Maraton w Kościelisku - 25.06.2005
Dodał(a): Piotr Furmański furman
03 lutego 2006
Start nastąpił niespodziewanie, prowadzący poinformował iż zarejestrowało się ponad 600 osób. Następnie kilka razy przekonywał nas jaka to trudna i selektywna trasa przed nami. Potem była chwila ciszy i peleton ruszył przed siebie. Podjazd na Butorowy Wierch asfaltową szosą, szybki i raczej przyjemny, być może dlatego, że nauczony doświadczeniem nie świrowałem tam za bardzo i pomału się rozgrzewałem. Za Butorowym zaczyna się teren, szybki zjazd szutrówką i jazda odkrytymi polami ze wspaniałymi widokami na Tatry. Pracujący w polu górale, kopki siana, gorące, słoneczne promienie oraz orzeźwiający wiaterek ..to wszystko powoduje, że jechało się tutaj bardzo przyjemnie.

Ale już w oddali widać wysoki stożkowaty szczyt z wijącym się na jego wierzchołek kolarskim wężem. To dopiero jednak za chwilę, na razie upajam się zjazdem wśród pól . Część osób jedzie drogą, część zbacza na trawę. Ja również wybieram jazdę po wygodnej trawiastej nawierzchni. Prędkość rośnie, jest wspaniale ...i wtedy pierwszy skok adrenaliny. Nagle pojawia się spory uskok, nawierzchnia opada gwałtownie , gwałtownie ściskam klamki hamulcowe, przednie koło zawisa nad krawędzią i już lecę. Błysk w głowie, nie hamuj na przód !!! Instynktownie zwalniam lewą klamkę sterującą przednim heblem amorek ugina się się do granic swoich możliwości. ....i ......jadę dalej czując kołatanie serducha.


Z tyły dobiega soczyste przekleństwo, pisk hamulców oraz łomot walącego się ciała i żelastwa. On nie miał tyle szczęścia... a może umiejętności ..nie wiem , dziękuję w każdym razie Bogu, że udało mi się z tego wykaraskać gdyż mogło być bardzo nieprzyjemnie i to zaraz na początku maratonu. Dalsza trasa wiedzie w stronę granicy ze Słowacją. Droga zmienia się w ubitą ścieżkę, a potem w grząską miejscami trawę. Ten odcinek bardzo źle znoszę, podjazd nie jest stromy lecz ciężko się jedzie i ciężko dawać pod górę. Podjazd ciągnie się niemiłosiernie długo, a gdy w końcu zaczynamy zjeżdżać to nawet tam nie ma miejsca na odpoczynek. Kamienista droga, pełna korzeni nie daje chwili wytchnienia, sam amorek sobie nie poradzi, trzeba amortyzować nogami i rękami. W końcu jest asfalt, to Chochołów, krótki asfaltowy odcinek pokonuję z poczuciem błogiego komfortu i tylko ta świadomość, że za ten zjazd przyjdzie teraz słono zapłacić kolejną wspinaczką psuje błogi nastrój. Bufet zatrzymuje mnie tylko na kilkanaście sekund i już kręcę dalej ..oczywiście w górę, droga wcina się głębokim wąwozem w podłoże. Ponad nią wiedzie ścieżka poprzecinana korzeniami.

Robią się korki, ciężko jechać. Na drodze kamienie i błoto , ścieżką idą prowadzący rowery skutecznie blokując trasę. Miotem się trochę tam i z powrotem, niepotrzebnie tracę sporo sil i w końcu z Pitem wyprowadzamy rowery na górę. Miejscami jedziemy, miejscami prowadzimy, krotki lecz bardzo kamienisty zjazd i znów do góry. Nie zapominam o paliwie. Nie może się powtórzyć sytuacja z Nowin gdy na 30 km przed metą miałem zgon. Dalej jesteśmy świadkami bardzo nieprzyjemnie wyglądającego upadku. Podczas jazdy pod górę ( chyba Kaśka Szczurek ) traci równowagę, nie zdąża z wypięciem i wraz z rowerem przewraca się , a raczej spada po stromym zboczu wpadając w zarośla. Rower upada na nią i na pewno nie jest to przyjemne. Jadący za nią biker podnosi z niej rower, ja oferuję pomoc w wydostaniu się z tych chaszczy lecz dziewczyna jest harda. Szybka zapewnia, że nic jej nie jest i sama sobie poradzi. Dotarła do mety, ale wydaje mi się, że odczuwała chyba skutki tego upadku gdyż po raz pierwszy chyba w sezonie udało mi się z nią wygrać. Tak tak panowie... tak bywa.

Potem długi zjazd w miarę wygodną drogą i już słuchać szum rzeki. Na brzegu plażowicze, a my bez zastanowienia atakujemy bystry i lodowaty nurt górskiej rzeki. Miejscami woda sięga ponad kolana, rower trzeba unosić wysoko w górę gdyż opór jaki koła stawiają wodzie grozi niemiłą kąpielą. Po sforsowaniu rzeki nagroda w postaci bufetu, zatrzymuję się tylko na kilka łyków czegoś mokrego i znów zaczyna się podjazd. Jest standardowo, kamienista i błotnista droga, kawałek asfaltu i znów terenem cały czas w górę. Cały czas obserwuję licznik i obliczam prawdopodobieństwo załapania się na drugą pętlę. Póki co cała nasza ekipa CykloKrak TEAM’u jedzie razem.
Co chwilę mijam Pita, obok przejeżdża Dziczek i tak na zmianę mijamy się jadąc w pobliżu siebie. I tylko Janusz gdzieś pognał i ani słychu ani widu, walczy pewnie z wycinakami. Siły jeszcze mam, rygorystycznie przestrzegam ustalonych pór na jedzenie i picie. Nie bawię się batonami, tylko żele, popijane obficie wodą, potem po kilkunastu minutach kilka łyków isostara. To działa, nie pojawia się kryzys, pomimo zmęczenia jestem w stanie zmusić się do pracy. Coraz bliżej do rozjazdu, im bliżej tym podjazdy robią się bardziej strome, pojawia się błoto, potem fragment po zasłanej gałęziami drodze i w końcu za kolejnym podjazdem las nagle się urywa i pojawia się widok na upragnione tablice z napisami Pro i Amator.

