Rumunia na dwóch kółkach - 06.2003
Dodał(a): Piotr Furmański furman
18 stycznia 2006
gdzie nie spojrzeć góry
Jest czerwiec 2003 roku. Ponieważ dysponujemy tylko dwoma tygodniami urlopu decydujemy sie dojechać do Rumunii autobusem relacji Przemyśl- Suczawa. Pakujemy rowery w kartony i korzystając z uprzejmości mojego ojczulka jedziemy samochodem do Przemyśla. Przyjeżdżamy tam około 6.30 i widzimy już podstawiony autobus. Straszono mnie tym autobusem, rzekomo zawsze jest załadowany rumuńskimi handlarzami i towarami które przewożą. Pisano mi, że nie ma szans na zabranie rowerów, a już na pewno nie obejdzie się bez łapówki dla kierowcy. Rzeczywistość jest zupełnie inna, prawie pusty autobus ( około 20-25 pasażerów) i miły kierowca, który przekonuje nas, że nie ma sensu trzymać rowerów w pudłach tylko najnormalniej w świecie włożyć je w całości do luków bagażowych.

Tak też robimy, a sami pakujemy się do środka.Punktualnie o 7.30 autobus rusza w podróż. Strasznie trzęsie, chyba w ogóle nie ma amortyzatorów, na przejściu granicznym
całkiem sprawnie zostajemy odprawieni i po około 40 minutach jedziemy już po ukraińskich drogach. Tutaj trzęsie jeszcze bardziej i zaczynam się poważnie obawiać jak rowery przetrwają takie katorgi.. Jest strasznie gorąco, niby coś dmucha, ale nawet nie wiem czy to źle czy dobrze, bo dmucha ciepłym powietrzem.Podobno planowy przyjazd do Suczawy jest o godzinie 20-tej pierwszej, aż mi się źle robi jak sobie pomyślę, że do tego czasu będę siedział w tym piekarniku.

Tymczasem przemierzamy ukraińskie drogi i okazuje się, że już o 15-tej jesteśmy w okolicach Czerniowiec, a to już niedaleko granicy.Dojeżdżamy tu i znów zdziwko gdyż zamiast zapowiadanych dantejskich scen jest pusto i sennie.Odczekujemy swoje i po około godzinie, bez problemów wjeżdżamy do Rumunii. Nie dojeżdżamy do Suczawy lecz wysiadamy za miejscowością Siret w miejscu gdzie odchodzi droga do Radauti.Skręcamy dokładnie rowery gdyż te wstrząsy poluzowały chyba wszystkie śrubki jakie w nich są. Na szczęście po skręceniu wszystko jest ok. i pomału bujamy się w kierunku Radauti.
Jest ciepło, droga dobra, na razie nie widać żadnych większych gór. Mija nas kilka samochodów, większość z nich trąbi na nas zupełnie bez powodu. Na początku reagujemy nerwowo, ale już później przekonujemy się, że to chyba zboczenie narodowe i przedziwne klaksony rumuńskich aut przestają na nas oddziaływać. W Radauti wypijamy pierwsze rumuńskie piwo i robimy małe zakupy. To okolica gdzie mieszka duża mniejszość polska wobec czego nie ma problemów z dogadaniem się po polsku.Jedziemy dalej, na horyzoncie zaczynają majaczyć góry, w zasadzie nie mamy dzisiaj celu, chcemy tylko znaleźć dobre miejsce na nocleg. Przejeżdżamy Sucevitę, ale wieś ciągnie się i ciągnie. Robi się już ciemno, a my dalej kręcimy..... w końcu zabudowania kończą się i rozbijamy się po ciemku na małej polance przy drodze.

Dystans- 36,2 km
Średnia- 18,22


I -dzień 7 czerwca

Wąwóz Bicaz
Nie niepokojeni przez nikogo wstajemy rano, już wypoczęci po podróży i pełni entuzjazmu. Szybko wcinamy śniadanko, jeszcze raz sprawdzamy rowery, ostanie regulacje, i ruszamy w drogę w kierunku Vatra Moldovitei. Przed nami przełęcz Ciumarna 1109 m.Rozpoczyna się podjazd, droga wije się serpentynami w górę, ale dzięki temu łagodnie się wznosi i nie trzeba zrzucać na małą tarczę z przodu. Nieliczne wyprzedzające nas samochody oczywiście trąbią na nas jak gdyby chciały się pochwalić swoimi przedziwnymi klaksonami ale przestajemy już zwracać na to uwagę. Jesteśmy jeszcze pełni sił więc szybko docieramy na górę. A tam wita nas pomnik
przedstawiający ludzką dłoń w geście powitania właśnie. Pogoda dopisuje, jest ciepło, świeci słońce, a my rozkoszujemy się pięknymi widokami. Widać, że miejsce jest często odwiedzane przez przejeżdżających, ławeczki, stoły. Po chwili przyjeżdża nawet autokar z którego wysypuje się cała czerada dzieciaków.

