Przez Kraków przejechałem bez kłopotów, na ulicy Kasztanowej odpaliłem nawigację i już według wskazań GPS pojechałem sobie w stronę Balic. Dojeżdżając do ulicy Balickiej zatrzymuję się na chwilę i kątem oka dostrzegam trzech bikerów śmigających w stronę gdzie i ja zmierzam. Poznaję Roberta jeżdżącego w barwach BikeWorld, reszta przemyka szybko i znika za zakrętem. Szybko i ja odpalam i zaczynam gonić towarzystwo. Mają sporą przewagę, około 300 metrów i nie obijają się. Jadę na maxa i zaczynam ich dochodzić ale w Szczyglicach widzę jak skręcają w prawo tak jak biegnie trasa maratonu krakowskiego. No cóż ja mam inne plany więc zwalniam i leniwie toczę się prosto.
Przejeżdżam pod wiaduktem i kieruję się w stronę Morawicy. GPS coś tam wskazuje ale nie patrzę na niego gdyż póki co teren mam obcykany. Skręcam w prawo w stronę Brzoskwini, spory podjazd pozwala rozgrzać się trochę, okulary zaczynają zaparowywać i serducho jakoś szybciej bije. Potem szybki zjazd i znow jestem na trasie maratonu, ale jadę w przeciwną stronę, przejeżdżam nad autostradą i i skręcam w prawo. Droga bardzo nieprzyjemna, tylko dwie głębokie koleiny z rwącą wodą. Co chwila zahaczam kołem o którąś krawędź. Na plecach ..znaczy się trochę niżej
) czuję coraz większą wilgoć. Zaczynam pomału tracić orientację i coraz częściej zerkam na ekran garmina. A ten każe mi teraz zjechać z asfaltowej drogi i kieruje na inną o nieustalonej nawierzchni gdyż pokrytej grubą warstwą śniegu. Mniam, mniam na to właśnie czekałem, z animuszem naciskam mocniej pedały i wgryzam się w tą białą masę....ale co jest ? Miał być twardu i ubity snieg a tutaj biała galareta. Opony zapadają się w tej mazi i tracą kierunek. Co kilka metrów zaliczam podpórkę, łancuch rzęzi niemiłosiernie a indeksacja mówi " sorry " i zajmuje sie czymś innym. Trwa to chwilę i tylko widok wyraźnej drogi na ekranie nie skłania mnie do odwrotu. Po 20 minutach takiej męczarni docieram w końcu do normalnej drogi i zastanawiam się co dalej.
To, że nie pojadę dalej opracowaną trasą jest oczywiste gdyż wyleczyłem się już z takich dróżek. Uruchamiam opcję routingu w odbiorniku i jadę wybraną przezeń trasą. Moim celem jest nadal Rudno. Ale szybko okazuje się, że z tymi GPS-ami to nie jest tak kolorowo. Owszem wybrał mi fajną drogę ale niestety biegnie ona przez teren jakiejś kopalni o czym informuje mnie szlaban i pani stróż, która na mój widok wychodzi ze swojej budki. Na razie nic nie mówi ale ja nie zamierzam kraść cennego kruszcu i zawracam.
No dobra, dość tej zabawy, badam swoje położenie na ekranie i tym razem jadę na czuja. I to okazuje się słuszną decyzją gdyż wyskakuję w Tenczynku skąd dojazd do zamku mam już dawno w głowie. Jadę sobie spokojnie i rozglądam po okolicy. Tutaj o wiośnie to nikt nawet chyba nie słyszał, zwały śniegu, mokro, szum płynącej wody. Już jest tabliczka wskazująca drogę do zamku. Krotki ale stromy podjazd, potem wąską drogą, mijam kościół i już widać ruiny. Ostatnie 300 metrów pokonuję pieszo w mokrym śniegu. Prowadzę rower ale po chwili dziwne rzeczy zwracają moją uwagę. Strasznie ciężko się prowadzi aż w końcu przednie koło przestaje się kręcić. Hmm...bardzo dziwne, rzucam okiem co jest grane, bardzo dziwne. Już wiem ! Jakie to proste, śnieg obkleił oponę, a ponieważ mam założone błotniki to unieruchomił ją całkowicie. Trochę się z tym szarpię i idę dalej. Jednak już po kilku metrach dzieje sie to samo wobec czego biorę złoma na ramię.
Pod zamkiem nie bawię długo, kilka minut i zbieram sie dalej. Czeka mnie teraz ostre zejście. O jeździe nie ma co marzyć w takich warunkach. Wspominam sobie I maraton krakowski gdyż wtedy tym zjazdem prowadziła trasa. Ech - to była frajda, lecieć sobie z szumem wiatru w uszach w dół. A teraz....pomału sprowadzam rower i czekam tylko na lepszą nawierzchnię. Na asfalcie otrzepuję śnieg, wydłubuję go z pedałów i bloków. Cel został osiągnięty, teraz pozostaje tylko szybki powrót do domu. Nie kombinuję już i lecę najszybszą drogą do domu.
Ponownie przejeżdżam przez Tenczynek, potem szybko mijam Krzeszowice. Za Rudawą korci mnie żeby myknąć sobie podjeździk Kochanów - Szczyglice. A co tam - jak szaleć to szaleć, zresztą bliżej będę mial tędy
)I znów jadę trasą maratony krakowskiego. Przez sekundę przechodzi mi przez myś co by spróbować zjechać sobie wąwozem ale to tylko przez sekundę
)W Szczyglicach jestem już konkretnie rozgrzany, wypijam ostatnie łyki napoju z bidonu i śmigam do niedalekich już Balic. I w zasadzie nie ma więcej o czym pisać, gdyż po mieście wszędzie jeździ się tak samo.
Statystyki
trp 90,09 km
avs 18,54
stp 4,51
Piotr Furmański