Bałkańska pętla 14 dzień i epilog
Dodał(a): Piotr Furmański furman
30 listopada 2014
Do końca wyprawy coraz bliżej, ta noc była przedostatnią na wyjeździe. Spało się przyjemnie, rano obudziło nas zaglądające do namiotów słońce. Bez pospiechu zwijamy biwak i zmierzamy w kierunku Splitu. Okolica robi się coraz bardziej cywilizowana i zaludniona. Pogoda dopisuje, w końcu świeci nam słońce. Do miasteczka Imotski dojeżdżamy bez większych przygód. Spędzamy tam pod marketem dużo czasu. Nie spieszy się nam więc spokojnie robimy zakupu, kawa, lody, zimna Cocta...mijają minuty i godziny. Gdy w końcu wsiadamy na rowery już mija południe. A wraz z południem zmienia się pogoda. Na niebie znów pojawiają się ciemne chmury, które straszą nas już samym wyglądem.

Żeby tego była mało to łapię kapcia w tylnym kole. Po bliższym obejrzeniu okazuje się, że puściła łatka na oponie, którą w ten sposób ratowałem kilka dni temu. W sumie i tak długo pociągnęła biorąc pod uwagę z jakim obciążeniem musiała się zmagać. Już nie ma co się bawić w łatanie, z sakwy wyciągam nowiutkiego Detonatora i zakładam na koło. Jeden problem za nami, teraz czeka nas kolejny. Chmura, która straszyła nas od dawna przechodzi do działania i częstuje nas pierwszymi kroplami deszczu. Nie mamy już ochoty moknąć, akurat przejeżdżamy przez jakieś miasteczko więc skwapliwie korzystamy przydomowego daszku. Chwilę to trwa, zanim znów wsiadamy na rowery.

To nie koniec przygód z deszczem tego dnia, jeszcze nie raz uciekamy nawałnicy. Za schronienie służy nam taras stojącego obok drogi domu. Chwilę rozpogodzenia wykorzystujemy do obejrzenia ciekawostki jaką niewątpliwie są dwa jeziorka położone w głębokiej skalnej rozpadlinie. Robią wrażenie, tym bardziej, że lustro wody jest jakieś 100-150 metrów poniżej poziomu drogi, a ściany prawie idealnie pionowe. Nie cieszymy się długo tym widokiem bo znów musimy uciekać przed deszczem. Już myślimy, że się udało, ale te chmury jakoś tak dziwnie krążą i zmieniają kierunki.

Znów trzeba szukać schronienia, kropi od kilku minut, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaraz zacznie się pompa. Nie za bardzo jest się gdzie schować, żadnych zabudowań w pobliżu. Zaczyna solidnie pucować gdy dostrzegamy przydrożną kapliczkę z gatunku tych bogatszych. Wpraszamy się na gościnę do jakiegoś świętego, akurat jest miejsce na nas i nasze rowery. Z nieba lecą strumienie wody, a my spokojnie gotujemy sobie zupkę. Potem kawa, niebo cały czas w burych kolorach. Nie widać żadnej poprawy, a tam gdzie zmierzamy jest najgorzej.

Siedzimy nad mapą i kombinujemy z trasą. Spontanicznie podejmujemy decyzję, zmieniamy kierunek jazdy w nadziei, że ominiemy to zbiegowisko chmur. Początkowo jest fajnie, na chwilę nawet zza chmur wychodzi słońce i pojawiają się fajne widoczki. Głównym motywem jest Sv Jura, która wyraźnie dominuje nad okolicą. Wierzchołek jest prawie cały czas pogrążony w gęstych chmurach. Chwilę jedzie się fajnie, wbijamy się na jakieś wąskie dróżki i przez kompletne odludzia pokonujemy kolejne kilometry.