Udało się zmieścić w limicie ze sporą rezerwą. Do zamknięcia pozostało około 25 minut. Bez namysłu skręcam w lewo i dopiero teraz zaczynam upajać się wspaniałymi zjazdami.Tutaj dowiaduję się o swojej pozycji. Dostaję informację, że jestem 76 zawodnikiem wjeżdżającym na drugą pętlę. No super !! Tak dobra wiadomość dodaje mi energii i pozwala uwierzyć w siebie. Gdy jeszcze dostaje cynka, że Janusz jest 2 minuty z przodu włączam Turbo. Tutaj mijam Mikołaja Menke który też zaliczył glebę. Teraz gdy już luźno można pozwolić sobie na chwilę szaleństwa. Niestety jak bardzo niebezpieczne jest takie szaleństwo przekonuje się Pit, który wywija OTB w miejscu gdzie i ja miałem swoją przygodę. Mały problem z orientacją, nie skręcam w odpowiednią ścieżkę i tracę kilka minut będąc zmuszony do powrotu. Nie zraża mnie to jednak, nadal jadę na „podtlenku azotu” Poobijany Pit i Dziczek zostają tym razem już dalej z tyłu, a ja wytrzeszczam oczy w poszukiwaniu pomarańczowej koszulki z przodu.

Znów jazda granicą, teraz już naprawdę ciężko, dużo jadę na najlżejszych przełożeniach. Pomimo tego udaje mi się wyprzedzić kilku gości. W bardziej stromych miejscach prowadzę rower ,tym bardziej , że posuwam się w ten sposób szybciej niż na rowerze. Dalsza trasa już znana, znów podejście ( podjazd) wąwozem, potem Chochołów, bufet, picie, podjazd i zjazd do rzeki. Stąd do mety pozostało 12 km. Ciężkich km trzeba powiedzieć. Zmęczenie daje o sobie znać. Widzę jak wyprzedza mnie energicznie Mikołaj Menke. Próbuję go gonić, ale nie warto..nie dam rady. Robi się naprawdę ciężko, jednak i tak lepiej znoszę te katusze niż inni. Daję się kilka razy wyprzedzić, lecz potem ja dwa razy wyprzedzam by po kilku km dopaść niektóry osoby i odebrać swoja pozycję. Końcowe fragmenty podjazdu są już dla mnie naprawdę ciężkie.

Dobiega 7 godzina jazdy i tylko się dziwię w jaki sposób udało mi się skurczy uniknąć. Podjazdy wydają się teraz bardziej strome, zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać. Zapadam w rodzaj letargu, przestają do mnie docierać boźdzce. Spotykam Pawła robiącego zdjęcia lecz jestem już tak wycieńczony, że nawet go nie poznaję. W końcu jest... jest rozjazd, a tam strzałka META. Rozpoczynam finisz. Doganiam jakąś osobę oraz o dziwo Mikołaja. Rozpoczyna się zjazd do Kościeliska. Chwilę jedziemy w trójkę , potem razem z gościem wyprzedzamy Mikołaja, chwila kalkulacji, w końcu mocniej naciskam na pedały i wyprzedzam lewą stroną. A dalej przykra niespodzianka, krótki lecz stromy podjazd, biorę go na sztywno, ciągnę pełne obroty korbami, daję teraz z siebie wszystko, utrzymuje pozycję i znów jadę w dół modląc się tylko żeby nie było już podjazdów.

Już Kościelisko, z przerażeniem odkrywam że od mety dzieli mnie jeszcze kawałek podjazdu. Pełne obaw spojrzenie za siebie, jeśli on tam jest to już po mnie, nie dam rady już walczyć. Psycha siada mi właśnie tutaj, morale spada do zera, wlokę się pod górę. To pierwszy mój taki finisz, bez energii, bez werwy, bez wiary w siebie. I meta, co mi tam... mówią że teraz trzeba pojeździć spokojnie kilka minut. Mówią... ale ja walę się bez życia na trawę i leżę... leżę. I cieszę się, nogi bolą, odparzone siedzenie. Chyba pojechałem na maksa. Dałem z siebie wszystko, już nie dam rady więcej z siebie wykrzesać.

Miejsce wprawdzie najlepsze w sezonie ale strata czasowa do zwycięzcy potężna. I nie ma usprawiedliwienia że to góry, że techniczna trasa, że nie lubię takich tras, że dobrze mi się jeździ szutrówkami. To była szkoła przeżycia na maratonie, to był prawdziwy górski maraton i to był ten najtrudniejszy w jakim jechałem. Ale czy obrośnie w legendę , czy stanie się kultowy. Moim zdaniem tegoroczna edycja taka nie będzie. Może gdyby padało, było mokro... ale nie było i maraton ten pozostanie jako trudny ... i tyle..."

No i statystyka:

Miejsce 75 open PRO
Dystans 91 km
Czas jazdy 7,05 ( wg chipa 7,11)
Średnia 12,86

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3209 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.