Maraton w Otwocku - 23.04.2006
Dodał(a): Piotr Furmański furman
27 kwietnia 2006
Pierwszy start w sezonie jest zawsze wielką niewiadomą. Niby człowiek coś tam próbuje trenować , sprawdza się na testowych odcinkach ale dopiero prawdziwy wyścig daje odpowiedź czy nocne jazdy, godziny spędzone na trenażerze przyniosły efekt.
W moim przypadku nie było źle. Znaczy się bez cudów ale czułem, że jestem mocny i forma wcześniej czy później nadejdzie. Ale czy stanie się to już w Otwocku ?
Pojechaliśmy tam w trójkę. Furman, Dziczek oraz Pit. Tego dnia wstałem o godz. 3.30. Podróż trwała około 4,5 godziny i gdy już dotarliśmy na miejsce czułem się trochę zmęczony. Nie traciłem jednak animuszu i jedyne co mnie trochę dołowało to kiepska pozycja startowa jaką zajęliśmy w peletonie.

Spotykam kilka znajomych osób – Przemka z Zabierzowa, Krzyśka i Pawła z Krak Bike. Start następuje około 5 minut po godz. 11. Jak zwykle w takich przypadkach gdy czołówka już pędzi z zawrotną szybkością po ulicach miasta to my jeszcze stoimy w miejscu. Wyjazd ze stadionu przez bramę o szerokości kilku metrów generuje ogromny tłok w tym miejscu.
Gdy tylko wydostaję się na ulice Otwocka to cisnę na maxa. Tak trzeba żeby uniknąć jeszcze większych korków, żeby wydostać się ze strefy słabeuszy, żeby załapać się do grupy osób jeżdżących podobnie jak ja i dzięki temu utrzymać właściwe tempo na terenowej części trasy.

A asfalt szybko się kończy i już jedziemy w chmurze pyłowej unoszącej się nad szutrową drogą. Pierwsze 20 km jest trudne bo nadal ciasno, ludzie szukają swego miejsca w peletonie. Trasa jest wąska ale łatwa technicznie i dzięki temu nie korkuje się tak jak to bywa w górach. Dopiero przejazd przez rów z wodą sprawia pewne kłopoty. Kilka osób schodzi z rowerów, ktoś grzęźnie w środku. A to przecież tylko zwykła woda – czego tu się bać. Ale już po kilkuset metrach na drodze pojawia się większa przeszkoda. Szeroka na kilka metrów rzeczka o głębokości kilkudziesięciu cm. Zatrzymuje ludzi. Jedni rozglądają się w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę, inni jadą prosto wzbudzając fontanny wody. Ja oczywiście idę na łatwiznę, z cukru nie jestem i nie roztopię się od kilku kropel wody.

Ale rower nie jest zadowolony z takiej kąpieli. Mokry napęd + piach na drodze to prawie jak wyrok śmierci. Przez następnych kilka km odgłosy z napędu są bardzo niepokojące ale na szczęście zanikają w końcu. Tymczasem trasa robi się ciekawa, pojawiają się wzniesienia. Na początku krótkie i łagodne, a potem już takie całkiem całkiem...
Jeśli dodać do tego piaszczystą nawierzchnię po której trzeba się wspinać to naprawdę zaczyna się robić ciekawie. Potem mamy okazję jechać odcinkiem gładkiej drogi gruntowej gdzie prędkości dochodzą do 4 dych.

I w zasadzie jakoś tak niespodziewanie docieram na rozjazd i jadę na drugą pętlę. Szybko analizuję sytuację, liczę ile zajmie mi przejazd 2 pętli. Sądzę, że będzie szybciej gdyż nie jedzie się już dojazdu na trasę. Poza tym trasa już luźna i można jechać swoim tempem. Wychodzi mi, że bez problemu powinienem się zmieścić w limicie wjazdu na Giga. Na razie wszystko jest wporzo. Organizm zachowuje się jak należy, siła jest, o kryzysie ani słychu. Podkręcam trochę tempo. Na górzystej części trasy popełniam techniczny błąd. Atakuję podjazdy z blatu, cisnę na pedała z ogromną siłą i efektem tego jest skurcz w lewej nodze. Radzę sobie z nim jednak na rowerze przenosząc większą część pracy na drugą nogę. Trochę za wcześnie na skurcze ale nie przejmuję się tym zbytnio gdyż trasa jest jednak w większości płaska i jakoś sobie poradzę.