Nadal w wąwozie Bicaz
Ale my już spoglądamy w dół, nawijącą się jak wstążka drogę, która zapowiada długi i wspaniały zjazd. Ruszamy- momentalnie nabieramy prędkości, droga dobra, można sobie pozwolić na troszeczkę szaleństwa. Szybko tracimy wysokość, przejeżdżamy przez wieś o takiej samej nazwie jak przełęcz. To już typowa, zagubiona wśród gór wioska jakich w Polsce już nie uświadczysz. Ciekawa architektura-prawie wszystkie domy mają ściany wyłożone gontem o przedziwnych wzorach. To chyba bardzo pracochłonna metoda ozdabiania domów. Docieramy do Vatra Moldovitei, ni to miasto ni wieś. W każdym razie zatrzymujemy się przy sklepie i robimy małe zakupy. Wbrew obawom tutejsze sklepy są całkiem dobrze zaopatrzone. Kupujemy chleb, kiełbasę, trochę słodyczy i konsumujemy te specjały na schodkach sklepu. Po posiłku ruszamy dalej, decydujemy się na skrót i ruszamy wzdłuż linii kolejowej w kierunku miejscowości Vama. Następnie skręcamy w stronę Campulung Moldovenesc aby zaraz przed tą miejscowością skręcić w boczną drogę w lewo.

Serpentyny na trasie transfagaraskiej
Po chwili kończy się asfalt lecz my twardo jedziemy dalej, robi się stromo, później bardzo stromo. Samochody już tędy nie jeżdżą, czasami przejedzie tylko terenowa Dacia z napędem na 4 koła.Nadchodzi moment kiedy schodzimy z siodełek i dajemy już z buta. Prowadzimy rowery przez co najmniej 2 godziny. Przyrzekamy sobie, że będziemy już unikać takich całkiem bocznych dróg. Wyczerpani docieramy w końcu na przełęcz- myślę że jej wysokość to co najmniej 1400m. Piękne miejsce, sporo turystów i wspaniały punkt widokowy usytuowany na ogromnej turni skalnej przypominającej swoim charakterem cypelek na Trzech Koronach.

Jazda w dół już dużo przyjemniejsza, chociaż droga jest fatalna i nie możemy rozwijać większych prędkości.W miejscowości Chiril dojeżdżamy do głównej drogi i jedziemy z wzdłuż rzeki .Po drodze obiadek w napotkanej restauracji i zaczynamy rozglądać się za miejscem na biwak. Nie widać jednak nic ciekawego, robi się ciemno a my nadal kręcimy. W końcu tuż przed miejscowością Poiana Teiului rozbijamy się na szerokim brzegiem rzeki, kilkadziesiąt metrów od drogi.

Dystans 142 km.
Średnia- 16,77
Czas jazdy 8,30


II dzień- 8 czerwca.

U stóp Gór Fagaraskich
Ta noc również mija spokojnie, od samego rana praży słońce. Zjadamy resztkę zapasów i już o 7 jesteśmy na rowerach. Jedziemy główną drogą w wzdłuż ogromnego jeziora zaporowego. Pomimo niedzieli ruch na drodze niewielki. Nie ma większych podjazdów ale droga cały czas faluje i nie daje wytchnienia. Przejeżdżamy przez miasteczko Bicaz i jedziemy już w stronę słynnego wąwozu o tej samej nazwie. Strome wapienne ściany zapowiadają, że to już niedaleko. Dolina robi się coraz węższa aż w końcu mieści się w niej tylko droga i niewielka rzeczka. Za zakrętem szok- toż to prawie jak krupówki, ogromne ilości kramów, budek, sklepików i masa ludzi. Do tego ogromne ilości samochodów parkujących gdzie tylko się da. Ruch, rwetes, hałas- trzeba stąd uciekać czym prędzej. Ale z drugiej strony refleksja- nie po to się tu tyle świata tłukliśmy żeby teraz stąd uciekać. Spożywamy piwo które jest chłodzone w rzeczce, robimy kilka zdjęć i spadamy stąd.