Za dużo tego dobrego. Znów zaczynają się nad nami kłębić chmury, znów spadają krople deszczu. Najpierw ratujemy się kurtkami, deszcze wzmaga się coraz bardziej, podkręcamy tempo w nadziei na jakieś schronienie. Wąziutka droga lekko opada, mkniemy w dół uważnie obserwując okolicę. Zakręt jest widoczny z daleka, Rafał jedzie przede mną, ja trzymam dystans i przygotowuję się do pokonania zakrętu. Okazuje się ostrzejszy niż przypuszczałem, naciskam lekko klamki lecz to niewiele daje, zaraz wypadnę z z drogi. Nie mam wyboru, jeszcze raz wciskam klamki hamulcowe, staram się bardzo ostrożnie dozować siłę lecz to nie jest takie proste. Mokra droga, wyładowany rower, mocno zużyta przednie opona składają się na to, że cała ta sytuacja nie kończy się miło.

Przednie koło ślizga się po asfalcie i odjeżdża spode mnie. Ratowanie się podpórką nie przynosi efektu, może gdybym jechał na lekko to jakoś bym się wykaraskał ale teraz cały mój bagaż przy tej prędkości działa jak dobrze wycelowany pocisk. Ląduję na prawym boku, najpierw słyszę głuche uderzenie kierownicy o drogę, potem czuję tępy ból w żebrach, następnie słyszę szuranie sakwy po asfalcie, a na końcu szoruję bokiem i prawą ręką po mokrej nawierzchni pokrytej żwirkiem. Szybko podnoszę się i ocieniam straty, żebra bolą okropnie, na bank jest jakieś pęknięcie. Na więcej nie ma czasu, leje na całego, a za zakrętem widać jakieś zabudowania. Szybko tam docieramy i chowamy się pod balkonem. Dopiero tutaj mogę zrobić podsumowanie tej kraksy. Rozbite kolano i obficie lejąca się krew wyglądają nieciekawie lecz tym akurat się nie przejmuję. Bardziej martwi mnie bolący bok, pierwszy szok już minął i zaczyna naprawdę mocno łupać. Podchodzę do roweru, wygięty róg i porysowana kierownica też jakoś mnie nie wzruszają. Bardziej boli mnie dziura w prawej sakwie. Mocno przytarła po asfalcie, dwa solidne przetarcia, jedno na wylot. Kicha, nieprzemakalne sakwy z dziurą :(

Potem przychodzi kolej na kurtkę. Moja Endura, która już tyle razy ratowała mnie przed deszczem i sprostała najtrudniejszym warunkom też zaliczyła kontakt z asfaltem. Rękaw i prawy bok brudne i przytarte ale wygląda na to, że obeszło się bez dziury. Co dziwne to z łokcia pod kurtką kapie krew. Tak więc bilans jest taki sobie, kolano, łokieć i żebra się zagoją, sakwy trochę szkoda, ale może uda się zakleić jakąś łatką. Kurtka się uratowała, nie jest najgorzej.

Z domu wychodzi starsza kobieta i coś do nas mówi. Tłumaczymy jej, że tylko deszcze chcemy przeczekać. Obserwuje nas chwilę i wchodzi do domu. Po jakiejś minucie znów wychodzi, a w rękach trzyma nożyczki, bandaż i plaster. Uśmiecham się i dziękuję. Wolę aby takie rany goiły się na wolnym powietrzu. Zakleję jak będę wchodził do śpiwora.

Deszcz przestaje padać i już spokojnie jedziemy dalej. Rozpogodziło się na dobre, robi się cieplej, zjeżdżamy w doliny. Znów okolice zaludniają się coraz bardziej. Do Splitu już tylko 50 kilometrów. Nocleg organizujemy gdzieś między jedną wsią, a drugą. Wbijamy się w wysokie trawy i rozbijamy namioty. O ile jazda na rowerze szła mi bez problemów to obozowe czynności wykonuję z grymasem na twarzy. Żebra bolą, trudno mi znaleźć wygodną pozycję do siedzenia czy leżenia. Ten dzień zapowiadał się tak fajnie, a skończył niezbyt fartownie. Zawsze staram się być twardy i nie narzekać za bardzo lecz teraz trochę wymiękam. Chcę już do domu.

Na szczęście koniec wyprawy już tuż za pasem, do Splitu rzut beretem, autobus odjeżdża coś koło 16 więc mamy dużo czasu.