Trochę z rytmu wybija mnie inna przygoda. Dostaję informację od innych bikerów, że coś wystaje z mojej torebki podsiodłowej. Zatrzymuję się i odkrywam, że to zamek puścił i zgubiłem zestaw narzędzi. Potem jeszcze gorszy kłopot. Przeskakuje mi jarzemko w sztycy i nos siodełka wędruje do góry, a na efekty nie trzeba długo czekać i objawiają się zbolałymi plecami. Ale to co najważniejsze jest ok. Para w nogach jest i skrzętnie z tego korzystam. Gdy mijam rozjazd i zjeżdżam na dystans Giga stawiam wszystko na jedną kartę. Nie ma oszczędzania się , trzeba teraz jechać na maxa. Jedzie mi się super, aż się sam dziwię, nogi aż rwą się do szybkiego kręcenia, blat przez cały czas w użyciu. Podjazdy mykam bez problemów wyprzedzając tam ogromną liczbę ludzi. Miło tak lecieć 2 dychy pod górę i widzieć jak inni zdychają tam kręcąc na młynku.

Ogromna ilość zdublowanych osób, to widać po zachowaniu, po jeździe. Ale też dużo wyprzedzam podobnych sobie. Nie zawsze przychodzi to łatwo. Ludzie są waleczni , nie poddają się łatwo. Tak dzieje się gdy walczę z dwoma jadącymi razem bikerami ubranym w strój Krossa. To ja wyprzedzam , to oni mnie, ostatecznie jednak odjeżdżam im i dopiero ma mecie dowiaduję się, że to nasi znajomi z Krakowa. Muszę powiedzieć, ze 3 pętlę jadę jak natchniony, tempo spore, tętno cały czas ponad 150, kryzysu brak. Trochę czasu tracę gdy na bufecie zatrzymuję się aby zrobić porządek w tej nieszczęsnej torebce podsiodłowej. Dokumenty i kluczyki przenoszę do kieszeni , a resztą ściskam rzepami żeby się nie powysypywało.

Finisz bardzo szybki prostą drogą. Dojazd na stadion i już lecą po bieżni, głośny sygnał z maty i koniec.
Stoper zatrzymuję na czasie 4,23. Miejsce 105 w open i 26 w kategorii M3.

Oczywiście jak zawsze analiza wyników. Z jednej strony widać poprawę, z innej bez zmian. Jestem o 65 pozycji wyżej niż w ubiegłorocznych Łomiankach ale tam było więcej ludzi i konkurencja większa. Strata do zwycięscy godzina czyli tyle samo co w Łomiankach. Ale tutaj trasa była cięższa i można było więcej stracić, zwłaszcza na podjazdach. No i w końcu zwycięzcą został Andrzej Kajzer czyli nie byle kto. Generalnie jednak stwierdzam, że jest dobrze i oby taka tendencja się utrzymała.
No i trzeba również wspomnieć o Dziczku i Picie którzy również pojechali duży dystans. Dziczek wykręcił czas 4,45 i zajął 164 miejsce w open. Natomiast Pit z założenia pojechał rekraacyjnie, a w dodatku na kiepskim rowerze i ostatecznie spędził na trasie 5h i 9 minut co pozwolilo zająć mu 216 miejsce w open.

Niestety muszę jeszcze dodać, że ciężko odchorowałem ten maraton gdyż już w poniedziałek czułem się jakoś „ niewyraźny, a we wtorek powaliła mnie gorączka dochodząca do 39 stopni. Dreszcze, ból w okolicach gardła i totalne rozbicie. W obecnej sytuacji uważam, że nie ma sensu jechać na maraton do Karpacza gdyż start będzie kilka dni po tym jak skończę brać antybiotyk i nie ma sensu się męczyć na trudnej trasie. Teraz trzeba będzie skupić się na Nowinach gdyż czasu na przygotowania zostało dosyć sporo.

Piotr Furmański

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3670 czytań ·
Komentarze
27 kwietnia 2006 12:25:26
Brawo, zazdroszcze
27 kwietnia 2006 13:14:26
Tak zgadza się pojechałem "rekreacyjnie" czytaj na maxa:)
27 kwietnia 2006 22:04:41
Gratuluje udanego startu i artykułu!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.