Na drugą stronę Cisy dostajemy się promem
Właściwy wąwóz nie jest długi, ma zapewne jakieś 200-300 metrów długości. Potem ściany rozchodzą się , a droga zaczyna się piąć w górę na pasul Bicaz 1256m. Po drodze jeszcze stoimy w korku ( tak , tak ) i pomału zaczynamy oddalać się od tego zgiełku. Na przełęczy już jest spokojniej, odpoczywamy kilka chwil i szybko zjeżdżamy do miasteczka Gheorgheni. Robimy zakupy i spadamy stąd gdyż robi ono koszmarne wrażenie. Jest już późno, a przed nami kolejna wysoka przełęcz- pasul Bucin 1287m. Pomimo zmęczenia narzucamy ostre tempo, zamierzamy dojechać tam przed zmierzchem i spędzić tam noc. Góry na horyzoncie przybliżają się szybko, droga jest dobra, płaska, nie schodzimy poniżej 30 km/h, a czasem pędzimy prawie 4 dychy.

Tubylcy są bardzo mili... aż za bardzo
Rozpoczyna się walka z czasem, nie zapowiada się aby przed przełęczą było dobre miejsca na biwak, a robi się coraz później. W końcu koło 20-tej widzimy znak zapowiadający 9 km serpentyn o nachyleniu 7 %.Zaczynamy wspinaczkę, łykamy kilku miejscowych kolarzy, ale im wyżej tym zmęczenie narasta. Po drodze myjemy się w strumieniu wody wypływającym ze skały. Liczniki odliczają ostatnie metry do przełęczy. W końcu jest- hurra, wspaniałe miejsce na biwak.Ogromna górska hala, kilka namiotów , zaraz obok cabana, jakieś domki letniskowe. Z całego pobytu w tym kraju ten nocleg wspominam najmilej i tu czułem się najbezpieczniej. Rozpalamy małe ognisko, na którym pieczemy kupioną wcześniej kiełbachę i zmęczeni ale zadowoleni idziemy spać.

Dystans- 135 km
Średnia 17,85
Czas jazdy- 7,36


III - dzień 9 czerwca

Ciężko odjechać z takiego miejsca, ale czekają na nas jeszcze piękniejsze. Zjazd jest niesamowity, na początku stromo kiepską drogą, później nawierzchnia robi się lepsza i nachylenie łagodnieje. Coś wspaniałego, 35 kilometrów zjazdu do miejscowości Praid.Odnoszę absurdalne wrażenie, że podjazd z tej strony jest dużo gorszy. No ale my na szczęście rozkoszujemy się zjazdem. W Sovacie nasze liczniki wskazują średnią 30 km/h. Tutaj skręcamy w lewo i jedziemy w kierunku głównej drogi łączącej Targu Mures z Sighisoarą. Jedziemy przez typowe rumuńskie wiosko-miasteczka. Wielu tutejszych gospodarzy posiada ogromne, bogato zdobione bramy wjazdowe, które niekiedy kontrastują z szarością pozostałej części obejścia.

W którejś z miejscowości widzimy grupę chłopców usiłujących oblać się nawzajem wodą z wiadra. Nic z tych wysiłków nie wychodzi, ale za to my wpadamy na szalony pomysł. Podchodzimy i proponujemy aby to nas polali wodą. Nic nie rozumieją, dopiero jak ściągam koszulkę oraz buty i wylewam sobie wiadro lodowatej wody( brrrr) na głowę czają o co chodzi. Chichocząc wprowadzają nas na podwórko i pokazują na studnię abyśmy do woli korzystali z tych rozkoszy. Po chwili z domu wypada jednak kobieta, energicznym ruchem zamyka drzwi od studni, a korbkę na haczyk. Już spodziewamy się sterty umuńskich epitetów gdy coś nagle zabulgotało i z leżącego obok węża chlusnął strumień wody. Miodzio, zimna, zmywamy z siebie kurz i chłodzimy całe ciało. Dziękujemy za wodę i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do głównej drogi i skręcamy w lewo- tabliczka wskazuje Sighishoara 28 km. Duży ruch, ale szerokie pobocze gwarantuje bezpieczną i szybką jazdę.

