Na te zawody czekał cały krakowski światek rowerowy. Sezon startowy dobiegł końca i taka lokalna impreza była strzałem w dziesiątkę. Informacja o zawodach w Pychowicach lotem błyskawicy rozniosła się za pomocą poczty pantoflowej. Trzeba powiedzieć, że zawody te zostały zorganizowane dzięki grupce zapaleńców, którzy wzięli na siebie ciężar organizacji.
W tamten słoneczny październikowy dzień już od samego rana z całego Krakowa ciągnęły grupki rowerzystów na swych podrasowanych maszynach. Na miejscu uzbierało się naprawdę dużo osób ale na szczęście zapisy przebiegały bardzo sprawnie i szybko. Wpisowe w wysokość 5 zł. nie stanowiło bariery finansowej dla nikogo.
Niewiele było przypadkowych osób, a nawet trzeba powiedzieć, że obsada zaskoczyła samych orgów gdyż pojawiło się kilku naprawdę dobrych ścigantów nie tylko z Krakowa.
Zawody rozegrane zostały w kilku kategoriach. W jednej z nich startowałem ja oraz Pit.
Poniżej krótki tekst zdający moje wrażenia z przebiegu wyścigu.
Pierwsze co muszę powiedzieć to fakt iż pierwszy raz brałem udział w typowym wyścigu XC i dopiero teraz mogłem się przekonać jak wielka jest różnica pomiędzy maratonem, a XC.
Teoretycznie byłem nieźle przygotowany. Już od samego startu dałem ile fabryka dała. Na początek szeroka droga o szutrowej nawierzchni, potem ostrymi wirażami po kamienistych ścieżkach. Już po kilkuset metrach stawka się ustabilizowała. Kilka krótkich ale bardzo stromych podjazdów i dalej trasa znikała w lesie. Żałuję że nie miałem pulsometry gdyż podejrzewam, że właśnie tam osiągnąłem swoje tętno max.
Przez las typowo interwałowa trasa, krótkie zjazdy i podjazdy. Za sobą czuję cały czas jakiegoś rywala, kilka metrów przede mną ktoś inny.
I wtedy stało się coś co zapewne zadecydowało o moim losie na tych zawodach. Najpierw błąd techniczny, po krótkim zjeździe zbyt późno zmieniam przełożenie i na podjeździe zmuszony jestem do zejścia z roweru tracąc w ten sposób kilkanaście sekund. Potem kolejny już poważniejszy problem. Tym razem zawodzi sprzęt, jakimś niezrozumiałym sposobem spada mi łańcuch i zakleszcza się w wodziku. Schodzę z trasy i dosyć długo szarpię się z tym złomem. W międzyczasie widzę jak mijają mnie kolejni zawodnicy. Gdy wsiadam w końcu na rower jestem już daleko z tyłu i dalszą cześć zawodów jadę sam. Dopiero na trzecim okrążeniu nawiązuję wzrokowy kontakt z osobami przede mną ale już wiem, ze to zbyt daleko aby podjąć walkę.
Teraz moim celem jest uniknięcie dubla , bardzo się sprężam dzięki mocnemu dopingowi jakiego udzielają mi Lox oraz Mary. Na 4 okrążeniu doganiam dwójkę osób ale za swoimi plecami widzę już wycinaka, który zmierza po zwycięstwo w tej imprezie. Daję z siebie wszystko... naprawdę lecz dosłownie minutę przed rozjazdem na kolejną pętlę zostaję zdublowany i tym samym jestem zmuszony do zjazdy na metę. Marnym pocieszeniem jest to, że jestem pierwszym ze zdublowanych,a trzeba przyznać, że było ich dzisiaj naprawdę sporo.
Pitowi udaje się uniknąć mojego losu i kończy cały wyścig bez dubla. Kończąc jeszcze tylko kilka moich przemyśleń dotyczących różnicy pomiędzy xc, a maratonem. Otóż są to dwa różne wyścigi. To że xc i maraton to zupełnie inne style jazdy chyba nie trzeba mówić. Z racji mojego wieku również nie jestem predysponowany już na takie zawody. Natomiast bardzo dużo zależy od sprzętu i techniki jazdy. Sprzęt dostaje tutaj naprawdę duży wycisk i potrafi zadecydować o zwycięstwie lub porażce. Tutaj nie ma czasu na odrabianie strat tak jak na maratonie. Podobnie jest z techniką, drobny błąd, zbyt późna zmiana przełożenia i ląduje się obok roweru z łańcuchem na blacie. Inni sobie jadę na średniej tarczy a mu tachamy się rowerem w garści.
Pomimo tych wszystkich przygód jakie mogą nas spotkać polecam wyścig xc gdyż jedynie tutaj możemy dać z siebie wszystko i przekonać się do czego jesteśmy zdolni
Piotr Furmański
Pychowice 2005
Komentarze
14 lutego 2006 18:11:25
)Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.