Po spokojnej nocy rozpoczynamy epilog. Droga do Splitu upływa bez specjalnych emocji, z każdym kilometrem czuć bliskość dużego miasta, zabudowa coraz bardziej zwarta, samochodów na drodze jakoś więcej, tereny jakieś takie nijakie się robią. Rogatki miasta osiągamy podczas długiego zjazdu. Zbliża się południe, słońce grzeje tak samo jak w dniu kiedy stąd wyjeżdżaliśmy. W mieście od razu robi się gorąco, początkowo miejski ruch trochę nas przytłacza lecz nie mamy wyjścia i szybko się adaptujemy.

Co by tu jeszcze napisać? Dalej wszystko potoczyło się tak jak było w planie, zresztą myśleliśmy obaj raczej o tym co było niż o tym co nas czeka. Perspektywa kilkunastu godzin w dusznym i ciasnym wnętrzu autokaru nie nastrajała zbyt optymistycznie aby o tym myśleć.
Wobec tego skupiliśmy się na wspomnieniach. Pięknych wspomnieniach trzeba powiedzieć, chociaż były też i gorsze chwile.

Przypominaliśmy sobie podjazd na Jurę, który okazał się największym wyzwaniem na tej wyprawie, wąskie, bezludne i gorące drogi w Bośni, walkę ze szprychami w Dubrowniku, nagły atak huraganu w Kotorze, cudowną drogę otaczającą Jezioro Szkoderskie i temperatury jak z piekła rodem. Mówiliśmy o końcu świata jaki zastaliśmy w Koman i rejsie drewnianą łupinką z wywołującym ból głowy ludowym, albańskim disco.

Trudno było zapomnieć o załamaniu pogody podczas ataku na przeł. Cakor, noclegu w wiacie tuż obok ruchliwej drogi, spotkaniu z pogranicznikami po nielegalnym przekroczeniu granicy, a potem chyba o najgorszej nocy na wyjeździe. Nocy spędzonej w ciągle padającym deszczu. Zwijaniu obozu w strumieniach wody lejącej się z góry. Wspominaliśmy okienko pogodowe podczas przebijania się przez Durmitor co pozwoliło nam w pełni napawać się najpiękniejszą częścią trasy chociaż na początku ta trochę nas rozczarowała. No, a potem było już z górki chociaż pogoda nas nie oszczędzała. Śmialiśmy się teraz z tego jak chcieliśmy zrobić włam do opuszczonego domu i po niepowodzeniu przygotowywaliśmy podłoże pod namioty narzucając stare materace na krowie kupy.

W głowach na stałe utkwiły cudowne chwile na zjeździe do Mostaru gdy zmierzaliśmy do dziury w ziemi, a droga co zakręt otwierała przed nami kolejne skalne wrota. Pogodowa huśtawka, pęknięta opona, i przykra dla mnie gleba na łagodnym wydawało by się zjeździe.

To wszystko już za nami. W ciągu 15 dni pokonaliśmy 1460 km, prawie wszystko po górach, z pełnym ekwipunkiem, często z kilkoma litrami ( kilogramami) samej wody do picia. W palących promieniach słońca, ale również w zimnych kroplach deszczu zacinającego w twarz. Walczyliśmy z huraganowymi uderzeniami wiatru w Kotorze i podczas przebijania się przez Durmitor.
Było niekiedy ciężko, ale obeszło się bez kryzysów i chociaż o tym nie mówiliśmy to pewnie obaj układaliśmy sobie w głowie plan na następny taki wyjazd. Bo to uzależnia, wyprawy rowerowe można albo kochać albo nie nienawidzić. My chyba mamy to pierwsze.

Galeria z całego wyjazdu - Bałkańska Pętla 2014

Cała trasa w GPS - Trasa Bałkańskiej pętli

Może uda się jakiś film sklecis. Tak apropo...może ktoś polecić jakiś prosty i niedrogi (chętnie darmowy) program do obróbki filmów?

Ocena: (0)
0 komentarzy · 5419 czytań ·
Komentarze
02 grudnia 2014 21:44:06
Emocji jest dużo podczas takich wyjazdów, a wspomnienia piękne. Przypomniałem sobie swój kilkudniowy wyjazd w Alpy i pewnie znów mógłbym zrobić taki trip, taką Twoją połówkę czyli połowa dystansu, połowa dni, połowa bagażu. 15 dni, z sakwami, w górach ... to dla koneserów:)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.