Słońce praży niemiłosiernie, powoli pniemy się serpentynami w gorę. W pewnym momencie nie wytrzymujemy już upału połączonego z wysiłkiem i chowamy się w cieniu. Przełęcz nie jest wysoko, droga pnie się łagodnie w górę i widać niedaleki już wierzchołek, ale słońce wysysa z nas wszystkie siły. Woda momentalnie znika z bidonów. Po 30 minutowej przerwie ruszamy, jakaś chmurka przysłoniła na chwilę słońce, wykorzystujemy tę okoliczność i szybko wjeżdżamy na górę. Zjazd już jest fajny, lux droga, średnia znowu wędruje w górę. Jeszcze tylko kilka małych podjazdów i jesteśmy w znanym miasteczku Sighisoara. Pizza, piwko, wysłanie kilku kartek, szybkie zwiedzanie średniowiecznych uliczek, naprawa małej awarii hamulców, zakupy i już jedziemy do Agnity.

To najbardziej ogzotyczna część wycieczki, przejeżdżamy przez cygańskie wsie i miasteczka gdzie czas się zatrzymał, a ludzie siedzą przed walącymi się domami i obserwują co dzieje się na drodze. Jednak nawet tutaj nie spotykamy się z żadnymi objawami agresji wobec nas. Wieczorem zatrzymujemy się przy źródełku aby się wykąpać przed spaniem. Jak z pod ziemi wyrastają koło nas dwie cyganki i trzech cyganów. Ale jakże inni są niż Ci pamiętani z Polski. Ciekawi skąd jesteśmy, jak mamy na imię, ile mamy lat. Kobiety nawet wypytują się czy mamy żony, dzieci, a nawet oferują pomoc w umycie pleców. Są tak wylewni i mili, że aż zaczyna to być męczące i próbujemy wydostać się z ich towarzystwa. Nie jest to jednak takie proste, zapraszają nas do swoich domów, kobiety robią niedwuznaczne propozycje, a jeden z mężczyzn usilnie domaga się abym dał mu się przejechać na rowerze. Udaję jednak, że nie rozumiem o co chodzi.W końcu udaje nam się wsiąść na rowery i przy niekończących się pożegnaniach z ulgą odjeżdżamy. Już ciemno, ale chcemy odjechać trochę od tego miejsca. W końcu zjeżdżamy z drogi i wchodzimy na szczyt jednego z pagórków. Wybieramy niewidoczne z drogi miejsce i rozbijamy obóz.

Dystans 138 km
Średnia 21,88
Czas jazdy 6,18


IV dzień- 10 czerwca

Rano wychodzę z namiotu z nadzieją zobaczenia niedalekich już Gór Fagaraskich. Niestety przez cały czas naszego pobytu lekka mgiełka ograniczała dalekie widoki. Tak jest i teraz, za to słońce nie zawodzi i pomimo wczesnej pory grzeje już na całego. Szybko przejeżdżamy Agnitę i bocznymi drogami jedziemy w kierunku drogi wiodącej północnymi zboczami Fagaraszy. Niespodziewanie kończy się asfalt, kręcimy żwirówką przez wyludnione, rozpadające się wsie. Czasami słuchać okrzyki nielicznych ludzi pracujących w polu. Na horyzoncie widać już zarys potężnych gór. Głowna droga, skręcamy w prawo, potem po kilku kilometrach zatrzymujemy się w celach higienicznych nad sporą rzeką. Kąpiemy się, pierzemy brudne rzeczy. Dojeżdżamy do miejsca gdzie drogowskaz wskazuje Bilea Lac- 35 km. Jeszcze nie wiemy co to jest ale wiemy, że tam mamy jechać.

Obiadek w przydrożnym barze (tym razem smaczny) i jedziemy. Znak zakazu wjazdu, nas nie dotyczy, zresztą samochody też go ignorują. Przed nami długi podjazd. Trzeba coś odpocząć przed nim, tym bardziej że nad nami palące słońce, a szczyty gór w chmurach wydających źle wróżące pomruki. Znajdujemy super miejsce na popas. Przez około 90 minut drzemiemy. Budzi mnie śpiew jakiegoś ptaka. Rozglądam się i aż mnie zatyka, burza w górach oczyściła powietrze i góry widać teraz jak na dłoni, blisko i wyraźnie. Jest 15.00 gdy ruszamy dalej. Przez najbliższe 5 godzin jedziemy tylko w gorę, najpierw niezliczonymi serpentynami przez las, a potem wśród alpejskich krajobrazów. Widoki zapierają dech w piersiach, droga wije się jak piskorz, przepaście, zwały śniegu, surowy górski krajobraz.

