzakach coś szeleści. Wytężam wzrok i końcu dostrzegam pały pyszczek z wąsikami. Mysz ostrożnie wychodzi z krzaków i wędruje śmiało do jakiegoś worka z resztkami jedzenia, który leży na ziemi. Nie przeszkadza jej, że jestem jakiś metr od niej. Macham ręką, ona nieruchomieje ale nie ucieka. Dopiero gdy wstaję odwraca się i niespiesznie biegnie w krzaki.

W sumie nie mam nic do myszy, ale jak dla mnie są trochę zbyt bezczelne. Oczami wyobraźni widzę przegryziony namiot i myszy posilające się moimi przysmakami. Tymczasem wcinam gulasz, a mysz znów szeleści w krzakach. Trzeba z tym coś zrobić. Po zjedzeniu kolacji szukam sobie długiego kija. Obrywam go z gałązek i robię kilka próbnych wymachów. Nadaje się. Rozpoczynam czaty, mysz znów wychyla pyszczek, kij przecina ze świstem powietrze i ląduje kilka centymetrów obok celu. Tym razem ofiara uciekła, a we mnie odzywa się instynkt myśliwego. Oddalam się na chwilę i tam kilka razy uderzam kijem trenując celność. Potem wracam, Rafał w międzyczasie rzucił w krzaki reklamówkę z śmieciami. Dla nas śmiecie, dla myszy Szwedzki Stół. Nie trzeba długo czekać gdy pojawia się ich kilka. To cała rodzina.

Najodważniejsza jest ta duża. To chyba tam sama, którą widziałem jako pierwszą. Pomału i ostrożnie ale cały czas zbliża się do reklamówki. Gdy jest już w polu rażenia czekam jeszcze chwilę aby mieć lepszy zasięg i z zamachem opuszczam kij. Wszystko trwa ułamek sekundy. Jeden potencjalny pożeracz namiotów już martwy. Pozostałe czmychają w krzaki, ale już po kilku minutach znów słyszę szelest. Tym razem na śmierć zmierza jakaś młoda. Nie potrafi oprzeć się zapachowi reklamówki z resztkami. Waham się chwilę, ale już za późno. Znów świst opadającego kija i kolejny gryzoń wędruje do krainy wiecznych łowów. Na dzisiaj to tyle. Reszta rodzinki chyba zmądrzała bo już nie pokazują się nam więcej. Zresztą już ciemno, nie mam kociego wzroku i dalsze polowanie nie ma sensu.

Gdy wchodzimy do namiotów słyszymy jak reszta stada hałasuje w reklamówce. Nie mam zamiary już wychodzić. Niech sobie gryzą worki, ważne, że odwróciliśmy ich uwagę od naszych namiotów.

Ocena: (1)
0 komentarzy · 2630 czytań ·
Komentarze
23 sierpnia 2014 19:20:56
Jak widać wycieczka nie obyła się bez ofiar :D

Furman bardziej groźny dla myszy niż kot ;)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.