W pocie czoła odliczamy kilometry do Bilea Lac. Później okazuje się, że to chyba nazwa stacji kolejki gondolowej. O 20.00 jesteśmy na górze, wjechaliśmy tutaj na wysokość 2040 m.n.p.m. pomimo, że widzieliśmy jak dużo samochodów poddawało się i ich kierowcy rezygnowali z dalszej jazdy. Teraz jest tu już pusto, widzę że tylko jeden niedobitek wjeżdża na przełęcz. Przejeżdża obok nas i nagleo świecenie, dwie literki PL mówią wszystko- biegnę i krzyczę aby się zatrzymali. Ignorują mnie jednak i jadą dalej, przed wjazdem do tunelu zatrzymują się jednak i wysiadają zobaczyć jak jest dalej.Znów wołam i dopiero teraz słysząc polską mowę, goście od razu robią się przyjaźniejsi.

Wspinaczka na Bilea Lac
Rozmawiamy chwilę i omawiamy swoje plany. Dopiero teraz okazuje się skąd ten zakaz wjazdu na dole i dlaczego tak wiele samochodów mimo dojechania na szczyt zawracało z powrotem. To ten tunel, żadnych świateł, nie widać wylotu z drugiej strony, chlupocząca woda w środku. Wyjmujemy wszystkie lampki i światełka jakie mamy i na drżących nogach wjeżdżamy wtę zdawałoby się otchłań bez dna. Przed nami pojechał samochód, przez chwilę widzimy światła, ale później zostajemy sami w tej strasznej czuleścii. Nie widać już wjazdu, nie widać również wyjazdu. Światło z lampek ginie w tej ciemności. Musimy zsiąść z rowerów, bo na drodze jest lód. Coś strasznego- gdy w końcu widzimy wyjazd ogarnia nas euforia. Nawet nie zmierzyłem jaka jest długość tego tunelu, teraz na spokojnie oceniam go na jakieś 500-600 metrów. Niedużo - to sami sobie tam jeźdzcie i zobaczcie.

Po drugiej stronie krajobraz powala nas z nóg. W zachodzącym słońcu potężny Moldoveanu przybiera różową barwę, a reszta gór jakby do nas krzyczało- patrzcie jakie jesteśmy potężne. Czujemy się tutaj jak mrówka w Pałacu Kultury. Jak gdyba na otwierdzenietych słów zrywa się zimny wiatr, który skutecznie zmusza nas do ubrania wszystkiego co mamy w sakwach. Wiemy, że musimy stąd jechać, ale głód wymusza na nas postój. Szybko wrzucamy coś na ruszt, o jak bosko smakuje makrela w oleju popijana gorącym bulionem.Jest już prawie ciemno gdy zjeżdżamy w dół. Nie szalejemy gdyż jeden nieostrożny ruch kierownicą może skończyć się
tragicznie. Pomimo tego osiągamy duże szybkości a rower pędzi jak oszalały. Mijamy jakieś cabany, ale wciąż nie widać dobrego miejsca na nocleg. Dopiero po 20 kilometrach zjazdu, w ciemnościach i zdesperowani rozbijamy się na małej polance tuż obok drogi.

Dystans 108 km
Średnia 13,96
Czas jazdy 7,46


V dzień- 11 czerwca

Krajobraz na Bukowinie
Rano czujemy w nogach wczorajsze trudy ale nie ma lekko, trzeba kręcić dalej. Jedziemy do miasta Curtea de Arges. Potem skręcamy na Rumnicu Valcea. Od tego momentu przestajemy oddalać się od domu, jedziemy już na północ i każdy kilometr przybliża nas do naszych rodzin. Mieliśmy jeszcze w planie wjazd na najwyższą dostępną komunikacyjnie przełęcz w Karpatach -pasul Urdele 2145 m.n.p.m. ale odpuszczamy sobie. Złożyło się na to kilka powodów m.in. dostrzegłem pęknięcia na moim aluminiowym bagażniku. Poza tym czas nas nagli, chcemy być przed świętem Bożego Ciała w domu. Jedziemy więc główną drogą w kierunku Sibiu. Ten odcinek to koszmar, najpierw ten drogowskaz Oradea 374 km, a potem setki tirów, jazda w oparach spalin i huku przejeżdżających samochodów.Droga wąska, bez pobocza wije się wzdłuż rzeki i niezliczonych brudnych jeziorek. Nocleg mamy 50 km przed Sibiu w krzakach kilkanaście metrów od drogi.

Dystans 150 km
Średnia 21,62
Czas jazdy 6,58


VI dzień- 12 czerwca

Rano czuję kolano, nie boli, ale czuję każdy ruch. Później gdy już się rozgrzałem przestaje, ale wieczorem znów się odzywa.W Sibiu zatrzymujemy się tylko w Mc Donaldzie. Oszczędzam się, bezwstydnie wykorzystuję Józka jadąc w jego tunelu aerodynamicznym.Przejeżdżamy przez Sebes i rozbijamy się kilkanaście kilometrów przed Divą.

Dystans 149 km
Średnia 23,19
Czas jazdy 6,27


VII dzień- 13 czerwca

Rumuńska wieś
Znów czuję kolano, nawet dołączyło drugie, dają znać o sobie. Byłoby głupia jechać do domu pociągiem.Informuję Józka, że zdecydowanie zwalniamy tempo. Diva robi dobre wrażenia, nad miastem wznoszą się ruiny jakiegoś zamczyska. Jest na co popatrzeć. Ruch zdecydowanie maleje i pomimo, że droga wąska jedzie się przyjemnie.Według mapy czeka nas przełęcz o wysokości 460 m. (phi !! ). Łykamy ją bez problemów, by potem znowu wspinać się na następną. Ustawiony na niej punkt wysokościowy informuje, że ta ma już 498 m. No cóż, mamy nadzieję, że to już ostatni epizod w rumuńskich górach.Jakież jest nasze zaskoczenie,gdy kolejny podjazd ciągnie się i ciągnie, pojawiają się serpentyny, a droga wspina się coraz bardziej stromo w górę.

Kurna- przecież na mapie nie ma zaznaczonej żadnej przełęczy. Docieramy na górę, rany.... 698 m. Zaczynamy złorzeczyć kartografom, zaznaczają jakieś małe przełączki, a o takiej prawdziwej ani śladu. No cóż, odpoczywamy na ławeczkach i myślimy o nagrodzie jaka nas za chwilę czeka. Długi zjazd, wspaniałe widoki na wznoszące się po bokach góry i przede wszystkim widok równiny jaka rozpościera się już przed nami. Kąpiel w rzeczce i przed Beius rozbijamy się wśród pól na łace oddalonej jakieś 200 metrów od drogi.

Dystans- 138 km
Średnia 20,8
Czas jazdy 6,38


VIII dzień- 14 czerwca

W nocy budzi mnie ból kolan. Rano na szczęście nie jest tak źle, ale ponownie informuję swojego kompana o tym, że zamierzam trochę poluzować z tempem jazdy. Sprzyja mi topografia terenu, góry zostały już za nami, są wprawdzie małe podjazdy ale pokonuję je na młynku oszczędzając kolana. Pomimo tego luzackiego stylu jazdy jedzie się fajnie i tylko palące słońce daje w kość.Ale mamy już wypracowaną strategię, kręcimy do 12 , a potem 2 godzinki przerwy aby przetrwać najgorętszy okres. Docieramy do Oradei, wjeżdżamy do centrum. Kupujemy forinty, piwo, jakiś Kebap ( to nie pomyłka), kawałek arbuza, banan, kilka zdjęć pod pomnikiem Michała Walecznego i jedziemy już w stronę przejścia granicznego. Wydajemy ostatnie leje i bez żadnych kłopotów w ciągu kilku minut przekraczamy granicę.

Już Węgry, płaskie i proste drogi, zakazy jazdy na rowerze ( nawet na bocznych drogach ), i smród rozchodzący się od licznych rozjechanych stworzeń na drodze. Debreczyn- zwiedzamy centrum.Piękne miasteczko, z fontannami i źródełkami wody mineralnej bijącej w centrum miasta. Wyjazd z miasta prowadzi ścieżką rowerową. Nie jest jednak tak pięknie, już kilka kilometrów za miastem ścieżka się kończy, a znak zakazuje jazdy na rowerze. No cóż, rumuni trąbią na rowerzystów, a węgrzy stawiają zakazy jazdy dla rowerów.. Pozostaje nam nic z tego sobie nie robić. Zresztą i tak zjeżdżamy na boczną drogę i jedziemy w kierunku Tokaja. Z noclegiem problem, ciężko znaleźć dobre miejsce gdyż każdy skrawek pola jest zagospodarowany. Trafiamy jednak na łączkę z krzaczkami i wśród krzyku bażantów rozbijamy namioty. Rano dopiero zauważamy tabliczkę informującą o jakimś rezerwacie. Dobrze, że nas tu nikt nie zauważył.

Dystans 162 km
Średnia- 20,71
Czas jazdy 7,5


IX dzień- 15 czerwca

Miasteczko Shigishoara
Płaskie te Węgry, rozleniwiamy się trochę i jedziemy wolniej niż po górach w Rumunii. Ale trzeba kiedyś odpocząć, a przecież teraz jest najlepsza ku temu okazja. Moje kolana również domagały się trochę luzu i teraz po dwóch dniach spokojnej jazdy przestały się buntować. Najwyższa pora gdyż po krótkim rozstaniu z nami, na horyzoncie znów pojawiają się góry. Najpierw niewysoki , ale wznoszący się niczym piramida nad płaską pustynią Tokaj. Jego zbocza całkowicie zajęte są przez pola winorośli. Nieoczekiwanie napotykamy na przeszkodę, droga urywa się nad brzegiem ogromnej Cisy. Szybka ocena sytuacji i już widzimy płynący z drugiego brzegu prom. No cóż rzadki to już widok w Europie więc zadowoleni wsiadamy na jego pokład i płacimy symboliczną opłatę.Potem długie byczenie się na brzegu Cisy i już Tokaj. Piękne miasteczko, ze ścieżkami rowerowymi i ogromnymi ilościami wina na sprzedaż.Można go kupić począwszy od eleganckich butelek po 5-cio litrowe plastikowe pojemniki na wodę. Opuszczając Węgry objadamy się napotkanymi przy drodze czereśniami. Skutki tego są dla mnie tragiczne. Na początku burczenie w brzuchu, a potem nagły atak biegunki. Granicę przekraczamy za miasteczkiem Sarospatak i jedziemy w kierunku Trebisova. Jednak choroba osłabia mnie bardzo i pomimo wczesnej pory rozbijamy obóz na skraju lasu jakieś 300 metrów od drogi. Biorę dużą porcję węgla i momentalnie zasypiam.

Dystans- 133 km
Średnia- 20,93
Czas jazdy 6,23


X dzień 16 czerwca

Rano czuję się już zdecydowanie lepiej. Zjadam tylko 2 kromki samego chleba i popijam wodą mineralną. W drodze do Trebiszova napotykamy znów ogromne ilości czereśni. Doświadczenie z wczorajszego dnia nakazuje mi powstrzymać się od ich konsumpcji. Jednak ich ogromna ilość, oraz wielkość owoców ( prawie jak śliwki ) powoduje, że szybko zapominam o wczorajszych cierpieniach i opycham się nimi do oporu. Czereśnie jednak nie sycą jak prawdziwe śniadanie, dlatego wjeżdżając do Trebiszova rozglądamy się za jakimś dobrze zaopatrzonym sklepem. Trafiamy do takiego, przy którym ludzie siedzą na ławeczkach i wcinają sałatki jakie ten serwuje. My również opychamy się przeróżnymi rodzajami sałatek zagryzając je gotowymi bułkami z wędliną.Jedyne czego mi brakuje to ciepłej herbatki gdyż sklep serwuje tylko zimną colę.

Uff- pojedzony szukam apteki gdyż zapasy węgla uległy wyczerpaniu. Tutaj komiczna scena gdy
usiłowałem opisać moje dolegliwości paniom farmaceutkom. Jedna z nich podaje mi maść co przyprawia mnie o napad śmiechu. W końcu jednak domyśla się o co chodzi i z uśmiechem daje mi jakieś tabletki.Od wczoraj pogoda zaczyna się psuć.Wieje przeciwny nam wiatr i co jakiś czas pada deszcz.Jedziemy w kierunku miasteczka Vranov. Wokół nas dosyć wysokie góry, ale droga przebija się kotlinami dzięki czemu nie ma dużych podjazdów. We Vranovie zatrzymujemysię przy supermarkecie Billa i zajadamy się ciepłymi udkami z kurczaka.

Nagle rozpętuję się ogromna ulewa z potężnym wiatrem. Błyskawicznie zwijamy wszystkie nasze rzeczy i chronimy się pod dachem marketu. Robi się strasznie zimno i drżąc czekamy na koniec ulewy. Jak szybko nadeszła tak jeszcze szybciej wychodzi słońce. Czekamy jeszcze kilkanaście minut aż woda trochę obcieknie z ulic i jedziemy drogą na Svidnik. Mylimy jednak drogę i zamiast jechać główną zajeżdżamy tak daleko iż decydujemy sięjechać inną prowadzącą obok ogromnego jeziora zaporowego. Nie żałujemy tej decyzji gdyż okolice są przepiękne. Góry porośnięte wspaniałymi lasami, nieliczne ludzkie osady i zielonkawe wody jeziora.Wiatr daje w kość, a i podjazdy jakieś takie dłuższe i bardziej strome. Nasze mięśnie są jednak już przyzwyczajone do trudnego terenu i nawet nie zauważamy tych niewielkich w porównaniu z rumuńskimi przełęczy. Już niedaleko do domu, nie ciąży już presja kilkuset kilometrów do przejechania wobec czego pozwalamy sobie na dłuższe chwile lenistwa. Przed Svidnikiem rozbijamy się po raz ostatni na tej wyprawie.

Dystans 104 km
Średnia 21,09
Czas jazdy 4,56


XI dzień 17 czerwca

Dzisiaj będziemy już w domu, fajnie tak sobie jeździć ale miło też przyjechać do siebie. Pomimo wiatru kręcimy energicznie.Przemykamy bez zatrzymywania przez Svidnik i odliczamy kilometry do ostatniej przełęczy na naszej trasie. Tak się składa, że przełęcz Dukielska to najniższe obniżenie w całym głównym grzbiecie Karpat. Jest to ukoronowanie naszej wyprawy, a sama przełęcz no cóż gdyby nie przejście graniczne nawet byśmy jej nie zauważyli. Polska- szybki zjazd do Dukli, potem Nowy Żmigród, jadąc z górki nagle słyszę huk i czuję że tylnie koło jedzie na samej obręczy. No cóż dobrze, że to stało się teraz, a nie w bezludnych rejonach Rumunii.
Józek szybko wyciąga igłę i nici i zabiera się do szycia opony. Zakładam nową dętkę i jedziemy dalej. Nowy Żmigród, Jasło i meta naszej wyprawy Brzyska za Jasłem.

Dystans- 97 km
Średnia 22 km/h
Czas jazdy 4,24


Podsumowanie- łącznie przez 12 dnie przejechaliśmy 1492 kilometry w czasie 76 godzin i 13 minut ze średnią prędkością 19,92 km\h.

Sprzęt- jechałem na rasowym góralu z osprzętem klasy Alivio. Jedyne przeróbki jakich dokonałem to zmiana widelca na sztywny i zamiana mostka na regulowany aby zmienić geometrię na bardziej turystyczną.Bagażnik aluminiowyo Tranz-x , sakwy Crosso,opony- sliki, no name za 20 ł/szt. Józek jechał na trekkingu z niższej półki na Altusie.Bagażnik- zwykły stalowy za kilkanaście złotych. Sakwy własnej roboty.

Awarie- małe scentrowanie tylniego koła, skorygowane przez nas tego samego dnia. Pęknięta śruba mocująca linkę tylniego hamulca do szczęk. Pęknięta opona, na szczęście prawie w domu, ale i tak po zszyciu mógłbym na niej przejechać jeszcze dużo kilometrów. Jednak na kolejne wyprawy chyba kupię już jakieś bardziej porządne oponki.Niestey również bagażnik zaczął niedomagać, pojawiły się rysy oraz niewielkie pęknięcia.

Bezpieczeństwo- nie czułem się mniej bezpieczny niż w Polsce. Na noclegi wybieraliśmy miejsca oddalone od siedzib ludzkich i naturalnie zamaskowane. Drogi całkiem przyzwoite, miejscami nawet lepsze niż w Polsce.Ruch z reguły niewielki, ale były również odcinki ogromnie ruchliwe.

Finanse- wydałem 70 zł na autobus do Rumunii. Tu za 50 dolarów kupiłem leje. Potem jeszcze sprzedałem 20 dolarów i 10 euro. Z bankomatów wypłaciłem w przeliczeniu na złotówki ok. 150 zł. Razem koszty wyprawy wyniosły mnie coś około 520 zł. Ceny w Rumunii minimalnie niższe niż w Polsce ( alkohol dużo tańszy), dużo wydaliśmy na wodę mineralną której pochłanialiśmy ogromne ilości , a niekiedy musieliśmy ją kupować w barach i resteuracjach gdzie jest znacznie droższa niż w sklepach.

Zobacz zdjęcia z wyjazdu

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3008 czytań ·
Komentarze
04 listopada 2006 16:24:07
czytałem ten tekst przed wyjazdem do Rumunii - niewiele wtedy mi mowił Teraz po powrocie mogę nawet zabrać głos:) Balea Lac to nie stacja kolejki a małe górskie jeziorko - mijaliście je tuż przed tunelem po lewej stronie schowene troszkę w głębi Jest to z tego co czytałem rezerwat przyrody :)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.